Nawiedzenie, które doprowadziło mnie do spirytyzmu

Dom, do którego wprowadziliśmy się w Londynie, był nawiedzony! Stał w szeregu starych, wysokich domów z suterenami i miał cztery piętra ponad nimi, a na każdym piętrze znajdowały się dwa albo trzy pokoje.

Pierwszą noc spałam w tym domu sama, z wyjątkiem dwóch tymczasowych sprzątaczek. Rodzina, włącznie z moim mężem, nie mogła jeszcze przybyć na miejsce, gdy trwał zwykły chaos związany z przeprowadzką.

Spałam w małym pokoju, w którym znajdowała się stała wanna, więc różne dziwne odgłosy, które słyszałam, przypisywałam powietrzu w rurach.

Nie wyjaśniało to jednak uczucia przygnębienia – tak głębokiego, że kiedy mój mąż wreszcie się pojawił, powiedziałam:

– Mam nadzieję, że w nowym domu nie będziemy nieszczęśliwi ani pechowi.

Odpowiedział:

– To dopiero miły sposób, żeby w nim zacząć.

Próbowałam więc otrząsnąć się z tego przygnębienia i w dużej mierze mi się to udało, kiedy przybyła rodzina.

Pierwsze odgłosy

Gdy tylko się urządziliśmy, moja matka przyjechała do nas na noc i zajęła pokój gościnny na pierwszym piętrze. My byliśmy na drugim, a służące i dzieci na trzecim.

Rano zapytała mnie, czy ktoś był w nocy chory, ponieważ słyszała kroki przechodzące tam i z powrotem obok jej drzwi. Zrobiłam rozeznanie, ale nikt nie wstawał ani nie chorował w nocy. Matka była tak pewna, że ktoś znajdował się na schodach przed jej pokojem, iż poczuła niepokój i nie mogłam jej namówić, by przedłużyła wizytę.

Następnie zaczęła skarżyć się kucharka, mówiąc, że jej drzwi, choćby zamykała je najstaranniej, otwierały się w nocy. Zaproponowałam, aby podstawiła krzesło pod klamkę, a ponieważ nie słyszałam już więcej o tej sprawie, przypuszczałam, że to pomogło.

Nie prowadziłam dalszych dochodzeń, bo nie chciałam, aby służące przestraszyły się tak jak moja matka i również mnie opuściły. Ale czekało nas coś gorszego.

Pielęgniarka, która spała w pokoju prowadzącym z dziecięcej sypialni, powiedziała mi, że moje drugie dziecko, mała dziewczynka w wieku sześciu albo siedmiu lat, zawołało ją w nocy i zapytało:

– Czy to ty, Gertie?

Pielęgniarka odpowiedziała jej, że musiała śnić, bo nikogo nie było w pokoju. Dziecko wykrzyknęło jednak:

– Nie, ja nie śniłam!

I uparcie to powtarzało.

– Oczywiście, że śniłaś – powiedziałam.

Ale byłam przekonana, że w domu jest duch i że moje dziecko zobaczyło go w swojej sypialni.

Pies, który zobaczył niewidzialne

Wkrótce po tym wydarzeniu wszystkie dzieci jednocześnie zachorowały na odrę. Umieściłam więc dwie dziewczynki w moim dużym łóżku, chłopca w innym, a sama spałam w garderobie przylegającej do mojego pokoju. Zrobiłam to, aby ułatwić opiekę nad nimi, ponieważ całe jedzenie trzeba było wnosić z kuchni w suterenie, a schody były bardzo męczące zarówno dla mnie, jak i dla służby.

Mój mąż zatrzymał się u mojej matki, aby było łatwiej.

Pewnego wieczoru wysłałam służące, żeby trochę się rozerwały, a sama siedziałam przy śpiących dzieciach, zabierając ze sobą ich psa, czarnego mopsa, aby dotrzymywał mi towarzystwa. Poprosiłam, aby gdy któraś ze służących wróci, najpierw przyszła do mojego pokoju – zanim zdejmie odzież wierzchnią – i pozwoliła psu trochę pobiegać.

O 21.30 usłyszałam kroki, które minęły drzwi mojej sypialni i poszły w górę schodami prowadzącymi na najwyższe piętro, gdzie znajdowały się pokoje służących.

– Zapomniałaś o psie! – zawołałam na schody. – Chodź i wypuść go!

Stałam na podeście z psem. Nie nadeszła żadna odpowiedź. Pies jednak wpatrywał się w kogoś dla mnie niewidzialnego: jego wielkie oczy wytrzeszczyły się, sierść stanęła grzbietem wzdłuż pleców, a ogon rozwinął się i zwisał w dół.

To mnie dobiło.

Szybko wycofałam się z psem, postanawiając, że nic nie zmusi mnie do wyjścia na podest przed moim pokojem, dopóki służące naprawdę nie wrócą. Wkrótce potem przyszły – wszystkie trzy razem – i powiedziały, że wcześniej nie było ich w domu, ani pojedynczo, ani w żaden inny sposób.

Pewnego razu mój mały syn, mający cztery lata, został znaleziony przez ojca w piżamie, jak patrzył w dół schodów i mówił, że słyszy „włamywaczy”. Najwyraźniej słyszał te kroki.

Jak powstają te kroki i inne widmowe dźwięki? Czy są echem dawnych odgłosów – dźwiękami, które podobnie jak fale radiowe pozostają nieme, dopóki nie zostaną ujawnione w naszych odbiornikach? Czy ktoś potrafi wyjaśnić, dlaczego jedni ludzie są ich świadomi i widzą to, co je powoduje, podczas gdy inni nie rejestrują niczego w swojej świadomości?

Sądzę, że niektórzy z nas są jak żywe radia dostrojone do świata duchowego.

Twarz w powietrzu

Pokój dzienny dzieci znajdował się na parterze. Pewnego popołudnia usiadłam tam, aby zająć się cerowaniem, podczas gdy dzieci wyszły na spacer. Zapadał zmierzch. Odłożyłam szycie i siedziałam spokojnie, odpoczywając.

Wtedy ogarnęło mnie takie poczucie smutku, że zaczęłam płakać bez żadnego powodu.

„Kto sprawia, że jestem tak smutna?” – pomyślałam, a potem dodałam na głos:

– Chciałabym, żebyś się pokazała i powiedziała mi dlaczego.

Przede mną, w powietrzu, pojawiła się twarz – twarz jasnowłosej, niebieskookiej dziewczyny o potarganych włosach. Patrzyła na mnie. Nie widziałam ciała; moje oczy były utkwione w jej oczach.

Przemówiłam ponownie i zapytałam:

– Kim jesteś i dlaczego sprawiasz, że jestem tak smutna?

Nie czułam lęku i, co dziwne, nie czułam też zaskoczenia, kiedy wydało mi się, że słyszę jej zupełnie zwyczajną odpowiedź:

– Nie chcę, żebyś płakała. Jesteś taka dobra. Ale okrutnie mnie tu traktowano. Jestem niegrzeczną dziewczyną i zachęciłam kogoś, żeby cię okradał. Przepraszam.

Rzeczywiście zginęło mi wiele drobnych rzeczy, a jedna ze służących odeszła, choć nie wysunęłam wobec niej żadnego oskarżenia.

– Na co umarłaś? – zapytałam. – I jak masz na imię?

– Mam na imię Susan – usłyszałam.

Nie otrzymałam jednak żadnych dalszych szczegółów dotyczących jej śmierci. Zastanawiałam się, czy było to samobójstwo, dzieciobójstwo, czy jedno i drugie. Najwyraźniej nie chciała mi tego powiedzieć, więc dodałam:

– Wyglądasz tak blado. Przypuszczam, że umarłaś na chorobę serca?

– Tak – powiedziała szybko.

Rozpaczliwie zastanawiałam się, co mogłabym zrobić, aby przekonać ją do opuszczenia naszego domu. Wtedy przyszło mi do głowy pewne natchnienie:

– Jeśli możesz pomagać ludziom kraść, możesz też pomagać im być uczciwymi. To przyniosłoby ci szczęście i uwolniło cię od tego domu, w którym byłaś i jesteś tak nieszczęśliwa. Czy nie spróbujesz tego planu: odnaleźć tamtą dziewczynę i powstrzymać ją przed staniem się złodziejką?

Susan zdawała się rozważać ten pomysł, po czym zniknęła.

Od tej pory dom był spokojny i wolny od duchów.

Kim była Susan?

Poczyniłam kilka zapytań dotyczących dawnych lokatorów i dowiedziałam się, że dom kilkakrotnie zmieniał właścicieli, lecz w pewnym czasie zajmował go francuski pisarz, który przez swoją niemoralność bardzo unieszczęśliwił żonę.

Czy Susan była jedną z jego ofiar? Nie zdołałam się tego dowiedzieć.

Potem nastąpił dalszy ciąg – albo może powinnam nazwać go drugim rozdziałem?

Nowa badaczka z London Spiritualist Alliance zapytała mnie, czy chciałabym dołączyć do grupy sześciu osób, które miały regularnie zasiadać z medium w jej domu. Postanowiłam to zrobić. Nikomu nie opowiadałam o swoich doświadczeniach; w istocie czułam się nieśmiało pośród obcych ludzi.

Pewnego popołudnia medium, pani Immerson, zwykle znana jako pielęgniarka Graham, zwróciła się jednak do mnie i zapytała, czy znam kogoś o imieniu Susie.

Pomyślałam o ciotce noszącej to imię, ale odpowiedziałam:

– Ona nie odeszła.

– Och, nie – powiedziało medium. – To młoda dziewczyna, która chce pani za coś podziękować.

– Jak wygląda? – zapytałam.

Podany opis dokładnie odpowiadał Susan. Medium dodało:

– Ma dziecko na rękach, ale nie chciała, żebym pani to powiedziała. Bała się, że może pani źle o niej pomyśleć.

– Proszę jej powiedzieć, że rozumiem i nie myślę o niej źle – odpowiedziałam.

To ośmieliło Susan do przekazania, że nie znajduje się w zakładzie poprawczym, lecz jest bardzo szczęśliwa, ponieważ może mieć swoje dziecko przy sobie. Powiedziała, że przyszła, by wyznać mi swoją wdzięczność, i że pomoże mi zawsze, gdy wezwę ją, aby wróciła.

Odwzajemniłam dobre życzenia i Susan odeszła.

Tym razem ani jej nie widziałam, ani nie słyszałam. Wszystko przyszło za pośrednictwem medium i całkowicie przekonało mnie, że powrót duchów oraz inne twierdzenia spirytualistów są prawdziwe.

Sądzę, że spotkam Susan ponownie, kiedy sama będę duchem – choć mam nadzieję, że nie takim, który nawiedza!

Myślę, że rzeczywiście wróciła, aby mi pomóc.

Obietnica Susan

Gdy dzieci dorastały, miałam dochodzącą guwernantkę i potrzebowałam jedynie niani-pokojówki. Była nią osiemnastoletnia dziewczyna imieniem Carrie.

Pewnego popołudnia, wróciwszy do domu, dowiedziałam się, że uderzyła jedno z dzieci w usta i rozcięła mu wargę, która krwawiła.

Przerażona, wypowiedziałam dziewczynie posadę, mówiąc, że ma zbyt gwałtowny temperament, aby zostawiać ją pod opieką dzieci. Zanim nadszedł dzień, w którym miała odejść, znalazłam na stole list. Błagała w nim, żebym dała jej jeszcze jedną szansę, ponieważ kocha mnie i dzieci, których – jak obiecywała – nigdy więcej już nie uderzy.

Nie wiedziałam, co powinnam zrobić ani czy mogę jej ufać. Pomyślałam więc o obietnicy Susan, że przyjdzie, jeśli ją wezwę.

Byłam sama. Zapadał zmierzch, podobnie jak wtedy, gdy przyszła do mnie po raz pierwszy. Skupiłam się na niej i przemówiłam na głos, mówiąc, że potrzebuję pomocy w sprawie listu, który rozłożyłam sobie na kolanach.

– Czy powinnam zatrzymać tę dziewczynę?

Wydawało mi się, że słyszę słowa:

– Nie. Jeśli to zrobisz, za miesiąc wszystko się powtórzy.

Mimo to wciąż miałam wątpliwości. Czy to naprawdę była Susan, czy tylko mój własny umysł? Czy słusznie byłoby odmówić służącej jeszcze jednej szansy?

Uznałam, że nie. Zadzwoniłam więc dzwonkiem, a kiedy dziewczyna przyszła, powiedziałam jej, że ją zatrzymam. Jej list sprawił, że poczułam, iż muszę dać jej jeszcze jedną możliwość.

Susan miała rację. Po mniej więcej miesiącu Carrie zaczęła mnie obrażać i znieważać z najbłahszego powodu, tak że musiała odejść natychmiast.

Później często przychodziła mnie odwiedzać, dlatego sądzę, że chwilami nie była całkiem normalna. Pamiętam, że jej ciotka powiedziała, iż Carrie nie nadaje się do opieki nad dziećmi, kiedy wyjaśniłam jej, że nie mogę jej zatrzymać.

Mam nadzieję, że Susan wybaczyła mi, iż wówczas zwątpiłam. Mam wobec niej wielki dług wdzięczności za to, że uczyniła mnie spirytualistką, a przez to pomogła mi być szczęśliwszą w ziemskim życiu.

Czy ona o tym wie – zastanawiam się – w lepszym świecie, do którego najwyraźniej pomogłam jej dotrzeć tak dawno temu?

Małe światełko, za którym wtedy poszłam, stało się teraz wielką, obracającą się latarnią. Czasami kieruje swój promień na przeszłość albo teraźniejszość, a zawsze wskazuje ku przyszłości, która nie jest już ciemna dla tych, których doprowadziło ono do spirytyzmu.

Mówicie, że dusza jest niczym więcej jak tylko wypadkową sił cielesnych. Dlaczego więc moja dusza staje się jaśniejsza, gdy siły cielesne zaczynają słabnąć?

– Victor Hugo

źródło: Conversion to Spiritualism Through a Haunting by E. M. Taylor;