Więcej cudownych zjawisk w manifestacjach spirytystycznych
Nie da się zaprzeczyć, że spirytyzm uczynił ostatnio wspaniałe postępy we wszystkich częściach świata, pomimo wysiłków podejmowanych przez jego przeciwników, aby go zdławić. Jest jednak bardzo wielu ludzi, którzy nadal robią wszystko, co w ich mocy, aby przeciwstawiać się temu ruchowi – czy to przez uprzedzenie, czy przez niewiedzę – lecz wszystkie ich starania, by go zniszczyć, są i będą daremne. Prawdziwie wierzący nie stanowią garstki, lecz wiele milionów, obejmujących ludzi o najwyższej inteligencji i, mogę dodać, najbardziej godnych zaufania ludzi naszej epoki. Atakowanie spirytyzmu bez uprzedniego poznania, czym on jest, wydaje mi się zbytnią zuchwałością.
Wiele osób pyta: co spirytualiści mogą pokazać, co miałoby jakąkolwiek wartość? Możemy przedstawić literaturę, której żadna inna nie dorównuje różnorodnością i głębią myśli; lecz, co lepsze, możemy wskazać fakty. Niektóre z tych faktów, które znalazły się w obrębie mojego osobistego doświadczenia, przytoczę dla informacji czytelników „Light”. W The Spiritualist z 22 września opisałem niezwykły seans, który odbył się w moich pokojach w obecności kilku osób, których nazwiska – z wyjątkiem jednego posła do parlamentu – zostały opublikowane; a opisując rozmaite manifestacje uzyskane za pośrednictwem mediumizmu pana Eglintona, zakończyłem słowami: „Czas z pewnością nie jest już bardzo odległy, kiedy możemy zobaczyć więcej tych zjawisk przypominających telegraf.” Z wielką przyjemnością stwierdzam, że nie pomyliłem się, mówiąc to, ponieważ to, co wówczas wyraziłem jako swoje oczekiwanie, stało się teraz rzeczywistością. Z relacji opublikowanych w Kalkucie i w Londynie, a także z prywatnych listów otrzymanych z Indii, jasno wynika, że zdolności pana Eglintona tak bardzo wzrosły od chwili jego przybycia do tego kraju, iż wprawiły w zdumienie niektóre osoby inteligentne, które – choć badały spirytyzm od lat i były świadkami rozmaitych zjawisk – nigdy nie widziały niczego tak wyraźnego i tak przekonującego, jak to, co ujrzano za pośrednictwem mediumizmu pana Eglintona.
Wygląda na to, że duchy ustanowiły rodzaj telegraficznej komunikacji między Indiami a Anglią, za pomocą której wiadomości i listy są przesyłane w ciągu kilku minut. Wielu badaczy, którzy czytali relacje nadesłane z Kalkuty, pytało: „Dlaczego zamiast listu nie przesyła się z Londynu do Kalkuty egzemplarza The Times i dlaczego także gazeta drukowana tam nie zostaje tego samego dnia przyniesiona do Londynu?” Moim zdaniem pytający w ten sposób pokazują swoimi pytaniami, że nigdy nie mieli cierpliwości, by przez kilka tygodni czy miesięcy zasiadać na seansach dla manifestacji fizycznych, inaczej bowiem nie pytaliby: dlaczego to albo tamto. Mocy ducha nie można rozkazać, by przejawiała więcej jednego rodzaju manifestacji niż innego, a niewidzialne istoty, które Wszechmogący posyła do tej sfery, by dowieść nieśmiertelności duszy i wykazać, że dwa światy – duchów i śmiertelników – przenikają się nawzajem oraz że między żywymi a tak zwanymi „umarłymi” nie istnieje żadna rzeczywista bariera, doskonale wiedzą, co najlepiej dla nas uczynić. Gdyby zamiast listu egzemplarz gazety drukowanej w Kalkucie został przyniesiony na krąg w Londynie, czy byłby to dostateczny dowód dla zewnętrznej publiczności albo dla twardogłowego sceptyka? Nie wierzę, żeby tak było. Im większe są zjawiska, tym mniej chętnie bywają przyjmowane przez uprzedzonych niewierzących. Jeżeli we wszystkich językach i naukach alfabet jest najpierw konieczny, to w spirytyzmie jest wręcz nieodzowny; i badacze zaoszczędzą mnóstwo czasu, jeśli zechcą zaczynać od podstaw tego zagadnienia, ponieważ nie ma dwóch seansów dokładnie takich samych. Im bardziej poświęca się uwagę niezliczonym rodzajom manifestacji, które się pojawiają, tym bardziej dostrzega się konieczność ścisłej i dokładnej obserwacji.
Aby przekonać się o prawdzie mocy duchów, nie jest konieczne, by egzemplarz The Times został przesłany z Londynu do Indii albo odwrotnie. Przede wszystkim musimy dopuścić możliwość takiego zjawiska, a dopiero potem możemy iść dalej. Załóżmy zatem, że list lub gazeta, zamiast nadejść z Indii, miałaby nadejść z drugiego brzegu Tamizy albo z innej części Londynu – czyż nie zostałby dokonany dokładnie taki sam „cud fizyczny”, jak nazywają to niektórzy autorzy? Jeśli przyznamy, że podczas seansu, w ściśle kontrolowanych warunkach, może zostać przyniesiony orzech włoski, to jasne jest, że przy nieco większej mocy można również przynieść kokos; a przy jeszcze większym natężeniu siły można przenosić większe przedmioty, a nawet człowieka z jednego miejsca do drugiego, czego świadkami bywano nie raz w Londynie i w innych krajach. Odległość nie stanowi przeszkody.
Jak powiedziałem wcześniej, że „czas z pewnością nie jest już bardzo odległy, kiedy możemy zobaczyć więcej tych zjawisk przypominających telegraf”, tak też stwierdzam teraz, że chwila jest bardzo bliska, kiedy takie właśnie manifestacje spirytystyczne, a także inne, jeszcze bardziej zdumiewające niż przemieszczenie kartki papieru, będą oglądane przez badaczy w Londynie, jeśli tylko zechcą cierpliwie zasiadać dla takich manifestacji; i będą mogli ponad wszelką wątpliwość przekonać się, że tak zwane „cudy fizyczne” są prawdziwe i stanowią jedynie fakty ujawniające się zgodnie z prawami natury.
Niejeden spirytualista wydaje się zdumiony aż do niedowiarstwa wobec nadejścia takich zjawisk, jak te opisane powyżej; ale jeśli to, co zostało obiecane, ma się spełnić, wkrótce będziemy chodzić ramię w ramię z drogimi nam osobami, które odeszły przed nami. Powiedziano nam bowiem, że większa część mediów, które opuściły ziemię, powraca pośród nas w ciele, aby dokonywać jeszcze większych cudów niż wcześniej. Rzeczywiście, rzecz ta już teraz ma miejsce w Ameryce, jak pokaże następujący wyciąg:-
„W Terra Haute, Indiana, pani Anna M. Steward dała prywatny seans panu i pani A. L. Hatch z Astorii, Long Island, Nowy Jork. – ‘Kiedy materializacja została ukończona’ – pisze pan Hatch – ‘drzwi gabinetu zostały otwarte przez naszą duchową córkę, i oto przed nami stało siedem duchów w gabinecie, a nasze duchowe dziecko chodziło po nim, stanowiąc ósmego ducha, podczas gdy pani Steward siedziała na swoim krześle, przyciśnięta blisko do drzwi gabinetu, mając ledwie połowę swego naturalnego wzrostu, i była wyraźnie widoczna dzięki cudownemu światłu duchowemu świecącemu nad gabinetem; istotnie, światło było tak jasne, że cały pokój był dostatecznie oświetlony. Było osiem duchów oprócz medium, wszystkie jednocześnie.’”
Zanim zakończę, przytoczę jeszcze jeden lub dwa fakty, które miały miejsce, zanim pan Eglinton opuścił Londyn, gdyż mogą one zainteresować czytelników „Light”; nie zapisuję ich jednak po to, aby kogokolwiek przekonywać, gdyż z doświadczenia wiem, jak trudno jest przekonać sceptyków samym tylko opowiadaniem o tym, co się widziało lub słyszało.
Pewnego wieczoru zaprosiłem pana Eglintona, aby zjadł ze mną kolację. Gdy wszedłem do restauracji, stał i czekał na mnie. Lokal był oświetlony czterema żyrandolami, z których każdy miał po sześć palników. Usiedliśmy pod jednym z nich. Po wymianie kilku słów zobaczyłem, że wyraz twarzy pana Eglintona się zmienił, i przeszedł go trzy- lub czterokrotny konwulsyjny dreszcz. Siedząc po jego prawej stronie, zapytałem, czy jest mu zimno, gdyż byłem daleki od oczekiwania jakichkolwiek manifestacji. Zapewnił mnie, że nie, a patrząc na niego mogłem dostrzec, że znajduje się pod wpływem ducha. Natychmiast ująłem jego prawą rękę i położyłem ją płasko na swojej, a lewą położyłem na jego dłoni. Zauważyłem, że całe jego ciało silnie drży, i siedząc w ten sposób poczułem, jak coś przechodzi pomiędzy moimi rękami, a w tym czasie pan Eglinton znajdował się już w głębokim transie. Gdy spojrzałem na swoją rękę, znalazłem mały zwitek papieru, który schowałem do kieszeni. Kiedy odzyskał przytomność, zapytałem go, co czuł, lecz odpowiedział jedynie, że odczuł jakiś rodzaj wpływu, który na niego zstąpił. Po kolacji wróciłem do domu i stwierdziłem, że zwitek zawierał trzy kartki papieru, zapisane przez żyjącą osobę, jako odpowiedź na moją notatkę, którą wysłałem dwa dni wcześniej mocą ducha. Pan Eglinton nic o tym nie wiedział i nie było też możliwe, aby miał kontakt z moim korespondentem.
Na kilka dni przed opuszczeniem Anglii napisałem list i załączyłem do niego dwie kartonowe karty, przeze mnie pomalowane – o wymiarach 4 na 2½ cala. Zakleiłem kopertę i zapytałem duchowego przyjaciela pana Eglintona, „Ernesta”, czy mógłby dostarczyć ją osobie, do której była adresowana. Mała przesyłka została zabrana przez duchy na dwa dni przed tym, jak pan Eglinton odpłynął, lecz nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Wyjechał 12 października i porzuciłem już wszelką nadzieję, że otrzymam jakąkolwiek wiadomość w sprawie mojego listu. Ku mojemu zdumieniu, 7 listopada otrzymałem list od pana Eglintona, napisany na pokładzie „Vegi”, datowany na 17 października i nadany w Aleksandrii, z datą stempla pocztowego 29 października; zawierał on załączoną notatkę datowaną na 16 października, a więc cztery dni po jego wyjeździe z Anglii. Otrzymał ją od „Ernesta” tamtego ranka, podczas bardzo gwałtownej burzy. Notatka była ową nieoczekiwaną odpowiedzią, potwierdzającą odbiór pomalowanych kart. Charakter pisma był niewątpliwie pismem mojego przyjaciela i został rozpoznany także przez dwie inne osoby, którym przedłożyłem go do obejrzenia. Treść była tego rodzaju, że pan Eglinton w żaden sposób nie mógł nic o niej wiedzieć, nawet gdyby przeczytał mój list. Przeprowadziłem kilka doświadczeń tego rodzaju, zarówno tutaj, jak i we Włoszech, z niewątpliwym powodzeniem; muszę jednak na razie powstrzymać się od ich publikacji, ponieważ prywatne media, podobnie jak uczestnicy seansów, nie życzą sobie obecnie ujawniania swych nazwisk.
Kilka dni temu usłyszałem o jeszcze innej niezwykłej manifestacji, która miała miejsce, gdy pan Eglinton przepływał przez Kanał Sueski. Dwóch angielskich mediów urządzało seans w Hackney. Seans ten został uzgodniony jeszcze przed opuszczeniem Londynu przez pana Eglintona, pomiędzy nim a tymi dwoma mediami, na ustalony wieczór. Jak się zdaje, na stole położono małą gumową piłeczkę, która została zabrana przez duchy, a po kilku minutach z powrotem przyniesiona; najbardziej zadziwiło ich jednak to, że wewnątrz pustej piłeczki znajdował się list napisany przez pana Eglintona, a niebieskoczarny atrament był jeszcze mokry, gdy list wyjęto. W jaki sposób ten list mógł zostać umieszczony wewnątrz tej małej kuli bez jej otwierania – to zapewne wyjaśni jakiś sceptyk.
Dżentelmen, który przekazał mi te fakty, napisał do mediów z prośbą o zgodę na opublikowanie pełnego opisu wraz z ich nazwiskami itd., i mam nadzieję, że uda mu się uzyskać ich przyzwolenie, a tym samym zaspokoić dociekliwość badaczy i studentów zjawisk spirytystycznych. W gazetach spirytystycznych zadawano pytanie, „dlaczego londyńskie medium nie występuje publicznie, aby potwierdzić relację nadesłaną z Indii?” Jeśli pytający okażą jeszcze odrobinę cierpliwości, mogą być pewni, że opisane fakty zostaną wyjaśnione ku ich zadowoleniu.
Londyn, 12 lutego.
E. Ronni.
źródło: MORE MARVELS IN SPIRITUAL MANIFESTATIONS; LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, february 18,1882.