O tak zwanym „Spirityzmie”
Autor: dr Gerda Walther
Kiedy jeszcze niedawno o kimś mówiono, że jest „spiritystą”, wywoływało to pół drwiący, pół współczujący uśmiech — jakby powiedziano: „to nieszkodliwy dziwak”. Choć w ostatnich latach podejście to uległo pewnej poprawie, trudno przypuszczać, by całkowicie zniknęło, przynajmniej w Europie Środkowej, w najbliższym czasie.
Czym zatem właściwie jest spirytyzm?
Czy stanowi on światopogląd, religię, a może sektę?
W audycji radiowej poświęconej nowoczesnym światopoglądom, brytyjska rozgłośnia BBC oddała niegdyś głos pewnemu znanemu przedstawicielowi życia publicznego, by przedstawił swą spirytystyczną wiarę. W swoim wystąpieniu przyznał się on zasadniczo do wiary w Boga, w istnienie życia po śmierci oraz w możliwość kontaktu z osobami zmarłymi.
Zazwyczaj jednak pojęcie spirytyzmu ujmuje się wężej.
„Chambers’s Twentieth Century Dictionary” definiuje go między innymi jako „naukę głoszącą, że duch istnieje niezależnie od materii”, bądź też jako „określenie szeregu różnych, rzekomo anormalnych zjawisk, które w większości mają pochodzić od oddziaływania istot duchowych na osoby szczególnie wrażliwe lub mediumiczne”.
Jeszcze ściślej ujmuje to jedno z angielskich leksykonów, według którego spirytyzm to „wiara, że duchy zmarłych utrzymują kontakt z żywymi za pośrednictwem zjawisk fizycznych, jak np. stukania, bądź w stanach anormalnych (takich jak trans), które zwykle występują u mediów” — definicja ta jest jednak zbyt ograniczona.
Odmianą spirytyzmu, często z nim myloną, a zarazem w dużej mierze odpowiedzialną za jego potępienie — zwłaszcza przez Kościoły — jest tzw. spirytyzm objawieniowy lub wulgarny.
Zazwyczaj grupa osób gromadzi się wokół jednego lub kilku mediów i uznaje wszystko, co te przekazują w stanie transu, za pochodzące „z tamtej strony”, jako najwyższe objawienie i ostateczną mądrość — godną większej wiary niż nauki religii tradycyjnych, z którymi przekazy te często wcale się nie pokrywają. Co więcej, nie są one nawet wewnętrznie spójne: komunikaty jednego medium nierzadko przeczą przekazom innego.
Jeśli jednak założyć, że owe wiadomości rzeczywiście pochodzą od zmarłych, a nie z podświadomości medium, trudno zrozumieć, dlaczego człowiek miałby natychmiast po przekroczeniu bramy śmierci i odłożeniu ciała fizycznego stać się wszechwiedzący i przewyższać poznaniem największych założycieli religii, proroków, filozofów i myślicieli. Jest to przypuszczenie dość absurdalne, dlatego nie będziemy się nim dalej zajmować.
Pozostają więc następujące trzy twierdzenia:
-
Istnieje życie człowieka po śmierci fizycznej.
-
Zmarli mogą nawiązywać kontakt z żywymi — a to poprzez zjawiska:
a) fizyczne, lub
b) psychiczno-duchowe. -
Manifestacje te wymagają tzw. mediów, które znajdują się w stanach odmiennych od normalnych.
Pierwsze z tych twierdzeń nie jest bynajmniej wyłącznie spirytystyczne — występuje ono we wszystkich religiach wszystkich czasów i narodów. Nie stanowi więc specyfiki spirytyzmu, dlatego — z braku miejsca — nie będziemy się nad nim szerzej zatrzymywać, choć stanowi ono zasadniczy warunek wstępny całej tej nauki.
Trzecie twierdzenie wydaje mi się zbyt ograniczone, gdyż takie przekazy pojawiają się również niezależnie od obecności mediów — jak np. zjawiska związane z nawiedzonymi miejscami czy spontaniczne przeżycia związane z osobami umierającymi lub od niedawna zmarłymi.
Jako istotny rdzeń spirytyzmu pozostaje więc twierdzenie, że pewne zjawiska okultystyczne pochodzą od zmarłych, którzy w ten sposób nawiązują lub pragną nawiązać kontakt z żywymi.
Jeśli przez parapsychologię rozumiemy ogólnonaukowe badanie zjawisk „okultystycznych”, to spirytyzm można całkowicie trzeźwo potraktować jako jedną z hipotez wyjaśniających (obok np. podświadomości, telepatii, jasnowidzenia — przy założeniu, że mamy do czynienia z autentycznymi zjawiskami, a nie trikami czy oszustwami), mianowicie tzw. hipotezę spirytystyczną.
Hipotezę tę, przynajmniej jako możliwość, dopuszczali także krytyczni badacze, tacy jak filozof Hans Driesch, amerykański parapsycholog J. B. Rhine i inni.
Jak jednak wygląda kwestia dowodów na rzecz hipotezy spirytystycznej?
Zanim odpowiemy na to pytanie, musimy uświadomić sobie, że nowoczesna teoria poznania (zwłaszcza fenomenologia) już dawno ustaliła, iż istnienia czegokolwiek nie da się logiczno-matematycznie udowodnić.
Można je jedynie przeżyć, wskazać, wykazać — w najlepszym razie sprowadzić istnienie nieznane do znanego, dopóki nie da się go doświadczyć lub ukazać w sposób bezpośredni.
Można więc — przykładowo — z odchyleń w ruchach planet wnioskować o istnieniu jeszcze jednej planety, aż ta zostanie rzeczywiście odkryta, to znaczy — uczyniona widzialną przez teleskop lub inne środki. W takim wypadku jej istnienie nie jest właściwie udowodnione, lecz wskazane, ujawnione.
To samo dotyczy wszelkiej formy istnienia — choć sposoby wskazywania na nie są różne: przez mikroskop, analizę widmową itp. Jednym z głównych zadań każdej nauki jest zbadanie, w jaki sposób najlepiej ujawniać i badać przedmiot właściwy jej dziedzinie.
Pytanie brzmi zatem:
czy w zjawiskach okultystycznych można wskazać, że zmarli są ich sprawcami?
I tutaj musimy się odwołać do podstawowej zasady fenomenologii: każdy rodzaj przedmiotu można poznać jedynie za pomocą środków odpowiednich dla jego natury.
Już zdrowy rozsądek podpowiada, że barwy można tylko widzieć, a dźwięki tylko słyszeć — nie odwrotnie.
Jednak gdy tę zasadę przeniesiemy na sztukę nowoczesną lub na spirytyzm, a zwłaszcza na przekazy ze świata zmarłych, wielu ludzi nagle przestaje to pojmować jako oczywistość.
Nasze następne pytania więc brzmią:
-
W jaki sposób zmarli, lub ogólniej — istoty z zaświatów — mogą przekazywać nam informacje?
-
Jak my, z naszej strony, możemy nawiązywać kontakt z tymi bezcielesnymi istotami?
Ponieważ z definicji chodzi tu o istoty bezcielesne, istnieją — moim zdaniem — tylko dwie możliwości:
-
Albo zmarli zstępują ku nam, starając się przybrać ciało lub posłużyć się siłami cielesnymi, aby zamanifestować się w świecie fizycznym;
-
Albo my wznosimy się ku nim, rozwijając w sobie zdolności lub postawy duchowe, pozwalające nam spotkać się z nimi na ich płaszczyźnie istnienia.
W spirytyzmie wybiera się przeważnie, choć nie zawsze, pierwszą drogę — bardziej przystępną dla przeciętnego człowieka, choć, jak zobaczymy, często przybiera ona dość materialistyczne formy.
1) Spirytyzm fizykalny
Jeśli człowiek przypadkowo zostałby zamknięty w piwnicy — co zrobi, by zwrócić na siebie uwagę?
Zapuka, potrząśnie drzwiami, uderzy w ścianę.
Podobnie jest z fizycznymi zjawiskami spirytystycznymi, zwłaszcza z tzw. spukami — słychać stukanie, trzaskanie, przedmioty przemieszczają się, itp.
Jak wiadomo, cały nowoczesny spirytyzm, zwłaszcza w krajach anglosaskich, rozpoczął się właśnie od takich stuków, które rozległy się w roku 1848 w domu farmera Foxa w Hydesville (USA).
Ktoś wpadł wówczas na pomysł, by odczytywać alfabet, a duch odpowiadał stukaniem przy określonych literach, tworząc słowa i sensowne zdania.
Później próbowano tego samego z stołami — i one również zaczęły stukać.
Zazwyczaj jednak tylko wtedy, gdy kilka osób dotykało ich jednocześnie.
Zamiast stołu używano też kartki z wypisanymi literami, na którą kładziono szklankę lub podobny przedmiot; przesuwając się pod palcami uczestników, wskazywała kolejne litery, układając je w słowa i zdania.
Kiedy pytano, kto jest sprawcą owych zjawisk, niemal zawsze zgłaszał się jakiś rzekomo zmarły człowiek (czasem także osoba jeszcze żyjąca, lecz przebywająca daleko). Początkowo wierzono tym deklaracjom bez zastrzeżeń, aż zaczęto przy pomocy coraz bardziej wyrafinowanych metod starać się udowodnić, że rzeczywiście chodzi o konkretnego zmarłego.
Najczęściej jednak, choć nie zawsze, siły używane podczas takich manifestacji pochodziły od żyjących ludzi. Jedynie tak zwane lokalne zjawy lub nawiedzenia, trwające przez dziesięciolecia, a może nawet stulecia, wydają się stanowić wyjątek.
W pozostałych przypadkach źródłem energii są zwykle osoby określane jako mediumiczne, które jednak nie muszą być świadome swej roli – przypuszczalnie to one są dawcami energii.
Przez dziesięciolecia w różnych krajach poświęcano najstaranniejsze badania, stosując coraz bardziej złożone metody kontroli, aby wykazać istnienie tych dotąd niepoznanych sił.
Nie sposób tutaj w pełni omówić te badania, ale – moim zdaniem – ich istnienie zostało jednoznacznie potwierdzone, zwłaszcza dzięki eksperymentom dr E. Osty w uznanym Institut Métapsychique w Paryżu z udziałem medium Rudiego Schneidera, wychowanego przez dr. von Schrenck-Notzinga w Monachium dla ściśle naukowych badań.
Materializacje „zmarłych”
W literaturze opisuje się również przypadki tzw. materializacji zmarłych, czyli pełnych postaci ludzkich, które poruszają się jak żywe.
Twierdzi się nawet, że posiadały one „prawdziwe” ubrania, złote plomby w zębach i inne szczegóły.
Im bardziej realistyczne wydają się te materializacje, tym większe jednak budzą we mnie podejrzenia — nie czynią ich bowiem bardziej wiarygodnymi.
Bo jakże zmaterializowanie się rzekomego zmarłego w postaci cielesnej miałoby dowodzić jego duchowego, bezcielesnego życia po śmierci?
Choć wiele przypadków pozostaje niewyjaśnionych, nie jest mi znany żaden, w którym takie ciało z krwi i kości – z ubraniem, guzikami i innymi szczegółami – rzeczywiście okazałoby się powracającym zmarłym lub w ogóle autentycznym zjawiskiem.
Większość z nich wcześniej czy później uznano za oszustwa, lub – jak w przypadku Mirabelliego w Brazylii – zjawiska odbywające się pod dobrą kontrolą były znacznie słabsze niż te spektakularne, a świadkowie wymieniani w broszurach o Mirabellim w rzeczywistości nic o tych wydarzeniach nie wiedzieli.
Ektoplazma i formy półmaterialne
Zupełnie czym innym są rzekome materializacje części ciała lub kształtów, które powstają z niezbadanej jeszcze substancji wydobywającej się z ciała medium – tzw. teleplazmy lub ektoplazmy – albo z mgławicowatej substancji, również pochodzącej od medium, lub z siły, która przybiera postać substancji.
W takich przypadkach mamy zawsze do czynienia jedynie z odtworzeniem ludzkich (lub zwierzęcych, a nawet innych) kształtów, kończyn, a w najlepszym razie całych postaci — podobnie jak rzeźba lub bałwan śnieżny odwzorowuje sylwetkę człowieka.
Twory te mają zwykle charakter nietrwały, szybko się rozpraszają, choć czasem przypominają zmarłych, a nawet mają się poruszać czy mówić jak oni.
Przeciwnicy spirytyzmu próbują jednak wyjaśnić te zjawiska jako formy ukształtowane przez siły psychiczne nie zmarłego ani jego podświadomości, lecz samego medium lub uczestników seansu – np. jako projekcje ich wspomnień o zmarłych.
Choć tego rodzaju interpretacje bywają mocno naciągane, a hipoteza spirytystyczna wydaje się często prostszym i bardziej naturalnym wyjaśnieniem, trudno kogokolwiek zmusić do jej przyjęcia.
Zjawiska niematerialne (wizje, objawienia)
Podobnie rzecz się ma z wizjami zmarłych lub innych istot z zaświatów, które nie przybierają żadnej materialnej formy.
Są one postrzegane czysto optycznie (czasem z towarzyszeniem dźwięków lub głosów, niekiedy słyszanych jedynie wewnętrznie).
Często pojawiają się kolorowe sylwetki — mniej lub bardziej wyraźne — widziane zazwyczaj tylko przez jedną lub kilka obecnych osób.
(Podobne zjawiska obserwuje się np. przy objawieniach Matki Bożej.)
Bywa, że takie wizje nazywa się halucynacjami, ale co to właściwie znaczy — psychologia nie potrafi dokładnie określić.
Tego rodzaju „wyjaśnienia” są więc jedynie zamianą jednego słowa na inne.
W takich przypadkach mamy raczej do czynienia z przenikaniem się dwóch wymiarów rzeczywistości.
Można to porównać do odbicia ludzi jadących tramwajem w przeciwległym oknie, przez które prześwitują mijane budynki i drzewa — z tą różnicą, że tam wszystko istnieje w tej samej przestrzeni, podczas gdy tutaj zjawiska należą zapewne do odmiennych planów istnienia.
Tego rodzaju widzenia często obejmują ubranie postaci (np. charakterystyczny mundur zmarłego) lub inne rozpoznawcze cechy – blizny, rany itp.
W „Eddzie” król Helgi ukazuje się służącej Sigrun z „krwawiącymi ranami” – a więc z cechami, które mają umożliwić rozpoznanie.
Należy przypuszczać, że zjawiska te są wytwarzane przez zmarłych w świadomości osoby przeżywającej w sposób nam jeszcze nieznany i że celowo zawierają takie charakterystyczne szczegóły, aby można było je rozpoznać.
Z tego względu drwiny przeciwników spirytyzmu, nawet tak znanych jak Descartes, którzy twierdzą, że zmarli przecież nie mogą chodzić „tam na górze” w mundurach i z bliznami, są całkowicie bezpodstawne.
Także tutaj przeciwnicy spirytyzmu — tzw. animistyczni badacze (od anima, dusza), wyjaśniający wszystko zjawiskami psychicznymi osób żywych — mówią o projekcjach własnej lub cudzej świadomości, bądź podświadomości.
Próby wnioskowania z treści przekazów
Z tego powodu podjęto próby wnioskowania na podstawie treści komunikatów o tym, czy ich autorem jest rzeczywiście zmarły.
Prowadzi nas to do drugiego zagadnienia:
2) Duchowy (mentalny) aspekt spirytyzmu
Zamiast budować ciało, materializację lub jakąkolwiek widzialną postać, albo korzystać z sił fizycznych, zmarli mogą oddziaływać poprzez żyjących ludzi — tzn. media — aby dać o sobie znać w świecie materialnym.
Mogą więc, na przykład, za pośrednictwem ręki żyjącego człowieka pisać wiadomości (podobnie jak wcześniej poruszali stoły czy szklanki – przejścia między tymi formami są płynne), mówić jego ustami, a nawet podczas tzw. transfiguracji sprawiać, że ciało medium przybiera ich dawny wygląd.
Kontynuacja: stany transowe, testy tożsamości i identyfikacja nadawców
Najczęściej wszystko to odbywa się w stanie półśnie lub transu, w którym czuwająca świadomość i wola medium są wyłączone. Także tutaj przez dziesięciolecia podejmowano próby wykazania, że treści tych przekazów wykraczały poza wiedzę mediów i uczestników seansu, aby odeprzeć zarzuty zwolenników animizmu, jakoby chodziło jedynie o projekcje świadomości lub podświadomości którejś z obecnych osób.
Można tu jedynie skrótowo wymienić, co wszystko przedsięwzięto. Na przykład podawano informacje o tym, co znajduje się w nieznanym medium pomieszczeniu, w ściśle określonej książce na konkretnej stronie (tzw. testy książkowe) — a cytaty często zawierały szczególne, znaczące przesłanie. Albo przekazywano fragmenty bardzo złożonych wiadomości za pośrednictwem kilku nieznających się wzajemnie mediów, często mieszkających daleko od siebie (tzw. korespondencje krzyżowe). Zdarzały się też informacje o sprawach, których nie znał żaden żyjący człowiek (np. o zatonięciu statku), a które dopiero z wielkim trudem udawało się zweryfikować. Animiści usiłują wszystko to tłumaczyć albo telepatią, albo jasnowidzeniem.
Badano następnie medium w stanie normalnym oraz w czasie „opanowania” przez różnych rzekomo zmarłych, sprawdzając jego reakcje na określone substancje chemiczne, poziom ciśnienia krwi, albo przeprowadzając testy charakterologiczne (np. listy bodźców C. G. Junga). Uzyskano przy tym charakterystyczne różnice.
Szczególne zainteresowanie budzą eksperymenty przeprowadzone przez współpracownika Rhine’a, H. Carringtona, z irlandzką pisarką-medium Eileen Garrett. W nawiązaniu do metody Veragutha w analizie psychoterapeutycznej (oraz w badaniach kryminalistycznych) osobę badaną łączy się galwanometrem, aby wykryć reakcje emocjonalne, które zewnętrznie często nie są widoczne, a pojawiają się jako odpowiedź na pewne słowa-bodźce. (Najczęściej używano 100 słów testowych zebranych przez C. G. Junga). Mierzy się ponadto szybkość reakcji. Reakcje afektywne są dla danej osoby często bardzo typowe, a zatem u różnych osób różnią się.
Metodę tę zastosowano do pani Garrett i jej osobowości transowych. Na przykład sama reagowała silnie negatywnie na budzące w niej niechęć słowo „żaba”, podczas gdy jej duch kontrolny, Araber Uvani (który być może nigdy „żabom nie był napotkany”), pozostawał zupełnie obojętny. Inne doświadczenia z panią Garrett przeprowadzili lekarze dr Lindsay i dr Traeger w Roosevelt Hospital w Nowym Jorku, badając ciśnienie krwi oraz reakcje na substancje (adrenalinę, morfinę, strychninę, atropinę itd.) u medium w stanie normalnym i u różnych „opanowujących” je osobowości. I tutaj stwierdzono typowe różnice. Ciśnienie krwi u Araba Abd-ul-Latifa było typowe dla starszego mężczyzny; absolutnie nie tolerował adrenaliny. Natomiast pani Garrett, która często cierpi na zapalenie oskrzeli, reagowała na nią znikomo, a jej ciśnienie krwi odpowiadało jej ówczesnemu wiekowi (około 40 lat).
Aby odeprzeć zarzut, że wypowiedzi mediów są tak ogólne, iż pasują do wielu osób, albo że podczas swoich wypowiedzi są one kierowane w określonym kierunku przez mimiczne sygnały i inne nieuświadomione podpowiedzi ze strony „siedzących”, pan Pratt (współpracownik Rhine’a) wymyślił wyrafinowany system, który zastosowano także w badaniach z panią Garrett. Uczestników wybierano losowo i informowano w ostatniej chwili; umieszczano ich w innym pokoju niż medium albo uruchamiano wentylator, tak aby siedzący nie mógł zrozumieć, co mówi medium. Następnie otrzymywał on liczne protokoły, wśród nich protokół z własnego seansu, i musiał punktowo wskazać, w którym z nich rozpoznaje konkretnego zmarłego oraz charakterystyczne cechy, wypowiedzi, wiadomości, wspomnienia z nim związane — tak aby wyeliminować nieświadome podpowiedzi, trafienia przypadkowe oraz ogólniki mające szerokie zastosowanie. To również się udało! Wydają mi się właśnie te ostatnie eksperymenty dość przekonujące dowodowo, chociaż i tutaj animiści odwołują się do telepatii, „spuszczania się” do podświadomości siedzącego, jasnowidzenia itd.
Pojawia się pytanie, czy tożsamość osoby da się w ogóle wykazać na podstawie wnioskowania z treści wypowiedzi!
Sir Oliver Lodge, znakomity angielski fizyk, laureat Nagrody Nobla, znany z przychylności dla spirytyzmu, wymyślił w kręgu rodzinnym zabawę: udawał, że jest zmarłym, który musi udowodnić swą tożsamość. Wymieniał najrozmaitsze szczegóły ze swego życia — których bliscy często nie potrafili sobie przypomnieć — podczas gdy oni oczekiwali innych rzeczy, na które jemu nie przychodziło do głowy. W rezultacie wielokrotnie dochodził do wniosku: „Widzicie, to nie ja”.
Pomyślmy o zaginionym, który niespodziewanie wraca. Załóżmy, że uciekł z rosyjskiej niewoli bez żadnych dokumentów. Staje przed bliskimi, a jego wygląd całkowicie się zmienił — jak ma się wylegitymować? Być może jego pamięć bardzo ucierpiała, albo też inni z kolei nie pamiętają tego, co on przytacza — i co wtedy? W niektórych przypadkach może on pokazać jakąś bliznę, znamię i tym podobne. (To odpowiada wspomnianym wyżej charakterystycznym znakom materializacji i objawień). A jeśli i tego brak? Niekiedy rozstrzyga typowy gest, powiedzonko, które ujmuje za serce. Zdarzają się przypadki, w których przesądza „niezawodne przeczucie” żony czy matki — „głos krwi”. (Już w ongiś popularnej piosence dla dzieci „Hänschen klein” to właśnie daje rozstrzygnięcie). To są imponderabilia — dla obserwatora zewnętrznego będą mało przekonujące, natomiast osobie bezpośrednio zainteresowanej rozwieją wszelką wątpliwość! Być może w spirytyzmie istnieje coś podobnego?
Już przed dziesięcioleciami E. Husserl (zwłaszcza w Ideen zu einer reinen Phänomenologie), A. Pfänder, M. Scheler i inni twórcy fenomenologii zwracali uwagę, jak fundamentalnie ważne jest, by w badaniu myśli, spostrzeżeń, w ogóle każdego rodzaju przeżyć, zamiast jak zaczarowani wpatrywać się tylko w ich treść (Noema), badać samo istotowe „dzianie się” przeżycia (Noesis). Gdy zastosuje się tę zasadę do telepatii, zauważy się, że ta — jeśli nie zawsze, to w wielu przypadkach — ma charakter zjawiska całościowego, w którym cała swoistość psychiczno-duchowa, „atmosfera” nadawcy współdrży i zostaje podjęta przez odbiorcę. (Stwierdzono to już przed laty, lecz nie poświęcono temu należytej uwagi; por. E. Bozzano, Considérations et Hypothèses au Sujet des Phénomènes Télépathiques, Revue Métapsychique 1933; moja Phänomenologie der Mystik [Halle 1923] oraz mój artykuł „Die innerseelische Seite parapsychologischer Phänomene” w Zeitschrift für metapsychische Forschung, Berlin 1938/39).
W tym właśnie — jak sądzę — leży właściwy klucz do bezpośredniego, ponadzmysłowego, a jednak adekwatnego przeżywania „obcej osobowości” — czy to żyjącej, czy „zmarłej”.
3) Ujęcie „duchów” (Spirits) na ich własnym poziomie
W istocie niepostrzeżenie doszliśmy już do tych doświadczeń obcej osoby, w których nie potrzeba żadnej grubo-zmysłowej ani subtelniejszej materializacji, żadnych oznaczeń fizycznych, ani „wypożyczania” cudzej cielesności (jak w przypadku medium w transie). Przełomowe doświadczenia telepatyczne amerykańskiego pisarza Harolda Shermana z polarnikiem sirem Hubertem Wilkinsem podczas arktycznej wyprawy poszukiwawczej (1937/38) — z Nowego Jorku do Point Barrow i Aklavik, a następnie jeszcze dalej ku biegunowi, na odległość 5–6000 km w linii prostej (w której to łączności radiowej z powodu zakłóceń meteorologicznych ciągle następowały przerwy) — zawierają wyjątkowo dobrze poświadczone i zbadane (m.in. przez prof. Gardnera Murphy’ego) opisy takiej łączności między żyjącymi ludźmi, wymykającej się wszelkim zewnętrznym wyjaśnieniom fizycznym. (Oczywiście istnieje przy tym niezliczona ilość innych, starszych i nowszych przypadków). Tego rodzaju łączność między żyjącymi nie różni się zasadniczo od relacji tego samego typu między żyjącymi a tak zwanymi „zmarłymi”, co potwierdzi każdy, kto doświadczył i obserwował jedno i drugie. (Najprawdopodobniej relacje między istotami bezcielesnymi przebiegają w podobny sposób).
Badania brytyjskiego SPR (Society for Psychical Research) nad łącznością pani „Willett” (pseudonim) ze zmarłym badaczem i współzałożycielem SPR Frederikiem Myers’em zawierają na ten temat bogaty materiał, który opublikowano w Proceedings Towarzystwa. Całym swym jestestwem odczuwa ona, w pełnej czujności, osobowość Myersa, z którą współdrży, przez którą jest jakby przeniknięta, niczym współbrzmienia dźwięków akordu. Jest zarazem sobą i Myersem „od wewnątrz” przeżywanym — to trudne do analizy, w istocie jedynie do przeżycia ur-zjawisko, które, jak każde inne ur-zjawisko, można co najwyżej wskazać, nie zaś ściśle zdefiniować czy zanalizować.
Każdy, kto był w ten sposób związany z innym człowiekiem — żywym czy „martwym” — będzie mógł potwierdzić, że ten rodzaj spotkania niesie w sobie natychmiastową oczywistość, wobec której można by równie dobrze zwątpić w istnienie samego siebie, jak i w istnienie drugiego, które się nam w ten sposób udziela. Dla zewnętrznego obserwatora oczywiście będzie to miało niewielką moc dowodową, o ile sam tego nie doświadczy (to zresztą wspólne większości ur-zjawisk), choć może on żywić większe lub mniejsze zaufanie do wiarygodności osoby zdającej relację.
W literaturze znaleźć można już liczne opisy tego rodzaju; można się do nich odwołać tam, gdzie brak własnego doświadczenia. Przypomnę tylko Novalisa, Oberlina, Johannesa Ankera Larsena („Hansen”) i wielu innych. W szczególnie subtelny sposób Ina Seidel w swej książce „Unser Freund Peregrin” (zapewne na podstawie własnych przeżyć) opisuje wspólne życie grupy dzieci ze zmarłym. Dla nich, którzy doświadczają tego stale, jest to czymś całkowicie naturalnym; nigdy nie przyszłoby im do głowy wątpić w bliskość Peregrinusa! Właśnie tutaj, jak sądzę, leżą istotne „dowody” na rzecz spirytyzmu — wprawdzie być może tylko dla przeżywającego, ale ostatecznie to wystarcza.
W niemal niedoścignionej zwięzłości i intensywności opisuje też Stefan George (w wierszu „Einverleibung” w tomie „Der siebente Ring”), ten w całej swej głębi wciąż jeszcze nie do końca odkryty niemiecki poeta, taką więź między żyjącym a istotą bezcielesną:
Nimmst nun in geheimster ehe
Teil mit mir am gleichen tische,
Jedem quell der mich erfrische
Allen pfaden die ich gehe.
Nicht als schatten und erscheinung
Regst du dich mir im geblüte.
Um mich schlingt sich deine güte
Immer neu zu seliger einung.wersja polska:
źródło: Um den sogenannten „Spiritismus” (dr Gerda Walther); Zeitschrift fur kritischen Okkultismus – Mailheft 1951 Nr. 8 Jahrgang 1950/51.