Nieszczęścia

Jakże żałośnie ślepi jesteśmy na bezcenny, choć błędnie nazwany, sens i rezultat naszych tak zwanych „nieszczęść”! Dla oka inteligentnego są one najpotężniejszym wpływem, jakiego Wszechkochający Ojciec może użyć, aby nauczyć nas wyrzeczenia się egoistycznego zmysłowości i życia dla duszy. Dla ignorantów, którzy nie widzą nic poza ciałem, jawią się one jako czysta niedola. Szczęście, niewyobrażalne w swej intensywności i wzniosłości, jest naszym przeznaczeniem, a cierpienie musi nas wychowywać ku prawdziwemu życiu — jedyną drogą, przez którą można je osiągnąć, jeśli tylko pozwolimy rozumowi przewodzić.

Jako kolejny przykład błogosławieństw płynących z naszych tzw. klęsk, rzućmy okiem na przejawy dobroci, jakie ukazały się w cielesnym cierpieniu naszego zmarłego brata, doktora Johna Jonesa Botfielda z Illinois, Stany Zjednoczone Ameryki. Doktor był synem stolarza i urodził się w Little Stretton, Shropshire, w 1806 roku.

Kilka miesięcy przed jego narodzinami ojciec i matka odwiedzili wspólnych znajomych, wśród których była siostra gospodarza mająca małego chłopca, około 12-miesięcznego, uczącego się chodzić. Krzesła w pokoju były ustawione tak, by pomagały dziecku w poruszaniu się. W swoich próbach chodzenia, chłopiec poślizgnął się i uderzył głową o podłogę wyłożoną kafelkami. Został zabrany w stanie półprzytomnym i bez zastanowienia położony na kolanach pani Botfield, która — jak już wspomniano — była wówczas w ciąży. Była bardzo przerażona tym wydarzeniem, a szok był tak silny, że cierpiała nieustanny ból aż do porodu dziecka — przyszłego doktora Botfielda.

Przy porodzie lekarz nie zauważył żadnych deformacji u dziecka, ale później odkryto, że jedna z jego kostek była zwichnięta i przesunięta ku bokowi nogi. Konsultacje lekarskie potwierdziły, że nie można tego naprawić. Jeden lekarz zaproponował amputację, lecz jego propozycja została odrzucona — rodzice woleli zaufać Bożemu przeznaczeniu i z nadzieją czekali na dalszy rozwój wydarzeń.

Wkrótce potem ojciec miał wizję, w której ujrzał piękne dziecko, pełne radości. Po zabawie z nim zauważył otwór w głowie dziecka, jakby wykonany jakimś narzędziem. Zaczął wypełniać ten otwór trocinami i poczuł ulgę. Jednak dziecko zaczęło więdnąć i cierpieć, co wybudziło go z wizji. Uznał to za symboliczny przekaz ze świata duchowego i postanowił nie ingerować w stopę dziecka.

Gdy dziecko było wystarczająco duże, by zrozumieć swoją deformację, bardzo cierpiało, zwłaszcza przez drwiny rówieśników. Przeżywał wielki ból psychiczny i mógłby popaść w rozpacz, gdyby nie spotkał osoby, która — jako jedyna na świecie — potrafiła go ukoić: jego matki, która emanowała miłością duszy.

To kontakt z matką i jej bezgraniczna czułość wydobyły z niego głęboką empatię i duchową wrażliwość. Choć całe życie znał swoją „niedolę”, zrozumiał, że to błogosławieństwo. Dzięki komunikacji ze światem duchowym uświadomił sobie, że gdyby nie jej wpływ i rozwój elementu miłości w jego duszy, nie wzrósłby ponad nieszczęścia i nie poświęcił życia ludzkości — tak jak to uczynił.

Tak przynajmniej twierdzą jego matka i najbliżsi przyjaciele. Oto perły poza ceną, które czekają na tych, którzy sięgną po nie. Niech ten szlachetny przykład będzie naszym przewodnikiem — byśmy, wyzwoleni z kajdan cierpienia, z miłością i prawdą mogli wznieść się ku niebu.

A.C.S.


Informacja dodatkowa:

Seans pana Herne’a przy 15, Southampton Row, W.C., odbędzie się w poniedziałek wieczorem, 1 sierpnia, o godzinie ósmej. Wstęp: 2 szylingi od osoby. Ze względu na pogodę i wielkość pomieszczenia liczba miejsc będzie ograniczona, dlatego prosimy o wcześniejsze zgłoszenia, aby uniknąć rozczarowania.

Seans pana Monka w piątek wieczorem był bardzo interesujący i cieszył się dużą frekwencją.

źródło: MISFORTUNES; THE MEDIUM and Daybreak; London  JULY 29, 1870.