Moja droga do okultyzmu

Autor: dr Fanny Moser

Autorka uprzejmie wyraziła zgodę na przedruk poniższego fragmentu ze swojego dwutomowego dzieła „Okkultismus – Täuschungen und Tatsachen”, wydanego przez Orell Füssli Verlag w Zurychu w roku 1935. Prezentowany fragment, który przytaczamy w nieznacznie skróconej formie, należy do najbardziej interesujących psychologicznie części tego znakomitego dzieła. Cieszy się ono wielkim uznaniem za granicą, podczas gdy w racjonalistycznej Szwajcarii pozostaje mało znane – mimo że autorka jest Szwajcarką i nigdy nie potrafiła prowadzić skutecznej autopromocji.

Opisane tu posiedzenie spirytystyczne odbyło się w lutym 1914 roku w Berlinie, w mieszkaniu pani Fischer – medium, które poza tą okazją nie pojawiło się już publicznie. Poznajemy w nim autorkę, wówczas uznaną biolog, odnoszącą się do zjawisk okultystycznych z wielkim sceptycyzmem. Stajemy się świadkami wewnętrznej walki, w której z racjonalistki stopniowo rodzi się poszukiwaczka prawdy, choć sama Moser – nawet po tym przełomowym doświadczeniu – doszła do przekonania dopiero po dziesięcioleciach głębokiej pracy, że w okultyzmie wiele zjawisk opiera się na różnorodnych złudzeniach, lecz pozostaje pewien niepodważalny, choć tajemniczy rdzeń, którego w ten sposób wyjaśnić się nie da.

Opis seansu

W umówionym dniu, o wyznaczonej godzinie, udałam się wraz z chiromantką do mieszkania pani Fischer. Po drodze ostrzegła mnie, bym nie zdradzała swojego sceptycyzmu – mogłoby to, jak twierdziła, zakłócić powodzenie seansu. Zrozumiałam więc, że leży w moim interesie, by okazać zaufanie i zjednać sobie sympatię medium. Że udało mi się to natychmiast – podobnie jak cały przebieg seansu – pozostaje dla mnie do dziś zagadką.

Medium okazała się skromną, cichą kobietą w średnim wieku, o łagodnym, zmęczonym głosie i powolnych ruchach. Sama otworzyła drzwi swojego eleganckiego mieszkania na parterze jednej z lepszych ulic Berlina. Jej sympatyczna, blada twarz nosiła wyraz cierpienia, który mógł świadczyć o chorobie, nerwowym wyczerpaniu lub głębokim smutku. Bez zbędnych słów pomogła nam się rozebrać i wprowadziła do dużej, solidnie urządzonej jadalni. Na środku stał duży, nie nakryty stół – zapewne ten stół, którego byłam ciekawa. Gdy zajęliśmy miejsca, próbowałam go lekko unieść, ale bez skutku.

Przy stole zasiedli: medium, jej mąż – drobny, wątły pan, wyraźnie niezadowolony z naszej obecności – chiromantka oraz ja. Pani Fischer przeprosiła, że z powodu złego samopoczucia seans może nie przynieść rezultatów, a obecność obcych, zwłaszcza nowicjuszy, działa na nią niekorzystnie. Miał przybyć jeszcze lekarz, który w końcu się pojawił i zasiadł z nami. Zachowywał się bardzo powściągliwie, a z kilku uwag, które rzucił w rozmowie, wynikało, że podzielał mój sceptycyzm.

Wkrótce medium wstała i zaprosiła nas do sąsiedniego pokoju, gdzie miało odbyć się właściwe posiedzenie spirytystyczne.

Przygotowanie i układ uczestników

Pokój był średniej wielkości: jedno drzwi prowadziły na korytarz, dwa okna wychodziły na ulicę. W rogu, obok jednego z okien, stało biurko, a na środku cienki dywan i prosty, owalny stół bez obrusu. Na stole stała jasno płonąca lampa naftowa, a nad nią – zgaszona lampa wisząca. Stół był dość duży, wsparty na jednej nodze z trzema rozgałęzieniami u podstawy.

Zajęliśmy miejsca wokół stołu: medium pośrodku dłuższego boku, naprzeciw biurka; ja po jej prawej stronie – tak blisko, że nasze ramiona i nogi stykały się na całej długości. Lekarz usiadł na końcu stołu po lewej stronie, naprzeciw mnie – pan Fischer, a chiromantka pomiędzy nimi. Układ był więc nieco nieregularny.

W milczeniu utworzyliśmy krąg, kładąc dłonie na stole tak, by małe palce się stykały. Przy tej wielkości stołu było to konieczne, aby utrzymać kontakt. W ten sposób nie można było naciskać palcami ani dłonią na krawędź stołu – możliwe było jedynie jego lekkie kołysanie lub obracanie. Uniesienie stołu mogło nastąpić tylko przy pomocy nóg, co miało znaczenie. Tych jednak nie mogłam kontrolować, ale siedziałam tak blisko medium, że każda jej próba ruchu lub napięcie mięśni musiałyby zostać przeze mnie zauważone.

Na początku starannie obmacałam dywan w zasięgu nóg, upewniając się, że nie ukryto pod nim żadnych urządzeń. Nie zauważyłam też żadnych przewodów ani mechanizmów – wszystko wyglądało zupełnie normalnie i niewinnie.

Seans spirytystyczny – część II

Po dłuższym, milczącym oczekiwaniu rozległo się podejrzane polecenie: „Mniej światła!” Pospiesznie pan Fischer przeniósł lampę na biurko, stojące po naszej lewej stronie – ukośnie wobec mnie i medium – i bez jej przygaszania narzucił na białą kopułę abażuru trójkątną, czarną chustę, związaną na dwóch końcach. Tkanina zwisała po naszej stronie, tak że światło rozchodziło się wciąż swobodnie ku górze, w dół, do tyłu i częściowo na boki. W pierwszej chwili pokój pogrążył się w półmroku, ale wkrótce oczy przywykły: mogłam dość dobrze rozróżniać nie tylko sylwetki obecnych, lecz także szczegóły – czy ktoś poruszał ustami, miał oczy otwarte czy zamknięte itd. Jak się później okazało, można było nawet pisać i czytać.

Siedzieliśmy długo w ciszy i bezruchu. Nic się nie działo. Medium kilkakrotnie przepraszała. Pan Fischer, od początku okazujący niechęć, nalegał na zakończenie seansu. Jego żona jednak prosiła o cierpliwość.

Sytuacja stawała się coraz bardziej niezręczna, a cisza – przytłaczająca. Ogarnęło mnie współczucie dla bladej kobiety siedzącej obok mnie, która wyglądała na zupełnie wyczerpaną. Nie była to żadna gra – twarz miała trupio bladą, oczy zamknięte, oddech ciężki. Jej głowa powoli opadła na pierś, ciało osunęło się naprzód, aż w końcu wspierała się tułowiem i rękami o stół. Zaczęła cicho jęczeć i poruszać się niespokojnie, jakby w bólu. Dwa razy jej głowa opadła na moje ramię i spoczęła tam przez kilka sekund – mogłam więc przyjrzeć się dokładnie tej woskowobiałej twarzy. Jęknęła kilka razy boleśnie, po czym uniosła się i usiadła prosto, by znów opaść na drugą stronę. W końcu uspokoiła się i wyszeptała cicho: „Teraz już zaraz przyjdzie.”

A jednak – nic się nie wydarzyło. W duchu zaczęłam odczuwać całą komiczność sytuacji, zwłaszcza na myśl o moich kolegach naukowcach. Co by powiedzieli, gdyby zobaczyli mnie tu, zajętą „poruszaniem stołu”! Wstydziłam się przed samą sobą i ledwo powstrzymywałam śmiech.

Nagle – lekkie drżenie stołu. Po chwili ruch wzmógł się w wyraźne kołysanie z prawej na lewą stronę. Jak błyskawica przemknęła mi myśl: „Na to się nie nabierzesz!” i natężyłam wszystkie zmysły, by ustalić, co się naprawdę dzieje. Ruchy te musiały pochodzić od nóg lub kolan medium – ewentualnie z pomocą kogoś innego. Lekarz jednak wydawał się całkowicie wyłączony z gry i nie wyglądał na wspólnika. Nie zauważyłam niczego podejrzanego. Medium siedziała nieruchomo, jak pogrążona w transie. Także reszta uczestników trwała bez ruchu – a przecież, aby tak silnie rozkołysać duży stół, trzeba było znacznej siły! Nie mogłam jednak dostrzec najmniejszego śladu oszustwa.

Kołysanie ustało i znów zapadła cisza. Po chwili pan Fischer powiedział do mnie: „Pod pani krzesłem jest światło!” Spojrzałam w dół – rzeczywiście! Dokładnie pod moim krzesłem pojawiło się matowe, białe, rozproszone światło, które świeciło nieco w prawo, po czym zgasło. Mogła to być jednak zwykła iluzja optyczna – nie było żadnego dowodu na jego obiektywną realność.

Czekaliśmy dalej. W końcu wydarzyło się coś, co mnie całkowicie zdumiało: rozległy się uderzenia – słynne „stukania”. Nie brzmiały jednak tak, jak sobie wyobrażałam – były dziwne, ciężkie, suche, jak uderzenia młotka, donośne i głuche zarazem. Nie pochodziły ani z powierzchni stołu, ani spod niego, nie były skutkiem jego ruchu – stół pozostawał nieruchomy. Dochodziły z drewna samego blatu, dokładnie spod moich dłoni, które leżały obok siebie, i ponad moimi kolanami. Czułam wyraźnie drgania przy każdym uderzeniu. Jak to możliwe – pytałam siebie w milczeniu – że dźwięki te powstają w drewnie stołu? Nie da się tego opisać. Wszystkie racjonalne argumenty bledną wobec faktu. Kto tego nie doświadczył, nie powinien sądzić.

Medium siedziała bez ruchu, jak oszołomiona, z głową spuszczoną. Ani śladu poruszenia dłoni. Także nogi wydawały się nieruchome. Pozostali uczestnicy również siedzieli cicho, jakby każdy z nich starał się nie wzbudzić żadnego podejrzenia. W końcu stukanie ustało. Pan Fischer ponownie chciał przerwać seans, ale medium nalegała, by poczekać.

Wtedy stało się coś niewiarygodnego. Do dziś trudno mi to pojąć. Najpierw cichy trzask w drewnie, a potem stół nagle uniósł się z taką siłą i szybkością, że wszyscy ze strachem podskoczyliśmy i odsunęliśmy krzesła – moje nawet przewróciło się na podłogę. Jakby uniesiony przez niewidzialną, żelazną rękę, stół wzbił się na wysokość około pół metra, zatrzymał się w powietrzu, po czym powoli opadł. Staliśmy wokół niego w milczeniu, w oczekiwaniu, co będzie dalej.

Nagle znów się podniósł – tym razem jeszcze wyżej! Pan Fischer zawołał z przerażeniem: „Trzymajcie go, trzymajcie, bo znowu rozbije lampę!” Wszyscy z całych sił naciskaliśmy w dół, ale bez skutku. Stół unosił się dalej, aż blat znalazł się na wysokości naszych głów. Trzymaliśmy się za ręce w kręgu, więc nasze ramiona były uniesione wysoko. Naciskałam, ile mogłam. Inni także – na próżno! Stół nie wznosił się już wyżej, ale też ani o milimetr nie opadał – zawisł swobodnie, tuż pod wiszącą lampą, jakby utrzymywany przez żelazne łańcuchy. Trwało to dłuższą chwilę. Wreszcie – nagle – stół runął w dół, po skosie w moją stronę, zmuszając nas do rozstąpienia się; medium i ja cofnęłyśmy się gwałtownie. Z hukiem uderzył o podłogę tak silnie, że jedna z nóg odłamała się i z trzaskiem poleciała w stronę drzwi na korytarz. Stół stał teraz krzywo, częściowo na dywanie, przy tylnej ścianie.

Seans spirytystyczny – część III (Zakończenie)

Doszło jeszcze do trzeciej, podobnej lewitacji stołu. Po niej podnieśliśmy przewrócone krzesła i przesunęliśmy stół z powrotem na jego pierwotne miejsce, na środek pokoju. Na sugestię medium ponownie ustawiliśmy się wokół niego – i znów się uniósł. Tym razem jednak działo się coś najdziwniejszego ze wszystkiego: stół zawisł w powietrzu pochyło, tak że jego prawa strona sięgała mniej więcej wysokości piersi, podczas gdy lewa – przy lekarzu – prawie do poziomu jego oczu.

Mimo że z całej siły naciskałam w dół, nie mogłam wywołać najmniejszego drgnięcia czy kołysania. Stół wisiał nieruchomo, jakby spoczywał na niewidzialnym, solidnym podłożu. Wrażenie, że musi istnieć jakiś mechanizm, podpórka czy urządzenie, było tak silne, że – nie mogąc się powstrzymać – zapytałam nagle: „Czy mogę zbadać?”

„Oczywiście” – odparł natychmiast pan Fischer. Przerwałam krąg (co nie miało żadnego wpływu na położenie stołu), uklękłam na dywanie i zaczęłam obmacywać podłogę wokół wszystkich nóg stołu. Nic – absolutnie nic nie znalazłam. A przecież coś tam musiało być! Szukałam dalej przewodów, sznurków, czegokolwiek. Nic. Sprawdziłam nogi stołu, spód blatu – również nic!

W końcu wstałam i ponownie stanęłam przy stole, który trwał w tej pochyłej pozycji – będącej jawnym zaprzeczeniem wszelkich praw fizyki. Znów połączyliśmy ręce w krąg i w ciszy czekaliśmy. Ta ostatnia lewitacja trwała najdłużej ze wszystkich. Można było spokojnie przyglądać się wszystkiemu w najdrobniejszych szczegółach. Potem stół opadł – tym razem powoli, łagodnie – na podłogę.

Seans dobiegł końca. Czarna chusta została zdjęta z lampy i pokój znów wypełnił się jasnym światłem. Przeszliśmy do jadalni. Zostałam na chwilę sama. Czy to wszystko było złudzeniem? Halucynacją? Spojrzałam na przewrócony, przekrzywiony stół i odłamany kawałek nogi leżący przy drzwiach na korytarz – niezbite dowody obiektywnej rzeczywistości tego, co się wydarzyło. Jeszcze raz próbowałam znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie – na próżno.

W sąsiednim pokoju lekarz pożegnał się szybko, bez słowa, jakby uciekał przed faktami, które – jego zdaniem – nie powinny istnieć. Medium, blade i wyczerpane, przeprosiło mnie: „Zazwyczaj wszystko przebiega znacznie szybciej i lepiej, ale dziś warunki były zbyt trudne.” Podziękowałam jej, mając świadomość, że to, co zrobiła, kosztowało ją ogromny wysiłek i było dla niej osobistym poświęceniem – także w konflikcie z własnym mężem.

Wyszyłam z domu ogarnięta burzą sprzecznych uczuć. Czułam się, jakby ktoś uderzył mnie w głowę – jak człowiek, który po raz pierwszy doświadcza trzęsienia ziemi i nagle widzi, jak wszystko, co uważał za trwałe i niezmienne, chwieje się i wali. Nie miałam się czego uchwycić – jakby sam grunt usuwał mi się spod nóg. Tak jak światło błyskające w ciemności może wszystko zmienić i zniekształcić, tak i dla mnie świat w jednej chwili wydał się całkowicie odmieniony. Byłam całkowicie wytrącona z równowagi, jakbym błądziła w ciemnościach.

Co jeszcze mogło być pewne i stałe po tym niesamowitym doświadczeniu? Czy pozostał choć jeden punkt oparcia? Czy cały świat to tylko złudzenie i iluzja? A jednocześnie ogarnęło mnie uczucie niemal rozpaczy: już nigdy nie będę mogła wypowiedzieć słowa „niemożliwe”. Człowiek staje się bezbronny wobec wszystkiego, nawet najbardziej absurdalnego! Na próżno wzywa się na pomoc rozum, doświadczenie i naukę – wszystkie one zawiodły. Czymże są teraz warte? Jak można jeszcze na nich polegać? Czułam się bezradna, pozbawiona kierunku, zdana na napór wszelkich niemożliwości. To poczucie niemal powaliło mnie na ziemię.

Pozostawały tylko dwa wyjaśnienia. Albo – ten unoszący się w powietrzu stół był obiektywnym faktem, albo – oszalałam, a wszystko, łącznie z odłamanym kawałkiem nogi, było złudzeniem. Czy miałam jednak jakikolwiek dowód na to drugie? Nie. Byłoby to tylko tchórzliwą ucieczką przed rzeczywistością, która obaliła wszystkie moje bożki, wywróciła do góry nogami moje naukowe przekonania. Wiedziałam jedno: jeśli ten „szalony stół” był faktem, to równie dobrze wszystko inne, co nazywamy okultystycznym, mogło być prawdą – a nie wymysłem chorych umysłów, jak uważa każdy racjonalny człowiek. To rozumowanie było nieuniknione. Tu nie było półśrodków – tylko „albo–albo”.

Przeczuwałam mrocznie, jak doniosłe konsekwencje mogłaby mieć taka prawda – jakie możliwości w sobie kryje. Coś olbrzymiego musiało się zrodzić z takiego poznania – coś, co na zawsze przemieniłoby nasze myślenie i odczuwanie. Walka o tę prawdę, bunt przeciw naszym nawykom myślowym, była zrozumiała. Nasz obraz świata musiałby ulec całkowitej przemianie. Taka prawda mogła się narodzić tylko w bólach. I właśnie ten tysiącletni konflikt o nowe poznanie – rozgorzał teraz we mnie samej.

„Parapsychologia jest jak kontynent, który powoli wynurza się z wody – tylko kilka jego szczytów górskich wystaje jeszcze z oceanu jak wyspy. Jedną z tych wysp zbudował Schrenck-Notzing i zabezpieczył ją przed naporem fal.”
– prof. Hans Driesch, w przedmowie do: Dr. von Schrenck-Notzing, „Gesammelte Aufsätze zur Parapsychologie”, Verlag Union, Stuttgart 1929


źródło: Mein Weg zum Okkultismus – Dr. Fanny Moser; Neue Wissenschaft. Zeitschrift Fur Parapsychologie / Zeitschrift fur kritischen Okkultismus – v1 1950.