Uzdrowiciel z ARS

UZDROWICIEL Z ARS
Spirytystyczne doświadczenia w jego życiu

Z całą pewnością jedną z najbardziej niezwykłych biografii opublikowanych w ostatnich latach musi być ta dotycząca Proboszcza z Ars (Curé d’Ars). Szczególnie teraz nabiera ona znaczenia, gdy dr Newton przybył do Londynu, osiągając zdumiewające sukcesy jako medium uzdrawiające, zadziwiając tym wielu ludzi. Warto więc zwrócić uwagę, że w ciągu ostatniego półwiecza podobne wydarzenia miały miejsce w odległej części Francji.

Jean Baptiste Marie Vianney, obecnie szeroko znany jako Proboszcz z Ars, urodził się w pobliżu Lyonu, w zapomnianej wiosce, a raczej osadzie liczącej zaledwie 1300 mieszkańców, nazwanej Dardilly. Jego rodzice byli drobnymi rolnikami, od pokoleń znanymi z pobożności i hojności wobec ubogich.

Jean urodził się 8 maja 1786 roku. Od dzieciństwa odznaczał się modlitewnym duchem oraz pokornym i kochającym usposobieniem. Jako dziecko pasł owce swojego ojca i w tym czasie często głosił kazania oraz modlił się ze swoimi małymi towarzyszami. Bardzo pragnął poświęcić swoje życie służbie Bożej jako kapłan i podejmował naukę w tym celu, ale nigdy nie osiągnął biegłości. W rzeczywistości wydawał się niemal pozbawiony zdolności do nauki, jednak całą duszą kochał Boga i z zapałem pragnął szerzyć Jego chwałę.

W wieku 23 lat został powołany do wojska. To był ogromny cios dla niego i jego rodziny, zwłaszcza że, sądząc, iż jako kandydat do kapłaństwa znajduje się na liście osób zwolnionych, myśleli, że nie będzie musiał służyć. Jednak przez pomyłkę jego nazwisko nie zostało wpisane i musiał się stawić. W drodze do sztabu w Bayonne zachorował i przez pewien czas przebywał w szpitalu. W dniu wypisu, gdy smutno zmierzał do celu, nagle podszedł do niego nieznajomy mężczyzna i zapytał, co go tak martwi. Gdy usłyszał jego historię, powiedział mu, by się nie bał i poszedł za nim. Przez kilka dni prowadził go przez lasy i góry, aż dotarli do odległej wioski, gdzie Jean ukrywał się przez czternaście miesięcy. Zmienił nazwisko i znany był w okolicy jako dezerter; jednak mieszkańcy znali jego sytuację i otoczyli go opieką, chroniąc przed wykryciem.

Jego rodzina była jednak tak dręczona przez urzędników, że jeden z jego braci postanowił zaciągnąć się w jego miejsce, by uwolnić rodzinę od ciągłych prześladowań i umożliwić Jeanowi powrót do domu. Ten dzielny młodzieniec wkrótce zginął w Niemczech.

Jean poświęcił się teraz całkowicie przygotowaniom do egzaminów. Teologię studiował u pana Baileya w Écully, a następnie uczęszczał do wielkiego seminarium w Lyonie. Przeszedł egzaminy z wielkim trudem i prawdopodobnie tylko dzięki wstawiennictwu przyjaciół, którzy cenili jego niezwykłą pobożność. Nigdy nie opanował łaciny bardziej niż było to konieczne do odprawiania Mszy. W 1815 roku został diakonem, a sześć miesięcy później spełnił swoje największe marzenie – został wyświęcony na kapłana.

Pan Bailey z radością przyjął go do pomocy w swoich obowiązkach, a Vianney zyskał tak wielką sympatię parafian, że po śmierci Baileya, która nastąpiła wkrótce potem, wszyscy chcieli, by został jego następcą. Vianney, zgodnie ze swoją naturalną pokorą, wzbraniał się przed przyjęciem takiej odpowiedzialności, ale dwa miesiące później został proboszczem w Ars.

Ars to mała wioska w dawnej posiadłości Dombes. Gdy Vianney tam przybył, miejscowość była tak odizolowana, że nie prowadziła do niej żadna droga z większych miast. Domy były porozrzucane, otoczone gęstą zielenią, a cisza i samotność tej osady kontrastowały z tym, co wydarzyło się kilka lat później – gdy wieść o skromnym proboszczu zaczęła przyciągać tysiące ludzi, pragnących uzdrowienia.

Przybył tam w lutym 1818 roku, mając 32 lata. Z gorliwością dążył do pogłębienia duchowości mieszkańców, którą zastał w opłakanym stanie. Zgodnie z tradycją Kościoła katolickiego ustanowił wiele nabożeństw i Mszy, całkowicie się im poświęcając, nie bacząc na wysiłek, który wyniszczał jego ciało. Równie gorliwie troszczył się o ubogich – oddawał im jedzenie, ubrania i meble, często sam pozbawiając się wszystkiego, co konieczne do życia.

Doświadczenia z życia Vianneya dowodzą, że Bóg nie jest zazdrosnym Bogiem ani nie faworyzuje dogmatów, ale zawsze wysłuchuje szczerej i żarliwej modlitwy, w jakiejkolwiek formie by nie została zaniesiona. Dla protestantów znaczenie przypisywane formom Kościoła rzymskiego może wydać się dziwne, a nawet smutne, że Vianney dobrowolnie przyjął na siebie tyle niepotrzebnego cierpienia w imię sumienia. Całe jego życie upłynęło na umartwianiu ciała i wyrzeczeniu się wszelkiego komfortu, aż do skrajnego wyczerpania fizycznego. Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że taki stan, wynikający z braku odpowiedniego odżywiania, szczególnie predysponuje do kontaktów ze światem duchów.

Podawane są liczne przykłady. Przez wiele lat Vianney był bardzo dręczony przez to, co uważał za „diabły” – szczególnie po spełnieniu jakiegoś dobrego uczynku! Wielokrotnie słyszał ich głosy, które mówiły do niego na głos, poruszały zasłony jego łóżka, pukały głośno do drzwi w nocy, nie dając mu spać. Wielu współbraci kapłanów kpiło z tych rzekomych omamów, ale po jednej nocy spędzonej w jego domu tak bardzo się przestraszyli, że jeden z nich przysiągł nigdy więcej nie żartować z duchów i zjaw.

Piętnaście lat przed Georgem Müllerem, który założył sierocińce w Bristolu, Proboszcz z Ars założył swoją własną „Opatrzność dla dzieci opuszczonych”. Opowieści o tym, jak potrzebne środki przychodziły w odpowiedzi na modlitwy, są niezwykle poruszające. Wiele cudów (jeśli możemy użyć tego słowa) wydarzyło się w czasie największej potrzeby. Raz, gdy w domu zostały tylko dwa bochenki chleba i nie było mąki na więcej, siostry zapytały Vianneya, co mają robić (było osiemdziesiąt głodnych ust). „Nie martwcie się” – odpowiedział – „ugniećcie ciasto z resztki mąki, jakbyście miały jej pełno.” Uczyniły to, a ciasto tak spuchło, że wypełniło koryto i wystarczyło na dziesięć wielkich bochenków ważących od 9 do 10 kg każdy.

Innym razem, gdy kupił dużą ilość mąki, nie miał pieniędzy, by zapłacić. Poszedł sam na pole się modlić. Polecił swoje ukochane dzieci sercu Matki Bożej, Matki ubogich. Jego modlitwa została szybko wysłuchana – pojawiła się kobieta i zapytała:
„Czy to pan jest Proboszcz z Ars?”
„Tak, moja pani.”
„Oto pieniądze, które mam panu przekazać.”
„Czy to na Msze?” – zapytał.
„Nie, to odpowiedź na pańskie modlitwy.”

Po opróżnieniu sakiewki w jego ręce, kobieta odeszła, nie mówiąc skąd przybyła ani dokąd zmierza. W ten sposób, jak mówi ks. Monnin, pieniądze przychodziły do Opatrzności w Ars w najpotrzebniejszym momencie i zawsze w tajemniczy sposób.

Nie sposób przedstawić pełnego opisu wszystkich cudownych uzdrowień, które sam proboszcz przypisywał mocy modlitwy oraz wstawiennictwu św. Filomeny. Pomimo milczenia prasy francuskiej, wieść o jego uzdrawiającej mocy rozeszła się szeroko. Ludzie przybywali do tego odległego zakątka Francji z całej Europy: z Sabaudii, Belgii, Niemiec, Anglii. Wszystkie klasy społeczne, wszyscy szukali uzdrowienia – dla duszy i dla ciała.

Opętani byli egzorcyzmowani; niewidomi, sparaliżowani, epileptycy – wszyscy do niego przychodzili i byli uzdrawiani. Wszyscy mieli dostęp do ołtarza i konfesjonału, gdzie przyjmował ich jeden po drugim – jeśli komuś okazywał pierwszeństwo, to tylko najuboższym i najbardziej cierpiącym. Pewna dama z wyższych sfer była wielce oburzona, że musiała czekać dniami na swoją kolej: „Ani król, ani papież nigdy nie kazali mi czekać!” – powiedziała. Na to proboszcz odpowiedział: „A jednak, madame, tutaj pani musi poczekać.”

Ks. Monnin słusznie zauważa, że gdyby ludzi przyciągała tylko ciekawość, kiepskie warunki w Ars szybko by ich odstraszyły. Tymczasem nawet osoby przyzwyczajone do luksusu, z najwyższych warstw społecznych, gotowe były mieszkać w zatłoczonych i ubogich domach, byle tylko spotkać się z proboszczem.

W tym okresie miał on wielką moc jasnowidzenia. Podobnie jak Zuawa Jacob i dr Newton, potrafił od razu rozpoznać chorobę i jej przyczynę. Często też mówił ludziom rzeczy dotyczące ich życia prywatnego i rodzinnego. Dzięki tej zdolności wybierał osoby z tłumu i, przywołując je, udzielał porad i pomocy dostosowanej do ich potrzeb. Wielu także twierdziło, że otrzymywało łaski, modląc się do anioła stróża lub ducha opiekuńczego proboszcza.

Ks. Monnin podsumowuje:
„Wszystkie zdolności duszy Vianneya, całe światło jego rozumu i cała jego energia były oddane Jezusowi Chrystusowi.”  

Nie przestawał myśleć ani mówić o Chrystusie. To Jego wpływ przenikał całe jego życie; możemy więc zrozumieć sekret jego niezwykłej mocy. Ks. Vianney mówił: „jedynym szczęściem, jakie mamy na ziemi, jest miłować Boga i wiedzieć, że Bóg nas miłuje.”

W czwartek, 4 sierpnia 1859 roku, o drugiej w nocy, łagodna dusza Proboszcza z Ars odeszła z tego świata – właśnie w chwili, gdy kapłan odmawiający przy nim modlitwy dotarł do słów: „Niech święci aniołowie Boga przyjdą mu na spotkanie i wprowadzą go do świętego miasta, niebiańskiego Jeruzalem!”

W marcowym numerze Spiritual Magazine z 1863 roku znajduje się niezwykle interesujący artykuł autorstwa Wiliama Howitta pt. „Współczesne cuda w Kościele katolickim. Proboszcz z Ars.”

Wszyscy, którzy mają możliwość zdobycia samej książki, zdecydowanie powinni to uczynić. Jej tytuł to „Le Curé D’Ars” autorstwa ks. Alfreda Monnina, a można ją nabyć w każdej chwili, zwracając się do pana Burnsa, pod adresem 15, Southampton Row.

F. J. T.

źródło: THE CURÉ D’ARS – SPIRITUALISTIC EXPERIENCES IN HIS LIFE; THE MEDIUM and Daybreak; London – July 1, 1870.