Brahmini mówią, że istnieją trzy drogi do Bóstwa: droga rozumu (Dhyāna-Mārga), droga czynów (Karma-Mārga) i droga pobożności (Bhakti-Mārga). Ta ostatnia była dotąd najmniej uczęszczana przez członków Towarzystwa Teozoficznego. Jednak trudno przypuszczać, by z czasem nie nastąpił zwrot – skoro coraz wyraźniej rysuje się tendencja powrotu do mistyki.
Nowoczesny ruch teozoficzny cierpi na niedocenianie pobożności. Uważa się zazwyczaj, że droga rozumu stoi wyżej. Lecz każdy, kto osiągnie pewien stopień rozwoju, musi dojść do wniosku, że powinien mieć również osobisty stosunek do duchowej siły, pojmowanej jako osobowa, istniejącej w zaświatach. Skłonność ta prowadzi do mistyki. Natury zimne nie są do niej zdolne, natomiast natury kobiece mają ku niej naturalne upodobanie. Nasz dzisiejszy świat kobiecy wykazuje jednak wyraźną tendencję do męskiego sposobu myślenia – do rozwijania rozumu i wykształcenia. Mężczyźni natomiast cierpią zazwyczaj na brak religijności.
Nauka jednostronnie rozwinęła rozum, a teozofia nie wzniosła się jeszcze z nauki duchowej do prawdziwej religii. Tymczasem religia stoi wyżej niż każda nauka, ponieważ zwraca się do najwyższej części człowieka.
Religia jest mistyką, a mistyka – religią. I jeśli Towarzystwo Teozoficzne wypisało na swoim sztandarze dewizę maharadży z Benaresu: „Żadna religia nie stoi wyżej niż prawda”, to można by może lepiej powiedzieć: żadna prawda nie stoi wyżej niż mistyka. Dopiero wtedy, gdy osiągniemy poziom porównawczej mistyki religijnej, dostrzeżemy, że jest to słuszne – bo wielcy mistycy wszystkich czasów musieli dojść do tych samych rezultatów, skoro ich poznanie było niezależne od czasu i przestrzeni.
Schleiermacher mówi w swoich Mowach o religii:
„Nieśmiertelność już w tym doczesnym życiu bezpośrednio posiadać – oto zadanie, którego rozwiązaniem jesteśmy nieustannie zajęci. W samym środku skończoności jednoczyć się z Nieskończonym i być wiecznym w każdej chwili – to jest nieśmiertelność religii.”
Wielki Jakub Böhme, philosophus teutonicus, zwykł był wpisywać swoim przyjaciołom do pamiętników taki wiersz:
Komu czas
jest jak wieczność,
a wieczność
jak czas,
ten jest wolny
od wszelkich sporów.
Tym wskazał stanowisko mistycznego pojmowania. Mistyka zajmuje się zasadniczo „łaską”, nauka zaś – „naturą”. Natura i łaska oznaczają zgodność między tym, co widzialne i niewidzialne, bezosobowe i osobowe, życiowe i duchowe.
Tam, gdzie jest duch, tam jest także coś osobowego. Pobożność jest w gruncie rzeczy możliwa tylko wobec czegoś osobowego. Nie można sobie wyobrazić bezosobowego ducha. Tam, gdzie jest religia, człowiek łączy się z jakąś osobowością, którą wyobraża sobie za pewnymi zjawiskami. Gdy wchodzi z nią w relację, powstaje mistyka. Polega ona więc na „nieosobowej” miłości człowieka do czegoś osobowego – w odróżnieniu od „osobowej” miłości do żyjącej osoby czy „nieosobowej” do rzeczy.
Można kochać klejnot, posąg albo palmę, lecz nikt tego nie nazwie „mistyką”. Kto jednak odczuwa święty dreszcz w ciemnym lesie świerkowym, komu przychodzą wtedy na myśl elfy czy wróżki, w tym budzi się poczucie mistyki natury.
Tajemniczość kieruje ducha ku temu, co kryje się za kulisami, podczas gdy widzialność odciąga go od tego. Dlatego też ludzie mieszkający w samotnych górach częściej skłaniają się ku mistycznym uczuciom, stanom, przeczuciom i wizjom niż mieszkańcy wdzięcznych dolin czy wielkich miast.
Całe średniowiecze można postrzegać jako epokę, która musiała skłaniać się ku mistycznemu pojmowaniu. Nic dziwnego, że widzimy ją przesyconą zjawiskami mistycznymi, szczególnie w sztuce. Patrząc na romański czy gotycki kościół, od razu czujemy mistyczny pęd, który legł u podstaw ich symboliki. Nic więc dziwnego, że w tamtych czasach „przyjaciele Boga” w masach wycofywali się ze świata, by osiągnąć wyższe życie – najpiękniej ukazane w opowieści o rycerzach Graala, którzy wyruszyli, by go odnaleźć.
Jednym z duchowych rycerzy Graala, który go znalazł, był Ruysbroeck, urodzony około 1293 r. w Belgii. Długo żył jako ksiądz świecki w Brukseli, a w sześćdziesiątym roku życia wycofał się do klasztoru augustianów w Groenendal („Zielona Dolina”), gdzie zmarł w podeszłym wieku 2 grudnia 1381 r.
Mógł przypominać słynnego Franciszka z Asyżu; w każdym razie łączył w sobie największą wewnętrzność, wzniosłą wizję mistyczną z praktyką pracy fizycznej, łagodność, pokorę i samodyscyplinę. Z jego oblicza promieniowała łaska Boża. Łaska jest miłością Boga rzutowaną na ten świat. Pochodzi z królestwa tego, co poznawalne tylko duchowo i niewspółmierne, i przynosi pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum. Prawdziwa łaska jest niezależna od jakiejkolwiek karmy i pokazuje, że obok światopoglądu panteistycznego, a także w nim, musi istnieć również miejsce dla teistycznego, jeśli chce się zrozumieć bezpodstawne istnienie Boga i Jego miłości.
Flandryjskie pisma Johanna van Ruysbroecka zostały niedawno przetłumaczone na język niemiecki przez Franza A. Lamperta i wydane w pięknej edycji u Fernau (Grieben) w Lipsku. Zebrano w nich trzy rozprawy: Ozdoba duchowych zaślubin, O jaśniejącym kamieniu, Księga najwyższej prawdy.
Kto ma skłonność, by na skrzydłach orła wznieść się ku najwyższym szczytom, temu książka ta jest gorąco polecana jako lektura. Niejeden teozof może dzięki chrześcijańskiej mistyce odzyskać zachwiane równowagi. „Niektórzy potrzebują mleka dla dzieci – bo nie mogą jeszcze strawić mocnych potraw; bycie niestrawnym zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, jest jednak znamieniem tak wielu tzw. pism teozoficznych, które właśnie teraz wyrastają jak grzyby po deszczu.”
„Samo średniowiecze zyskuje pełne zrozumienie dopiero przez to, co wydało, a czystego ducha może pojąć tylko ten, kto uchwyci absolutnie mistyczny rys średniowiecznej sztuki i literatury. Tam, w XIV wieku, żył Ruysbroeck, a to, co pisał, pozostaje w harmonii z tym, co najlepsi jego epoki stworzyli w dziedzinie sztuki – i dopełnia się z tym, tworząc żywy i radosny obraz epoki, którą bezmyślnie czy złośliwie, a w każdym razie niesłusznie, nazywa się mroczną.”
Pozwólcie jednak, że jako wkład w „ciemność” germańskiego średniowiecza, przywołam jasne światło naszego wielkiego rodaka, poprzez fragmenty zebrane z wymienionej książki, aby ponownie rozbłysło dla naszych czasów.
„Kiedy słońce posyła swoje promienie i blask w głęboką dolinę, między dwa wysokie wzgórza, a następnie stoi tak wysoko na firmamencie, że może oświetlić dno doliny, wtedy dzieją się trzy rzeczy: dolina staje się jasna i odbija światło od gór, zostaje silniej ogrzana i staje się bardziej płodna niż równy, płaski teren. Podobnie jest, gdy dobry człowiek zajmuje stanowisko swojej małości w głębi samego siebie i rozpoznaje, że niczego nie ma, niczym nie jest, nic nie potrafi sam z siebie, ani stać, ani postępować, a także gdy widzi swoje częste zaniedbania w cnotach i dobrych uczynkach – wtedy wyznaje swoją biedę i niedostatek, stając się doliną pokory. A gdy tak jest w pokorze i niedostatku i rozpoznaje swoją nędzę, wtedy ukazuje i skarży swoją niedolę dobroci i miłosierdziu Bożemu. Myśli o wysokości Boga i własnej niskiej pozycji, i tak jest niską doliną. A Chrystus jest słońcem sprawiedliwości, a także miłosierdzia, które stoi na najwyższym firmamencie (to znaczy po prawicy swego Ojca) i świeci w głąb pokornego serca; albowiem Chrystus zawsze wzruszony jest naszą niedolą, gdy ją pokornie skarżymy i przedstawiamy. Wtedy powstają dwa góry, to znaczy dwa rodzaje pragnień: jedno, aby służyć Bogu i godnie Go chwalić, drugie, aby osiągnąć szlachetną cnotę. Te dwie góry są wyższe niż niebo, ponieważ takie pragnienia poruszają Boga bezpośrednio i domagają się Jego łagodnej hojności. Wtedy miłosierdzie nie może się powstrzymać, musi się wylać, bo dusza jest wtedy zdolna i otwarta na dalsze dary.”
„Pierwsza i najwyższa jedność człowieka jest w Bogu, ponieważ wszystkie stworzenia trwają w swojej istocie, życiu i zachowaniu w tej jedności, a gdyby odłączyły się od Boga, upadłyby w nicość i zostały unicestwione. Ta jedność jest w nas istotna z natury, niezależnie od tego, czy jesteśmy dobrzy, czy źli, i ona bez naszej ingerencji nie czyni nas ani świętymi, ani błogosławionymi. Posiadamy tę jedność w sobie, a jednak ponad nami, jako początek i zachowanie naszej istoty i naszego życia. Druga jedność lub zjednoczenie również jest w nas z natury, mianowicie jedność najwyższych sił, o ile z natury aktywnie wypływają one z jedności ducha lub myśli. Właściwie ta jedność jest tym samym, co tamta pierwsza, istniejąca w Bogu, z tą tylko różnicą, że tam jest ona pojmowana jako istota, a tu jako działanie; jednakże duch jest w obu jednościach kompletny, w całej swojej substancji. Tę drugą jedność posiadamy w sobie ponad zmysłami, a z niej pochodzi pamięć, rozum, wola i wszelka moc duchowej aktywności. W tej jedności duszę nazywa się Duchem. Trzecia jedność, która jest w nas z natury, stanowi podstawę sił cielesnych w centrum serca, początek i źródło życia cielesnego. Dusza posiada tę jedność w ciele i w żywotności serca, i z niej wypływają wszystkie cielesne działania i pięć zmysłów; i stąd dusza nazywa się „duszą”, ponieważ jest formą ciała i ten trup „ożywia”, to znaczy czyni go żywym i utrzymuje go przy życiu. Te trzy jedności istnieją w człowieku z natury jako jedno życie i jako jedno królestwo. W najniższej jest się czującym i zwierzęcym, w środkowej rozumnym i duchowym, w najwyższej jesteśmy zachowani według naszej istoty. I tak jest z natury we wszystkich ludziach.
Te trzy jedności są ponadnaturalnie ozdobione i posiadane, niczym królestwo i wieczna siedziba, przez cnoty moralne, w miłości i w życiu aktywnym. Jeszcze lepiej są one ozdobione i doskonale rozwinięte przez wewnętrzne ćwiczenie w połączeniu z życiem duchowym. Najwspanialej i najszczęśliwiej jednak są one ozdobione przez nadprzyrodzone, kontemplacyjne życie. Niższa jedność, która jest cielesna, jest nadprzyrodzenie ozdobiona i rozwinięta przez zewnętrzne ćwiczenia w doskonałych obyczajach na wzór Chrystusa i Jego Świętych, niosąc krzyż z Chrystusem i podporządkowując naturę przykazaniom świętego Kościoła i naukom Świętych, skromnie, zgodnie z siłą naszej natury. Średnia jedność, która jest w duchu i całkowicie duchowa, jest ozdobiona i nadprzyrodzenie pielęgnowana przez trzy cnoty boskie: wiarę, nadzieję i miłość, przez wpływ łaski i darów Bożych oraz przez dobrą wolę, aby we wszystkich cnotach podążać za przykładem Chrystusa i świętego chrześcijaństwa. Trzecia i najwyższa jedność, stoi ponad naszymi pojęciami rozumu, a jednak jest w nas istotna. Jest ona przez nas nadprzyrodzenie przyswajana, gdy we wszystkich naszych cnotliwych dziełach mamy na celu chwałę i cześć Boga i szukamy jej w Nim ponad wszelkimi opiniami, ponad sobą i ponad wszystkimi rzeczami. Jest to jedność, z której na sposób stworzony wypłynęliśmy i w której według naszej istoty pozostaliśmy wewnętrznie. Za pomocą wymienionych tu cnót te trzy jedności są ozdobione w życiu aktywnym.”
„Trzy rzeczy czynią człowieka widzącym w wewnętrznym ćwiczeniu. Pierwszym jest oświecenie łaski Bożej. Łaska w duszy jest podobna do świecy w latarni lub w szklanym naczyniu, ponieważ oświeca, rozjaśnia i prześwietla naczynie, to znaczy dobrego człowieka. I objawia się człowiekowi, który ją posiada, o ile ten dba o siebie. I objawia się także innym ludziom przez niego, w cnotach i dobrym przykładzie. Strumień łaski Bożej porusza i porywa człowieka szybko wewnątrz i od wewnątrz – a to szybkie poruszenie jest pierwszym, co nas czyni widzącymi. Z tego szybkiego poruszania powstaje ze strony człowieka drugie; to jest zebranie wszystkich sił od wewnątrz i od zewnątrz, w jedności duchowej, w więzi zmysłów. Trzecim jest wolność, którą człowiek osiąga, aby bez wyobrażeń i bez przeszkód wracać do siebie, tak często, jak chce i wspomina swojego Boga. W tym celu człowiek musi być obojętny na miłość i cierpienie, zysk i stratę, wyniesienie i poniżenie, na obce troski, na radości i strach, i nie może być opanowany przez żadne stworzenie.”
„Pierwsze przyjście Chrystusa, w przyjściu pragnienia, to wewnętrzny, odczuwalny impuls Ducha Świętego, który nas pobudza i zachęca do wszelkich cnót. To przyjście można porównać do blasku i mocy słońca, które w jednej chwili, z miejsca swojego wschodu, oświetla, promieniuje i ogrzewa cały świat; i podobnie promieniuje i jaśnieje Chrystus, wieczne słońce, które mieszka na szczycie ducha, i oświetla i zapala niższą część człowieka, a mianowicie cielesne serce i siły uczuciowe. To dzieje się szybciej niż w jednej chwili, bo dzieło Boga jest szybkie; człowiek jednak, w którym to ma się wydarzyć, musi być wewnętrznie widzący rozumiejącym okiem. Słońce świeci w górnym kraju, w środkowych regionach, na góry; przynosi tam wczesne lato, wiele dobrych owoców i mocne wino; a kraj jest pełen radości. To samo słońce daje swój blask dolnym krajom, na krańcu ziemi. Ten krajobraz jest zimniejszy, a moc ciepła mniejsza; niemniej jednak wydaje wiele dobrych owoców, ale mało tam wina. Tak samo jest z ludźmi, którzy pozostają w niższej części swojego ja, przy zewnętrznych zmysłach (choć z dobrym zamiarem, w cnotach moralnych, z zewnętrznymi ćwiczeniami i w łasce Bożej). Przynoszą wiele dobrych owoców cnót różnego rodzaju, ale mało odczuwają wina wewnętrznych radości i duchowego pocieszenia. Człowiek jednak, który chce poczuć blask wiecznego słońca, którym jest sam Chrystus, – ten powinien być widzący i powinien mieszkać na górze w górnym kraju ze skupieniem wszystkich swoich sił. Powinien wznosić swoje serce do Boga, wolne od miłości i cierpienia oraz od wszystkich stworzeń. Tam świeci Chrystus, słońce sprawiedliwości, w wolne, wzniesione serca, – a to są te góry, o których mówię”.
„Kiedy zbliża się lato i słońce wschodzi, wyciąga ono wilgoć z ziemi poprzez korzenie i pień drzewa do gałęzi; i tak powstają liście, kwiaty i owoce. Podobnie jest, gdy Chrystus, wieczne słońce, wschodzi w naszym sercu, tak że lato staje się w ozdobie naszych cnót. Posyła On swoje światło i ciepło w nasze pragnienie, odciąga serce od całej różnorodności ziemskich rzeczy, wywołuje jedność i wewnętrzność, sprawia, że serce rośnie i zieleni się poprzez wewnętrzną miłość, pozwala mu zakwitnąć w miłującym nabożeństwie i przynosić owoce z chwałą i dziękczynieniem. I sprawia, że ten owoc trwa wiecznie w pokornym bólu nad naszymi niedostatkami.”
„Uważnie obserwujcie mądrą pszczołę i czyńcie tak jak ona. Mieszka ona w jedności pośród roju swoich podobnych; i nie podczas burzy, lecz gdy pogoda jest spokojna i pogodna, wylatuje do wszystkich kwiatów, w których można znaleźć słodycz. Nie spoczywa na żadnym kwiecie, ani na jego pięknie i słodyczy. Ale wyciąga z niego miód i wosk, słodycz i światło, i przynosi jedno i drugie do jedności swego roju, aby tam przyniosło owoc i było wielkim pożytkiem. Rozwijające się serce rośnie i kwitnie, gdy Chrystus, wieczne słońce, w nie świeci; i napełnia je oraz wszystkie wewnętrzne siły radością i słodyczą. Mądry człowiek będzie postępował jak pszczoła, będzie z uwagą, z rozsądkiem i z rozróżnieniem latał do wszystkich darów i wszelkiej słodyczy, którą poczuł, i do wszelkiego dobra, które mu Bóg uczynił, i światłem miłości oraz wewnętrzną obserwacją będzie badał ilość pocieszenia i dobra, i nie spocznie na żadnym kwiecie darów, ale obładowany dziękczynieniem i chwałą odleci do jedności, gdzie będzie odpoczywał i mieszkał z Bogiem na wieki.”
„Duch naszego Pana w księdze tajemnicy Boga, którą spisał święty Jan: „Zwycięzcy, mówi (to jest temu, który wszystko przezwycięża), dam ukryty chleb niebiański (to jest wewnętrzny ukryty smak i niebiańską radość), i dam mu lśniący kamień, a na kamieniu napisane imię, którego nikt nie zna, oprócz tego, kto go otrzymuje”. Pod tym lśniącym kamieniem rozumiemy naszego Pana Jezusa Chrystusa, gdyż w swej boskości jest On promieniem wiecznego światła i blaskiem chwały Bożej, i nieskazitelnym zwierciadłem, w którym wszystko żyje. Kto więc wszystko przezwycięża i przekracza, temu dany jest ten kamień, a wraz z nim otrzymuje jasność, prawdę i życie. Oto ten lśniący kamień, który dany jest człowiekowi, a na tym kamieniu napisane jest nowe imię, którego nikt nie zna, oprócz tego, kto je otrzymuje. Musicie wiedzieć, że wszystkie duchy przy swoim nawróceniu do Boga są nazywane imionami, każdy osobno, według wartości swojej służby i według wysokości swojej miłości. Bowiem tylko pierwsze imię niewinności, które otrzymujemy w chrzcie, jest ozdobione zasługą naszego Pana Jezusa Chrystusa. A jeśli przez grzech tracimy to imię niewinności, to jesteśmy po raz drugi chrzczeni w Duchu Świętym. I wtedy otrzymujemy nowe imię, które pozostaje nam na wieki.”
Imię Jan van Ruysbroeck również pozostanie na wieki. Dziś może on mieć do spełnienia szczególne zadanie, mianowicie, zgodnie ze swoim imieniem „Rauschebach” (szumiący potok), poprzez łagodny szum swoich wzniosłych słów użyźnić współczesną duchową pustynię, tak aby ponownie mogły rozkwitnąć zielone drzewa i piękne kwiaty duchowej miłości. Być może byłoby oczywiste, aby temu wielkiemu człowiekowi, jak to jest dziś w zwyczaju, poświęcić pomnik, na przykład w kształcie pięknej fontanny. Ale wydaje mi się bardziej stosowne, aby we Flandrii powstało Towarzystwo Ruysbroecka, które postawiłoby sobie za cel udostępnianie jego dzieł, ozdobionych pięknymi obrazami (podobnie jak ilustracje Führicha do „Naśladowania Chrystusa”), za niską cenę ludowi. Kto jednak chce wyruszyć w podróż ku wysokościom Graala, niech zabierze ze sobą jego dzieła! Codzienne czytanie i przemyślenie z odpowiednimi ćwiczeniami woli byłoby doskonałym sposobem na rozwijanie duszy. Zwłaszcza coraz bardziej rozpowszechniająca się fałszywa deifikacja samego siebie, mylenie wyższego Ja z niższym, fałszywy kwietyzm („naturalna pustka”), duchowa pycha, i jak tam się wszystkie nazywają, te współczesne zjawiska – znajdą swój grób w wodach przez wieczność płynącego Rauschebacha. I jak wtedy – doktorzy, duchowni, szlachetni, wysoko urodzeni i prości pielgrzymowali do cichego klasztoru w Sonjenbosch pod Brukselą, aby słuchać mądrości wielkiego nauczyciela i wracać do domu usatysfakcjonowani, podniesieni i oczyszczeni, wzmocnieni i poruszeni – tak i dziś każdy, kto pozwoli się od niego pouczyć, może zastosować do siebie słowa, które biograf Ruysbroecka powiedział: w ciszy klasztoru odmłodził się jak orzeł. To „klasztor” jednak każdy nosi w sobie.
źródło: Jan van Ruysbroeck; Neue Lotusbluten – 6 Jahrgang 1913.