Wyzwolony Prometeusz

Opowieść o Prometeuszu od zawsze zajmowała poetów i myślicieli, ponieważ problem ten należy do najciekawszych, jakie ludzki duch może napotkać. Jest to przecież pradawna historia o dobroczyńcy ludzkości, który za to, że składa ofiarę, musi cierpieć – gdyż nie we wszystkim pozostaje w zgodzie z panującą moralną koncepcją. Ta ostatnia jest zmienna, znajduje się w ciągłym ruchu ku górze; kto jednak wyprzedza swoją epokę, ten musi drogo zapłacić. Z drugiej strony, kto pragnie zbliżyć się do boskiego źródła miłości, również musi złożyć ofiarę. A zatem każdy człowiek, który wyprzedza swoją epokę, jest pewnego rodzaju Prometeuszem i każdy w mniejszym lub większym stopniu może odnaleźć siebie w tym tytanie.

Także w mitologiach można odnaleźć wiele takich wzorcowych postaci, a jeśli sięgnąć do historii, spotkamy dostatecznie wielu prometeicznych tytanów. Czyż wielki Napoleon nie był takim olbrzymem, który ostatecznie został przykuty do ponurej skały Świętej Heleny? Czyż Bismarck nie cierpiał niewypowiedzianych udręk, gdy pod koniec życia skazany został na mimowolną bezczynność? Czyż nie każdy geniusz nosi w sobie coś z tragicznego losu niezrozumianego i oczernianego bohatera? Czyż niejedno dzieło ducha nie rodzi się w bólach, przynosząc swemu twórcy jedynie troski i strapienia? Czyż nie zdarza się, że dopiero długo po śmierci przychodzi uznanie, podczas gdy za życia uchodził za szaleńca?

Co jednak sprawia wyzwolenie? Co wywołuje równowagę, przełom? Kajdany spadają, gdy wchodzi w życie nowe prawo świata. Prometeusz uwalnia się sam, zdobywając poznanie – „wiedzę”, prawdę.

Każdy jest swoim własnym wybawcą, tak jak jest swoim własnym katem. Każdy jest bohaterem tragicznym, ponieważ każdy charakter stanowi coś pośredniego pomiędzy dwoma przeciwieństwami, a równowaga z trudem odnajduje się w środku, w „ja”. Na górze jest nadświadomość, na dole podświadomość: pomiędzy nimi toczy się walka.

„Ach, dwie dusze mieszkają w mojej piersi.” – Kto pragnie być szlachetny i wielki, ten podąża za wzniosłymi podszeptami swego wyższego „ja”, ale wtedy odzywa się niższe „ja” ze swymi sprzeciwami. Chce on z pomocą swej świadomości czynić dobro, które dostrzega, lecz niedoskonałość, której jeszcze nie przezwyciężył, buntuje się przeciw temu. I tak się dzieje, że choć składa ofiarę, to jednak cierpi z powodu samego siebie. Ów niższy fragment jego „ja” wyrażany jest przez tępy tłum lub jego przedstawicieli. Człowiek zawsze odnajduje siebie samego – swoje niższe „ja” – w innych, a w wielkich czynach innych rozpoznaje swoje uśpione wyższe „ja”. Dlatego właśnie tragedia jest tak pouczająca, porywająca i wstrząsająca zarazem, i prowadzi do moralnego oczyszczenia (katharsis). Zauważył to już Arystoteles.

Ból duszy osadza się więc w „środkowym ja”, tzn. w tym ja, które unosi się pomiędzy wyższym a niższym, podobnie jak człowiek, który wpadł do studni w znanym wierszu Rückerta: „Pewien człowiek szedł przez kraj Syryjczyków”.

Tytan nie jest jeszcze bogiem, choć już nie jest zwykłym człowiekiem. Każda dusza ma w sobie coś tytanicznego, gdy zaczyna czynić dobro dla niego samego i rezygnuje z wszelkiej nagrody.

Gorycz przychodzi jednak nieuchronnie, i to często wcześnie. Pomyślmy o gorzkich nastrojach starzejących się Szekspira, Lessinga, Goethego, Schillera, Grillparzera, Grabbe’go, Ryszarda Wagnera, Scheffela i innych! Czyż Schopenhauer nie spędził niemal całego życia – poświęconego badaniu prawdy – w smutku i cierpieniu, gdyż odmówiono mu należnego uznania? A jednak czyż nie przeczuwał swej przyszłej sławy? Gdy zapytano go, gdzie chciałby być pochowany, odpowiedział: „Obojętne! I tak mnie znajdą.” I rzeczywiście – znaleziono go i znajduje się go coraz bardziej. Bo Prometeusz nie umiera. On zostaje nawet wyniesiony między bogów.

„Na obłocznych szczytach mieszkają bogowie. Świetliste są ich siedziby!” – powiada Pierścień Nibelungów. Także i bogowie byli kiedyś ludźmi i tytanami, także oni wisieli na drzewie jak Odyn. Ale wznieśli się na jasne wyżyny.

Czyż wielki poeta nie jest bogiem, dopóki słyszy wewnętrzny głos i ulega „boskiemu szałowi”? Czyż artysta, który umie zachwycać się pięknem, nie czuje się wyniesiony między bogów? „Czy żałujesz tak bardzo, że jesteś bogiem?” – pyta Wenus Tannhäusera u Wagnera. „Będziecie jak Bóg!” – powiedział wąż do Adama i Ewy.

Czyż nie zawsze tak było? Za porzucenie tego, co niskie, płaci się wysoką cenę.

Zazdrość bogów

Starożytni nazywali to zazdrością bogów.
„Przeraża mnie zazdrość bogów –
Nieskażona radość życia
nie została dana żadnemu śmiertelnikowi.”

„Lecz śmiertelny, ach, pozostałem,
przeraża mnie twoja zbyt wielka miłość!” –
mówi Tannhäuser do bogini piękna.

Tak długo, jak ktoś jest jeszcze „śmiertelny”, nigdy nie jest bezpieczny przed działaniem siły, która staje mu naprzeciw, aby go wystawić na próbę. Dlatego pisma okultystyczne (jak Zanoni Bulwera) mówią o owej straszliwej kusicielce, którą zwykło się nazywać „Strażniczką Progu”. To symbolizacja niższych popędów. To one krępują człowieka (duszę). To ów sęp, który wciąż na nowo, z nieugaszoną żądzą, rozdziera nieszczęśnika.

Iluż ludzi chciałoby pomagać innym, a nie potrafi pomóc samym sobie! Czyż to nie sęp – te cierpienia, które czują w bezsilnej złości? Kto chce być ideałem, nie powinien się dziwić, że cierpi, jeśli nie opanował samego siebie. Idealista przenosi swój punkt ciężkości na zewnątrz, chce ratować innych; lecz jego karma może wymagać, aby raczej myślał o rozwoju własnego „ja”: wówczas staje się postacią tragiczną.

Każdy idealista jest Prometeuszem w miniaturze. Czasem można by powiedzieć, poznając prostego człowieka, który spycha siebie i swoje interesy na dalszy plan i przez to ponosi szkodę: „Prometeusz w kieszonkowym wydaniu”. Takich cierpiących jest może więcej, niż się przypuszcza. Płacą oni za swoją wewnętrzną wielkość zewnętrzną małością.

Wielkość nie zależy właściwie od okoliczności, lecz od głębi pojmowania własnej duszy. To, co sprawia, że tytan wydaje się wielki, tkwi w istotnej mierze w otoczeniu – w kontakcie z Zeusem i innymi – tak jak wódz czy mąż stanu jawi się wielkim, gdy gra o wielkie sprawy i gdy chodzi o wzniosłe dobra ludzkości. Ale ten sam „wielki” człowiek może odrodzić się jako słaba kobieta – i wtedy wszystko wygląda inaczej. Musi wówczas okazać swoją wielkość w małym. Mężczyzna ma być wielki w rzeczach wielkich, a kobieta wielka w rzeczach małych. Nie należy mieć im za złe, jeśli on jako idealista w drobiazgach bywa mały, a ona wobec wielkich spraw, które ją przerastają, okazuje się niewystarczająca. Różnica bowiem polega na tym, że dobry realista jest idealistą w małym, a idealista jest realistą w wielkich rzeczach.

Gdy święty powraca na świat, może się pojawić w warunkach bardzo ograniczonych, które pozornie nie odpowiadają jego wielkości. Ale właśnie w tym objawia się prawda: czy, gdy zostaje postawiony nad małymi sprawami, okaże się równie wierny jak wcześniej przy wielkich.

Tęsknota budzi się w każdym, gdy odczuwa brak i chce poprawić swoją sytuację. Wszystko, co wielkie, rodzi się z tęsknoty. Typ prometejski rodzi tęsknota, by czynić dobro ludziom za wszelką cenę – choć niejeden dobroczyńca, gdyby był życiowo mądrzejszy, zaniechałby tego. Prometeusz jest, można rzec, aktywnym, rycerskim cierpiętnikiem – w przeciwieństwie do kobiecego, oddanego typu Małgorzaty.

I tak znów można powiedzieć: pojęcie Prometeusza jest raczej indywidualne.
„Prometeusz” – mówi Shelley we wstępie do swego dramatu – „jest, można by rzec, typem najwyższego urzeczywistnienia natury moralnej i duchowej, popychanym przez najczystsze i najprawdziwsze motywy ku najlepszym i najszlachetniejszym celom.” To jednak może się objawić, jak powiedziano, niemal w każdej sytuacji – to sprawa „łaski”, jak rzekliby teologowie, czyli boskiego wpływu.

Ale z drugiej strony, to co tytaniczne – czyli heroiczne – ujawnia się u wielu ludzi w tym, że nie potrafią dostrzec tego, co chwilowo konieczne dla człowieka, jedynej właściwej dla niego pomocy, lecz w tytanicznej zuchwałości przekraczają cel możliwy do osiągnięcia. Nie na darmo baśnie przedstawiają „głupich” olbrzymów jako niezdarne prostaki, którzy choć dobroduszni, przez swoją niezręczność wyrządzają szkody. Można więc powiedzieć, że Prometeusz oznacza nadczłowieka. Brakuje mu jednak tego, co nadkobiece, do pełni.

Takich nadludzi spotyka się niekiedy w życiu, choć w skromnych warunkach – są to, jak mówi Goethe, „natury problematyczne”; podobnie jak bohater powieści Theodora Vischera Auch Einer.

„Zbyt hojnie obdarzyłeś ludzkość” – tak kazał Ajschylos w swoim dramacie powiedzieć Hefajstosowi, gdy przykuwał tytana do Kaukazu. Ajschylos widział w uwięzieniu tytana nie kapryśną zazdrość wszechmocnego ojca bogów, lecz tragiczny los cywilizacji: że mianowicie zgodnie z wiecznymi prawami życia człowiek śmiertelny, dzięki swej przewidującej mocy nad żywiołami, zostaje oderwany od wszelkiego ducha ofiary wobec niewidzialnych mocy życia i dlatego ostatecznie jeszcze mocniej przywiązany do tego, co materialne.

Kiedy to, co tytaniczne w człowieku, wystarczająco wycierpi z powodu własnej nieograniczoności, wtedy zatęskni za wyzwoleniem z buntowniczego samouprawnienia, za pobożnym oddaniem się wyższym mocom życia – za podporządkowaniem się wszelkim świętościom duszy, które zawarte są w wierze w bóstwo. (Förster, Lebensführung, s. 307, Berlin, Reimer 1912).

Prometeusz pragnie za wszelką cenę być wielki; nie rozumie, że i to, co małe, ma swoje prawo, ponieważ wobec Boga wszystko jest równe. Współczesnym Prometeuszem jest Karol Moor w Zbójcach. Lecz i on w końcu dostrzega swój błąd – że chciał przez zbrodnie upiększać świat. Podobną postacią jest Koriolan w sztuce Szekspira. Także Mizantrop Moliera ma w swym charakterze coś z niego. Każdy człowiek, który stale mówi: „Oto stoję, inaczej nie mogę”, który słucha jedynie głosu swojego sumienia i nie chce czynić żadnych ustępstw, jest małym Prometeuszem.

I tak można by ostatecznie streścić to, co powiedziano, w słowach: Prometeusz jest przedstawieniem tragedii mężczyzny – podobnie jak Małgorzata tragedii kobiety.

Oby dzień nie był już daleki, gdy znajdzie się okazja, by na scenie (jak w Bayreuth) zobaczyć wzorcowe wystawienie mitu o Prometeuszu: jednego dnia dramat Greka, a potem liryczny, bardziej operowy dramat Anglika (Shelley’ego) czy niemieckiego Żyda Lipinera.

Chciałbym jednak zakończyć wspaniałymi słowami, jakie Shelley włożył w usta Demogorgona jako końcową sentencję:

„Cierpieć niedole, które Nadzieja uważa za nieskończone;
przebaczać krzywdy ciemniejsze niż śmierć i noc;
wyzywać Moc, która wydaje się wszechmocna;
kochać i znosić; mieć nadzieję, aż Nadzieja stworzy
z własnych ruin to, co kontempluje;
ani się zmieniać, ani chwiać, ani żałować;
to – podobnie jak twoja chwała, Tytanie – znaczy być
dobrym, wielkim i radosnym, pięknym i wolnym;
to jedynie jest Życiem, Radością, Panowaniem i Zwycięstwem.”

źróło: Der entfesselte Prometheus; Neue Lotusbluten – 6 Jahrgang 1913.