Opowieść z innego świata
Pan Stead oszukany przez „duchy”
Rozumiem, że wywołam skandal. Z góry przepraszam za to moich drogich przeciwników – spirytystów. Przepraszam również osobę bezpośrednio zainteresowaną, znanego dziennikarza, tak doświadczonego w swoim fachu, że mam nadzieję, iż nie będzie mi długo tego miał za złe. Ale muszę poruszyć tę kwestię: czy pan Stead kpi sobie z ludzi?
Pan Stead to znany angielski pisarz, którego obszerny artykuł zatytułowany „Jak komunikować się z TAMTYM ŚWIATEM?” niedawno zacytowaliśmy i skomentowaliśmy.
Nie zaprzeczamy istnieniu tych ulotnych i tajemniczych inteligencji – „duchów” (nadal używamy tego słowa dla wygody), które, dzięki nieznanym siłom aktywowanym przez media, mogą w pewnych warunkach dać nam o sobie znać. Przyjmujemy więc za autentyczne wszystkie opisane zjawiska. Jedynie pozwalamy sobie zakwestionować interpretację, jaką nadaje im autor.
Gdyby pan Stead poprzestał na traktowaniu tych zjawisk jako naukowego dowodu istnienia świata nadzmysłowego oraz możliwości nawiązywania kontaktu z jego mieszkańcami – zgadzalibyśmy się z nim. Ale on widzi w nich również dowód na to, że duchy, które się manifestują, to dusze zmarłych ludzi – istoty, które kiedyś z nami żyły. Taka konkluzja nie jest zgodna z faktami.
Szybka analiza każdej z przytoczonych przez niego relacji pozwala stwierdzić, że choć można przyjąć istnienie zaświatów zamieszkałych przez istoty myślące, nie sposób stwierdzić, czy te istoty, które się z nami komunikują, to faktycznie ludzie – a już zwłaszcza, czy są to konkretni zmarli, których imiona się pojawiają.
Ale cóż! Pan Stead, traktując swoje przekonania jakby były pewnikami – albo udając, że są pewnikami dla efektu humorystycznego (co byłoby całkiem po brytyjsku) – ogłasza dziś, że zamierza założyć… (uwaga, bo to sensacyjne!) BIURO ŁĄCZNOŚCI Z TAMTYM ŚWIATEM!!
Zapewniam, że niczego nie wymyślam. Biuro to ma zostać otwarte wkrótce w Mowbray House przy Norfolk Street w Londynie. Osoby pragnące skontaktować się ze zmarłym bliskim będą mogły po prostu przyjść na miejsce. Kontakt zostanie nawiązany natychmiast. Ponieważ w biurze tym korzysta się z czegoś w rodzaju prawdziwej bezprzewodowej telefonii, być może już wkrótce zostaną rozstawione słupy łączności wszędzie. Każdy będzie mógł zamontować taki aparat w domu. Nie wiadomo jeszcze, ile wyniesie abonament.
Pytam więc: zważywszy na pozycję pana Steada w brytyjskiej prasie, czy nie mamy prawa potraktować tej wiadomości jako żartu i stwierdzić wprost: „Pan Stead robi sobie żarty ze współczesnych”? Chyba że przyjmiemy inną wersję: tak jak wybacza się Homerowi, że miewał sny – w końcu nawet Homer czasem zasypia – tak samo można dopuścić, że starszemu angielskiemu pisarzowi wolno od czasu do czasu pomarzyć…
Niemniej – jakkolwiek absurdalna może się wydawać ta idea, krąży już po całym świecie – warto omówić ją nieco dokładniej, choćby z czystej ciekawości.
To w Revue (dawniej Revue des Revues) pan Stead przedstawił we Francji – po wcześniejszym ogłoszeniu tego w Anglii – genezę swojego pomysłu.
Co ciekawe, pomysł nie był jego własny. Został mu podsunięty przez „ducha”. Do tego faktu jeszcze wrócimy, bo z punktu widzenia badań spirytystycznych ma on kluczowe znaczenie.
Duch ten, inicjator całej idei, nazywa się Julia. Julia – jak pisze autor – to imię pani Julia A. Ames, członkini redakcji gazety Union Signal w Chicago, organu Woman’s Christian Temperance Union (Chrześcijańskiego Związku Wstrzemięźliwości Kobiet). Urodziła się w stanie Illinois w 1861 roku i miała w pełni anglosaskie pochodzenie. W 1890 roku, podczas podróży po Europie, odwiedziła mnie i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Jesienią następnego roku wróciła do Ameryki, zachorowała w Bostonie i zmarła w tamtejszym szpitalu.
Jak wiele pobożnych dusz, panna Ames zawarła przymierze ze swoją najbliższą przyjaciółką – która przez wiele lat była dla niej jak siostra. Uzgodniły, że Julia powróci z zaświatów i ukaże się, aby dać dowód na przetrwanie duszy po śmierci i na możliwość komunikowania się zmarłych z żywymi. Wielu tego próbowało; niewielu się udało.
Miss Ames była jedną z nielicznych, którym się to udało. Wypełniła obietnicę podczas dwóch seansów – a ja, przypadkowo, uczestniczyłem w drugim, który odbył się w zamku (Castle). Wtedy zacząłem pisać automatycznie. Udostępniłem moją rękę pannie Ames, która użyła jej tak, jakby była jej własną – co potem miało się powtarzać wielokrotnie.
Od piętnastu lat Julia nalega, aby założyć biuro pośredniczące między żywymi a zmarłymi. Pan Stead nie może już uchylać się od tego obowiązku. „Każdy – pisze – kto stracił bliskiego przyjaciela lub krewnego, będzie mógł zwrócić się do tego biura, które poinformuje go, w jakich warunkach będzie możliwe nawiązanie kontaktu. Warunkiem jest uzyskanie zgody kierownictwa (Julii); zgoda ta nie zostanie udzielona osobom, które nie kierują się wyłącznie pragnieniem kontaktu z utraconymi bliskimi”. W tej sprawie Julia wyraża się bardzo jasno.
Celem biura jest pomoc tym, którzy pragną ponownie spotkać się po przejściu przez to, co nazywamy śmiercią. To coś w rodzaju pocztowego biura listów żalu, w którym selekcjonuje się korespondencję, aby móc ją dostarczyć. Jeśli nie ma wiadomości wynikających z przyjaźni lub miłości – nie ma potrzeby zwracać się do biura. Pracownik, przepracowany i zaangażowany, może być porównany do dobrego policjanta, który z całych sił stara się odnaleźć zagubione dziecko pośród tłumu i oddaje je zrozpaczonej matce. Gdy już ich połączy – jego misja się kończy.
Oczywiście, pokusa, by pójść dalej, uczynić z biura ośrodek eksploracji zaświatów, będzie ogromna. Ale ulec tej pokusie byłoby przedwczesne. Nie znaczy to, że sprzeciwiam się takiej eksploracji – przeciwnie, jest ona naturalną, niezbędną i najważniejszą konsekwencją waszej pracy. Ale to nie biuro – moje biuro – powinno się tym zajmować. Ono powinno ograniczyć się do swego pierwotnego celu: zbudować most, odnowić zerwane więzi, przywrócić komunikację między tymi, którzy zostali jej pozbawieni.
Co do sposobu komunikacji — oto jak ma się ona odbywać: osoba pragnąca nawiązać kontakt, w towarzystwie stenografa zobowiązanego przysięgą do zachowania tajemnicy, zostaje kolejno połączona z trzema mediumami o sprawdzonej uczciwości, ale różnych zdolnościach. Pierwszy może być naturalnym jasnowidzem, drugi mediumem w transie, a trzeci automatycznym pisarzem. Seanse będą się odbywać osobno. Stenograf zapisze każde słowo wypowiedziane przez obie strony. Po zakończeniu doświadczeń zapis zostanie przekazany zainteresowanemu.
Według pana Steada, na podstawie wstępnych prób, ponad dziesięć procent komunikatów uzyskanych z zaświatów uznawanych jest za autentyczne.
Teraz rozumiecie, dlaczego nie mogłem się powstrzymać, by nie postawić pytania: „Czy pan Stead kpi sobie ze świata?” Bo i ja zadaję sobie, z całą pokorą prosząc o wybaczenie za moją bezczelność, pytanie: „Czy pan Stead – jeśli nie kpi – to czy nie błądzi?”
Nie; mylę się, formułując to podwójne pytanie. Pan Stead nie kpi. Nie błądzi, ani trochę. To on sam tak twierdzi – a przecież sam wie najlepiej.
Posłuchajmy go:
„Problem jest poważny. Próba przerzucenia mostu nad przepaścią wyda się wielu szczególnie śmiała. Dla niektórych wręcz bluźniercza. Ale wszyscy, którzy interesują się postępem badań psychicznych, przyznają, że nadszedł czas, aby podjąć takie przedsięwzięcie – i to z ręki badaczy uczciwych, zdecydowanych dojść do ostatecznych wniosków…”
To właśnie na tym się skupiamy. Czy problem jest poważny? Wolę tę konkluzję.
Wolę ją choćby dlatego, że nie chciałbym dowiedzieć się, iż pan Stead cierpi na tę przerywaną senność, która jest oznaką upadku umysłowego – choć dotyka ona nawet najwybitniejszych pisarzy.
Wolę ją również z powodu opinii publicznej, która od dawna darzy pana Steada zaufaniem i szacunkiem.
Wolę ją jednak przede wszystkim dlatego, że fakty – skoro szczerość pana Steada nie budzi wątpliwości – mają wyjątkową wartość dowodową w kontekście tezy, którą wyciągnęliśmy na podstawie naszych wcześniejszych obserwacji dotyczących pochodzenia i natury duchów objawiających się w doświadczeniach mediumicznych.
Przypomnijmy: duchy, które określiliśmy jako AMORALNE, mają według nas cechę zasadniczą – skłonność do błędu, oszustwa, mistyfikacji, czarów we wszelkiej postaci. To właśnie ta cecha, podstawowa i trwała, sprawiła, że utożsamiliśmy duchy AMORALNE z złymi aniołami teologii katolickiej.
I cóż – czy można znaleźć bardziej wyrazisty, bardziej jednoznaczny przykład potwierdzający ten pogląd niż przygoda pana Steada i jego biura komunikacji z zaświatami?
Zwróciliśmy od razu uwagę na kluczowy fakt: że pomysł tej „telegrafii z zaświatów” nie zrodził się spontanicznie w umyśle angielskiego pisarza, lecz został mu zasugerowany przez ducha.
To właśnie ma znaczenie fundamentalne. Od lat pan Stead wierzy w możliwość kontaktu zmarłych z żywymi. Wierzy, że duchy, które się z nim komunikują, to rzeczywiście duchy zmarłych ludzi, których nazwiska podają. Uznaje za autentyczne rzekome dowody tożsamości, które jednak nie wytrzymują ściślejszej analizy. Jest tak przekonany, że potrafi niemal na życzenie skontaktować się z ukochanymi zmarłymi, że po kilku komunikatach od ducha twierdzącego, że jest jego synem, napisał jako podsumowanie artykułu, który opublikowaliśmy w lutym:
„Wszystkie jego wiadomości odzwierciedlają jego charakter i sposób myślenia, tak jak listy, które pisał mi za życia.
Po tym nie mam już żadnych wątpliwości. Dla mnie problem jest rozwiązany, prawda jest ustalona.
I jestem szczęśliwy, że mam okazję oświadczyć to publicznie – wobec całego świata – że nie dopuszczam żadnych zastrzeżeń w tej sprawie.”
W ten sposób przebiegłe, wyjątkowo przewrotne duchy doprowadziły człowieka o inteligencji i renomie pana Steada do złożenia takiej profesji wiary spirytystycznej, po to, by zrujnować jego reputację, wystawić go na pośmiewisko, a w końcu wpędzić w rozpacz, gdy oszustwo wyjdzie na jaw. W ten sposób duchy wciągnęły go w tę potężną i diabelską mistyfikację, jaką jest biuro komunikacji z zaświatami.
Gaston Méry
źródło: UNA HISTORIA DEL OTRO MUNDO – Mr. Stead burlado por los «espíritus»; Lo Maravilloso – Madrid 25 Julio 1909.