O istocie muzyki do tej pory nie osiągnięto jednomyślności. Jednak wszyscy znawcy zgadzają się co do tego, że – jak mówi Beethoven – jest ona mądrością wyższą niż filozofia i teozofia. „Dzieło kompozytora” – mówi Richard Wagner – „jest w istocie dziełem magii”.
Muzyka jest według filozofa Krausego nieświadomym naśladowaniem odwiecznych praw świata, odzwierciedlonych w ludzkiej duszy. „Muzyka to sztuka wewnętrzności” – powiada H. Schilling. „Formy muzyki są formami rzeczy wiecznych, tj. idei” – dodaje Schilling. „Jest ona rytmem i harmonią wszechświata”. Według Hegla jest ona „utkana z całej substancji życia wewnętrznego”.
Od duchowo-fizycznej pramaterii wychodzą drgania, które przenikają wszechświat i jawią się nam jako dźwięki. Kto potrafi wznieść się do Dewachanu – niebiańskiego świata – słyszy tony, które leżą u podstaw rzeczy. Tam odczuwa się w dźwiękach i barwach. Dlatego kompozytor, nieświadomy wobec swego niższego ja, może przelać w swe kompozycje wartości wieczności, choć innym często trudno jest wydobyć, co mogłoby być przez to zamierzone. Trzeba pamiętać, że to, co moglibyśmy nazwać „ideami”, sięga daleko ponad nasze zwykłe ziemskie wyobrażenia.
Ludy pierwotne, które stały jeszcze bliżej zaświatów niż my, współcześni ludzie refleksyjni, pojmowały muzykę jako magię, jako czar, i stosowały ją w tym duchu. Pierwotne dźwięki ludzkiej mowy były niewątpliwie tonami, które ludzie wydawali, aby wyrazić swe uczucia. Ponieważ jednak całkowicie żyli wyobrażeniami o zaświatach, kierowali się także drganiami pochodzącymi z zaświatów.
Wyobraźmy sobie, że każda gwiazda w wielkim koncercie kosmosu przedstawia własny dźwięk – samogłoskę – zgodnie ze swą zasadniczą duchową właściwością. Wówczas staje się zrozumiałe, że ludzie, którzy odczuwali jeszcze wyraźnie wpływ planet itd., przyjmowali w siebie te dźwięki gwiezdne i wydawali je jako środek wyrazu dla swych odpowiadających im nastrojów. W ten sposób powstała gama i wokalizacja.
Chcąc użyć owych zaświatowych drgań, by coś osiągnąć, wypowiadano tony i samogłoski, które były potrzebne. W ten sposób ściągano siły mocy pozaziemskich. To właśnie jest magia. Magia jest źródłem wszelkiej sztuki, wszelkiej religii, wszelkiej nauki.
Muzyka jest najstarszą, matką sztuk – można nawet powiedzieć: duchową prasiłą, która stanowi fundament wszystkiego, co w nas wyższe. Dlatego nie można odmówić słuszności Schopenhauerowi, kiedy twierdzi, że jest ona przedstawieniem „rzeczy samej w sobie”, tj. świata zaświatowego.
Zadziwiające jest, jak często naturalne dźwięki mogą wywrzeć taki wpływ, np. plusk niewielkiego wodospadu czy szum lasu. Kto długo ich słucha, łatwo popada w rodzaj transu, ponieważ jego wewnętrzne zmysły się otwierają. Nawet zupełnie prymitywne wytwory ludzkich rąk mogą niemal oczarować. Pamiętam, że raz, wspinając się na Schmittenhöhe w Austrii, zobaczyłem w potoku jedną z tych małych drewnianych młynków, gdzie wyrzeźbione ludki wesoło uderzały młotkami. Rzadko coś zrobiło na mnie tak miłe wrażenie. Było to jak nagły powrót do dzieciństwa – być może wspomnienie egzystencji z szarej pradawnej przeszłości.
Gdy bada się stare źródła historii i literatury, widzi się wyraźnie, że muzyka u wszystkich ludów uważana była za rodzaj środka magicznego. Jeśli spojrzeć na muzykę ludów pierwotnych, dostrzega się, że i dziś odgrywa ona u nich rolę czarów, za pomocą których próbują zmusić zaświaty do przychylności.
Także sztuka znaków (która powstała później) wywodzi się z tej samej idei. Niedawno odkryto w jaskini we Francji piękne reliefy przedstawiające tury – zresztą przedstawienia zwierząt łownych znajdowane są często. Niewątpliwie artysta pierwotny pragnął oddziaływać magicznie (prawdopodobnie wypowiadając przy tym zaklęcia) na grupową duszę danego zwierzęcia łownego, aby zapewnić sobie powodzenie na polowaniu. Jak wiadomo, nasze najstarsze niemieckie zabytki językowe to prastare zaklęcia, które – wypowiedziane podniosłym językiem i w określonym akcencie – musiały wywoływać pewien efekt w sferze astralnej. Wszystkie religijne ceremonie miały od najdawniejszych czasów ten sam cel.
Również aliterację można wytłumaczyć w ten sposób, podobnie jak asonans, rym, refren, wers i melodię. Jeśli spółgłoski miały pierwotnie duchową, magiczną wartość (co należy przyjąć), to zrozumiałe jest, że czarownik musiał częściej wymawiać te spółgłoski, które – jak filary mostu – podtrzymywały łuki (tu: samogłoski). Na głoskach aliteracyjnych (które mogły być także samogłoskami) spoczywał akcent. Z zastosowania wysokiego i niskiego tonu powstał pewien rodzaj melodii.
Weźmy parę takich dawnych starogermańskich wierszy i próbujmy tak długo, aż uda się wydobyć melodię. Tak powstała nasza poezja ludowa. Istniały zapewne prastare aryjskie melodie, które – wykonywane w podniosły sposób – miały przywoływać moc wyższych sił i które legły u podstaw wszelkiej naszej poezji. Jeszcze przed Ariami istniały starsze pieśni, zachowane w zaklęciach Finów i innych ludów, które czasem przeniknęły także do naszych kręgów ludowych.
W odległej części Lotaryngii, gdzie mieszka jeszcze ludność o czarnych włosach, wywodząca się ze starożytnej rasy pierwotnej, można w pewnych porach roku, w święta, nocą usłyszeć od młodzieńców i dziewcząt cudowne pieśni, śpiewane w nieznanym języku. Przetrwały one potajemnie, mimo oporu duchowieństwa katolickiego, i należą do najwspanialszych zjawisk, jakie kiedykolwiek powstały na polu muzycznym.
Ponieważ Indianie wciąż ukazują zwyczaje dzikiej rasy prapierwotnej, dobrze, że podjęto próby badania ich pieśni.
Amerykanka – panna Fletcher – spędziła kilka lat wśród Indian i nagrała ich melodie na cylindrach fonograficznych, dzięki czemu stały się dla nas dostępne.
Podsumowuje swoje wrażenia następująco:
„Wśród Indian muzyka otacza niczym atmosfera każdą ceremonię religijną, społeczną i plemienną, a także każde indywidualne istnienie. Nie ma żadnej fazy życia, która nie znalazłaby wyrazu w pieśni. Śpiew zawiera rytuał religijny; wyraża wdzięczność człowieka za wzrastanie zboża, za posiadanie jadalnych zwierząt domowych, za moc powietrza i wiatrów, za płodność słońca. Z pokolenia na pokolenie przekazywane są formuły, które dodają odwagi wojownikowi, pocieszają cierpiących, a muzyka jest jak medium, za pomocą którego człowiek wchodzi w kontakt z niewidzialnymi duchami, które rządzą jego życiem.”
(A. C. Fletcher, A Study of Omaha Indian Music, w: „Archaeological and Ethnological Papers”, Peabody Museum, Harvard University, Cambridge, marzec 1893).
To miejsce można spokojnie odnieść do wszystkich innych ludów pradawnych.
Wszyscy próbowali np. za pomocą zaklęć śpiewnych sprowadzać deszcz – tak jak czynią to jeszcze dziś Indianie. Amerykański artysta zapisał jeden z takich „pieśni deszczowych”. Najpierw zaczynają grzmieć bębny, potem „mistrz deszczu” wzywa młode dziewczęta, aby rozpoczęły taniec. Następuje cisza; uderza się w deski, aby naśladować odgłos grzmotu; śpiewają dziewice i oddają cześć bogu deszczu; śpiew dziękczynny rozbrzmiewa, gdy deszcz spada.
Oczywiście melodie te są onomatopeiczne, tzn. naśladują możliwie najwierniej zjawisko przyrody. Widać z tego, że pierwotnie melodia powstawała właśnie poprzez naśladowanie. Zstępujące albo wznoszące się tony zmieniają nastrój. Wojownicy często malują sobie twarze na czarno – prawdopodobnie, aby zaznaczyć burzę.
Jeszcze dziś Kościół katolicki używa dawnych formuł, aby sprowadzić deszcz (ad petendam pluviam) albo ładną pogodę (ad petendam serenitatem). Wystarczy wysłuchać procesji błagalnej w jakimś dobrze katolickim rejonie, aby zobaczyć, jak zachowały się starożytne obyczaje. Nieustannie powtarzane „Módl się za nami!” jest słowem zaklęcia, które ma zmusić świętych – zastępujących dawne siły natury – do okazania dobrodziejstwa. Można też zrozumieć, dlaczego dawniej ludzie składali wszelkie możliwe ofiary, aby poprzez ascezę udobruchać niebo: zabijano dzieci albo przynajmniej nacinali sobie twarze. Takie ofiary torowały drogę do niebios i łagodziły gniew bogów. Innymi słowy: kiedy ludzie zbyt mocno zgrzeszyli, tak że w konsekwencji pojawiały się niekorzystne zjawiska przyrody, inni musieli przez pokutę przywrócić równowagę.
To, co rzuca się w oczy każdemu, kto słyszy taki śpiew, to powtórzenia. One również sięgają swym początkiem dawnych nakazów magii. Formułę trzeba było wypowiedzieć (początkowo zaśpiewać) kilka razy – najwyraźniej za każdym razem z nieco zmienioną modulacją. „Musisz to powiedzieć trzy razy!” – mówi Faust. W naszych dawnych baśniach znajdują się jeszcze ślady tych zwyczajów. Zazwyczaj zaklęcie powtarza się trzy lub cztery razy, każdorazowo mocniej i bardziej emfatycznie.
Także w modlitwach Kościoła katolickiego wiele z tego się zachowało. Raz znalazłem w Tyrolu stary nagrobek z napisem: hie stans mente pia ter dicet Ave Maria („kto tu stanie, niech w pobożnym duchu odmówi trzy razy Zdrowaś Mario”). Także we mszy – w modlitwie chóru i innych uroczystych obrzędach – częste powtórzenia odgrywają rolę. Zwłaszcza liturgia rosyjska obfituje w powtarzanie wezwania: „Panie, zmiłuj się nad nami!”.
Śpiewem starano się też chronić przed zwierzętami. Każdy zna mit o Orfeuszu. W Egipcie w grobie króla Unasa znaleziono hieroglify, które muszą być interpretowane jako pieśń mająca chronić władcę przed wężami (najwyraźniej wężami astralnymi). Włochy słynęły z mszy, w których rozumiano się na czarach przeciwko wężom. Zaklinacze w Egipcie do dziś oczarowują węże muzyką.
Możliwe, że każdy gatunek zwierząt ma swoją własną nutę, która określa jego istotę, a ktoś, kto zna te dźwięki, może łatwo je oswoić. Stąd różne sposoby ujarzmiania zwierząt przez określone pradawne zawołania. Słyszałem takie „pra-dźwięki” jeszcze w Hiszpanii u niedźwiedników – i pozostaną dla mnie na zawsze niezapomniane. Powiedziano mi także, że przeciwko wężom pomocne są słowa „Osy, Osya, Osy”. Pewna kobieta opowiadała mi, że kiedyś dotknęła małego węża i wypowiedziała te słowa – a on natychmiast zdechł.
Każdy pamięta z Biblii króla Saula, którego uspokajały pieśń i gra na harfie Dawida, ale czasem znowu wpadał w gniew i ciskał w niego włócznią. Gdy muzyka łączy się w duszy opętanego z przyjemnymi wspomnieniami lub podniecającymi myślami, może dojść do tego, że to, co demoniczne, bierze górę.
Na tym właśnie opiera się moc muzyki wojennej, która i dziś odgrywa wielką rolę. Wystarczy zaobserwować, jak Marsylianka we Francji czy „Straż nad Renem” w Niemczech potrafią nagle odmienić nastrój. Kiedy Spartanie znaleźli się w potrzebie wojennej i zwrócili się o pomoc do Ateńczyków, ci przysłali im tylko poetę Tyrtajosa, który rozpalił ich pieśniami. Każdy zna także wiersz „Bertran de Born”, w którym wychwalana jest moc pieśni.
W naszych dawnych pieśniach ludowych – Pieśni o Nibelungach, Gudrun, Edda i innych – śpiew czy muzyka zawsze uważane są za rodzaj zaklęcia. Wystarczy pomyśleć o roli śpiewaka Horanda w Gudrun albo o Volkerze, grajku. O Horandzie opowiadano, że „zaczął śpiewać pieśń cudowną”, którą usłyszał „na dzikiej fletni”, i że miała ona czarodziejski wpływ na martwą naturę i zwierzęta, a także tak oczarowała królewnę, iż zgodziła się na jego zaloty. Lapończycy i Finowie od dawna słynęli z takich czarów, które potrafiły np. wywołać burzę – jak można przeczytać w powieści Afruja Theodora Mügge. W szwedzkich pieśniach ludowych pojawia się motyw cudownej harfy, na której gra bóg morski Nöck, aby zwabić żeglarza, by płynął dalej – ku wodnemu grobowi.
Nimfy wodne (Nixen)
Nimfy wodne chętnie grają na harfie, by uwodzić ludzi. Wzruszająca jest też opowieść o duchu natury, który był smutny, ponieważ człowiek powiedział mu, że nie ma nieśmiertelnej duszy; gdy jednak dowiedział się, że mimo to może jeszcze duszę otrzymać, rozradowany zagrał na swojej harfie. Zadziwiająca jest również legenda o harfie, która sama zaczyna grać, by obwieścić morderstwo.
W roku 1316 sobór w Kolonii zakazał intonowania przeciwko osobom melodii „Media vita” („Pośrodku życia jesteśmy”). A więc już wówczas używano tej starej pieśni kościelnej jako zaklęcia, aby wyrządzić innym szkodę.
Nie sposób zaprzeczyć, że przez niektóre diaboliczne śpiewy, jeśli trwają dłuższy czas, powstają tak straszliwe wibracje, iż każdy, kto nie ma wielkiej siły oporu, bywa przez nie jakby oczarowany, tak że nie bardzo wie, co czyni. Na tym również polega fakt, że tak często przełamywano opór inaczej myślących przez zaintonowanie pieśni. Pomyślmy też o czarze, jaki „Kuhreigen” (melodia pasterska) wywierał np. na szwajcarskich żołnierzy służących w armii francuskiej! Dlatego śpiewanie „Kuhreigenu” było surowo zabronione. Dawne śpiewy chóralne w Szkocji miały i nadal mają magiczną moc. Dziś jeszcze pfeifferzy wykonują je na dudach w wojsku i budzą w Szkotach głębie duszy. Niektóre miejsca u Wagnera, jak np. przebudzenie Wali w „Pierścieniu” czy przebudzenie Brunhildy, działają wprost magicznie. Podobnie w „Fauście” Gounoda, w miejscu, gdzie Mefistofeles prosi duchy powietrza, by napełniły naturę czarem, oplatając dwoje kochanków, Fausta i Małgorzatę, rozkoszą. W takich fragmentach dostrzega się i rozpoznaje z mimowolnym dreszczem, że pewne dźwięki istotnie posiadają moc czarodziejską. Oczywiście potrzebne jest do tego także odpowiednie wykonanie.
O indyjskich dugpach opowiada się, że kiedy śpiewają swoje straszliwe pieśni ku czci mrocznej bogini Kali, wywierają przerażające wrażenie. Zło powstaje z dysharmonii, i odwrotnie – dysharmonia prowadzi do zła. Dlatego od zawsze przypisywano muzyce wielką siłę wychowawczą. U Greków, zwłaszcza u pitagorejczyków, muzyka odgrywała – jak wiadomo – wielką rolę w kształceniu chłopców. Kościół katolicki wywierał w średniowieczu szczególnie korzystny wpływ także przez gorliwe śpiewanie pieśni kościelnych. Siedem tonów psalmowych wywiera bardzo harmonijny, uspokajający i uszlachetniający wpływ – i należałoby je wprowadzić u młodzieży. Dziś niestety można je usłyszeć jedynie w klasztorach, które – jak benedyktyni z Beuron – szczególnie czczą chorał gregoriański.
Do najpiękniejszych wspomnień mojego życia należy to, że w klasztorze w Seckau w Styrii słyszałem, jak młodzi zakonnicy późnym wieczorem, w ciemności, każdego dnia (na zakończenie wspólnego śpiewu) sami, na kolanach, śpiewali „Salve Regina”.
Wypadałoby w każdym razie wydać wielkie dzieło – zbiór wszystkich prymitywnych pieśni i utworów muzycznych – aby zobaczyć, jakie musiały być pramelodie i jak zmieniały się w toku czasu. Nie ulega wątpliwości, że nasze nowoczesne melodie opierają się na prastarych, i że bardzo wiele z tego, co wydaje się nam pogłębione narodowo i specyficznie ludowe, jest w istocie dawnym dziedzictwem zapożyczonym niegdyś od innych ludów.
Słyszałem kiedyś pieśni Murzynów z najgłębszej Afryki, które brzmiały dokładnie jak śpiewy katolickich kapłanów. Jeśli przyjąć, że z Atlantydy przeniknęła do Afryki jakaś kultura, łatwo odnaleźć pomost, gdy założy się, iż śpiewy kościelne mają również pochodzenie orientalne (czy to od Chaldejczyków, czy od innych ludów), a zatem źródło obu jest właściwie wspólne.
Jako przykłady wędrówki melodii wskażę tylko, że najsłynniejsza i najbardziej rozpowszechniona pieśń narodowa „Heil dir im Siegerkranz” – według nowszych badań – śpiewana była już w średniowieczu na dworze bizantyńskim. Holenderski hymn „Wilhelmus van Nassouwe” pochodzi z Francji; natomiast z francuskiej pieśni wojennej „La Parisienne”, śpiewanej często w XIX wieku, powstał pompatyczny marsz, który przez jeńców wojennych trafił do Ameryki (w czasie wojen o niepodległość) i został przez La Fayette’a przywieziony z powrotem do Francji; hiszpański hymn królewski sięga źródłem Fryderyka Wielkiego; marsz starego Dessauera „So leben wir” powstał we Włoszech; a po dziś dzień w Monachium podczas warty paradnej słyszy się stary marsz janczarski, przywieziony z wojny tureckiej.
Wreszcie, po przeglądzie całego materiału, dojdziemy do przekonania, jak rodzaj ludzki z skromnych początków rozwinął się do dzisiejszej wysokości. Mówimy jeszcze o „przedhistorii” i „prahistorii”, lecz nadejdzie czas, gdy w najdawniejszej historii będziemy widzieć tak jasno, jak w późniejszej.
Wtedy też rozpoznamy, że w ostatecznym sensie nie ma właściwie historii; to, co tak nazywamy, jest tylko formą zewnętrzną – tajemnicą, rozwojem nieskończonej myśli. Tak jak Bóg myśli, tak coś powstaje na płaszczyźnie fizycznej: historia i sztuka są myślami Bóstwa.
Kto odrywa się od świata (jak śpiewa Tristan), trafia do innych krain. Widzi wtedy również innymi oczami. Sztuka ma w sobie wyzwalającą moc: uwalnia od historii. Można powiedzieć, że jest transcendentalną historią. Jest osadem wszelkiego dziania się. Czar miłości, który dziewczyna z Indii wydycha w swoim śpiewie, nie byłby możliwy bez wielkich czynów jej przodków.
Historia jest w pewnym sensie męska, sztuka – żeńska. Muzyka zaś jest wtedy najbardziej kobiecą, bo najgłębiej wewnętrzną sztuką. Jest objawieniem Bóstwa. Gdy Bóg do nas mówi, czyni to przez dźwięk i światło. Skoro natura jest zjawiskiem świetlnym Bóstwa, muzyka jest udźwiękowieniem zjawiska świata.
Natura i sztuka to dwa wielkie wehikuły Ducha Świętego. Natura sprowadza w dół – ku człowiekowi; sztuka wynosi go ponad naturę. Wychodząc od naśladowania natury, przebyła długą drogę pod nieustannym oddziaływaniem z góry, aż dotarła dziś na szczyt. Teraz dzięki niej rozpoznajemy prawdę, dobro i piękno – i musimy dążyć do przemiany wewnętrznego poznania w czyny.
„Słów już wymieniono dość – niechże wreszcie ujrzę czyny!” Najwyższym czynem, jakiego człowiek może dokonać, jest upodobnienie się – na ile to możliwe – do Boga. A może to uczynić jedynie przez miłość. I tak muzyka prowadzi nas z powrotem do początku i potwierdza postawioną tezę, że jest magią. Kto podda się jej prowadzeniu, stanie się magiem – a mag panuje nad światem.
źródło: Die Musik als Magie; Neue Lotusbluten – 6 Jahrgang 1913.
Co wiadomo na temat Media vita in morte sumus
1. Tekst i pochodzenie
Media vita in morte sumus („Pośród życia jesteśmy w śmierci”) to łaciński antyfon (chant gregoriański), znany też jako Antiphona pro peccatis lub de morte.
Wikipedia
Tradycyjnie przypisuje się autorstwo Nowego Testamentu albo legendzie Notkera z Saint Gall, którego datuje się na wiek X. Niektóre źródła mówią, że Notker skomponował go jako reakcję na niebezpieczeństwo budowy mostu, widząc ludzi narażających życie.
2. Użycie liturgiczne i znaczenie
Pieśń była używana jako antyfon do Kompline (modlitwy na zakończenie dnia liturgicznego) w okresie Wielkiego Postu.
W Kościele używana była też w kontekstach błagalnych (np. w czasie zarazy, wojny lub innej klęski). Ludzie śpiewali ją pełni nadziei i obaw, prosząc o pomoc Bożą.
3. Zakaz z 1316 – Synod / Sobór Kolonii
Rzeczywiście, sobór w Kolonii w roku 1316 dekretem zakazał śpiewania Media vita przeciwko osobom bez zgody biskupa.
Czyniono to dlatego, że ta pieśń była używana w sposób, który kolidował z porządkiem kościelnym – np. jako rodzaj przekleństwa, lub jako środek psychicznego nacisku lub magicznego działania wobec osób.
4. Konotacje magiczne / obyczajowe
U źródła tekstu i jego wykonania kryje się przekonanie, że dźwięk sakralny może mieć moc duchową, także taką, że wywołuje emocje albo oddziaływanie duchowe (np. strach, skruchę, pokutę). Śpiew ten bywał używany w sposób, który mógł być postrzegany jako magiczny lub superstitiouszny.
Jeden ze źródeł mówi, że emocjonalna siła tej pieśni była tak duża, iż Synod Kolonii wymagał, by przed jej odśpiewaniem uzyskać zgodę biskupa – być może obawiano się, że pieśń może być używana do szkodzenia lub wywierania negatywnego wpływu na ludzi.
Media vita in morte sumus to antyfona gregoriańska, której tekst powstał prawdopodobnie w X wieku. Brzmi on tak:
Łaciński tekst
Media vita in morte sumus:
quem quaerimus adjutorem, nisi te, Domine,
qui pro peccatis nostris juste irasceris?
✝ Sancte Deus,
✝ sancte fortis,
✝ sancte et misericors Salvator,
✝ amarae morti ne tradas nos.
Dodatkowe wersety (czasem śpiewane w rozwiniętej wersji):
In te speraverunt patres nostri; speraverunt, et liberasti eos.
Ad te clamaverunt patres nostri; clamaverunt, et non sunt confusi.
Gloria Patri, et Filio, et Spiritui Sancto.
Polskie tłumaczenie
Pośrodku życia jesteśmy w śmierci:
kogo jako pomocnika mamy wzywać, jeśli nie Ciebie, Panie,
który z powodu naszych grzechów sprawiedliwie się gniewasz?
✝ Święty Boże,
✝ Święty Mocny,
✝ Święty i Miłosierny Zbawicielu,
✝ nie oddaj nas gorzkiej śmierci.
Ta pieśń była śpiewana głównie w okresie Wielkiego Postu, a jej dramatyczny charakter sprawił, że uważano ją za niezwykle potężną – zarówno w sensie duchowym, jak i (czasem) quasi-magicznego oddziaływania.