Wieszcz

Trzy lata w nawiedzonym domu

8 czerwca 1880 roku odwiedziłem panią P., którą znam od dziecka, aby wysłuchać jej relacji o nawiedzonym domu w C., który do niedawna zajmowała.

W roku 1868 pan P., potrzebując domu mieszkalnego w C., prowadził rozmowy z pewnym dżentelmenem, gotowym oddać mu swój dom na bardzo korzystnych warunkach, ponieważ jego żona nabrała do niego wielkiej niechęci. W istocie, jak powiedział, nie chciała tam pozostać pod żadnym pozorem. Gdy pan P. zgodził się wynająć dom, właściciel wspomniał o dziwnych odgłosach słyszanych w budynku oraz o tym, że uchodzi on za nawiedzony. Ponieważ umowa była już zawarta, a pan P. nie wierzył w podobne rzeczy, uznał, że najlepiej będzie doprowadzić sprawę do końca, prosząc jedynie, aby nic nie wspominano o tym pani P., która była wówczas w złym stanie zdrowia.

Sypialnia pani P. znajdowała się nad spiżarnią i korytarzem, przy których kończyły się strome, kręte tylne schody. Nie mieszkali tam długo, gdy pewnej nocy, pośrodku nocy, usłyszała, jak długa żelazna sztaba zamykająca okiennice w jadalni z hukiem opadła, a także odgłosy dokładnie takie, jakby ktoś siłą wdzierał się do domu. Zdarzyło się to może trzydzieści lub czterdzieści razy, i kiedy pan P. – który często bywał nieobecny – był w domu, prosiła go, by poszedł sprawdzić, lecz kiedy była sama, nieraz schodziła sama; zawsze jednak okazywało się, że wszystko jest nienaruszone.

Pewnym razem, leżąc w łóżku, wyraźnie usłyszała kroki powoli wchodzące po schodach, które zatrzymały się naprzeciw jej drzwi, lecz gdy wyszła, nikogo tam nie było. Często słyszeli dźwięki, jakby ludzie poruszali się w miejscach, gdzie w rzeczywistości nikogo nie było.

Pewnego razu pan P., siedząc w swoim gabinecie naprzeciw drzwi do jadalni, usłyszał, jak ktoś otwiera te drzwi. Następnie usłyszał brzęk kluczy i otwieranie schowka na wino, do którego klucze mieli tylko on i pani P. Chcąc zobaczyć, po co komu potrzebne jest wino, przeszedł do jadalni i nie zastał tam nikogo.

Odkryli, że zarówno służące, jak i oni sami słyszeli kroki i odgłosy ludzi poruszających się po domu. W domu był ulubiony pies, który w pewnym okresie chorował, i pewnej nocy służące wyraźnie usłyszały, jak dysząc wspina się po schodach, jakby z wysiłkiem pokonując stopień po stopniu, a kiedy była już prawie na górze, usłyszały, jak najwyraźniej stacza się z hukiem z samej góry aż na dół. Wybiegły natychmiast zobaczyć, co się jej stało, i stwierdziły, że w ogóle jej tam nie było.

Na półpiętrze pierwszego piętra znajdował się kran z wodą i misa zbierająca kapanie, z której pies mógł pić, a panna P. – która była wówczas dzieckiem sześcio- lub siedmioletnim – powiedziała mi, że wielokrotnie słyszała psa, a przynajmniej tak jej się zdawało, gwałtownie chłeptającego wodę z tej misy. Kilka razy poszła sprawdzić, a kiedy nie znalazła żadnego rzeczywistego źródła tych odgłosów, przestała zwracać na nie uwagę.

Ma ona obecnie około piętnastu lub szesnastu lat i opowiedziała mi o scenie, która rozegrała się pod koniec ich pobytu w C. i którą pamięta najżywiej. Jej rodzice wyszli na kolację, a ona spała sama w górnej części domu, mając tylko młodszą siostrę, trzy- lub czteroletnią, w innym łóżku. Obudziła się śmiertelnie przerażona, słysząc coś poruszającego się pod jej łóżkiem. Podniosła się i wysunęła jedną nogę z łóżka, zamierzając wybiec z pokoju, lecz znieruchomiała ze strachu, gdy zobaczyła, jak od strony nóg łóżka, pomiędzy nim a komodą stojącą o stopę lub dwie dalej, unosi się postać mężczyzny w dużym, opadającym kapeluszu, z czymś w rodzaju płaszcza narzuconego na ramię, zasłaniającego dolną część twarzy. Przeszedł przez pokój i wszedł do dużej szafy po przeciwnej stronie.

Wówczas odzyskała możność ruchu i zbiegła na dół do służących w kuchni, gdzie jej matka zastała ją, gdy wróciła z przyjęcia, szlochającą na kolanach niani. Uznano to za zły sen, lecz dziewczyna jest pewna, że snem to nie było, a pani P. zapewniła mnie, że tamtej nocy opisała zj awę dokładnie tak samo.

Prawie do samego końca pani P. nie podejrzewała niczego w rodzaju nawiedzenia, lecz kilka miesięcy przed ich wyprowadzką w 1871 roku zdarzyły się okoliczności, które skłoniły ją do rozmowy ze służącymi i z kobietą przychodzącą okazjonalnie do pomocy, i wówczas odkryła, że w okolicy powszechnie wiadomo, iż dom ma opinię nawiedzonego.

Było około dziesiątej wieczorem, gdy pani P., siedząc sama w gabinecie, wyraźnie, jak jej się zdawało, usłyszała przez jakiś czas odgłos szorowania podłogi w kuchni. Uznała, że to dziwna pora na taką czynność, zeszła więc na dół i zastała służące siedzące spokojnie przy ogniu. Bezpośrednią przyczyną ostatecznego wyjaśnienia był inny przypadek, kiedy siedziała sama w gabinecie i usłyszała kroki schodzące po tylnych schodach, aż doszły dokładnie naprzeciw drzwi gabinetu, po czym rozległ się potężny huk, jakby skrzynka z węglem została z całej siły rzucona na podłogę. Pani P. wybiegła, a nie znajdując niczego, zeszła do kuchni, gdzie służące nie słyszały nic z hałasu, który ją tak przestraszył, i wtedy po raz pierwszy usłyszała o opinii, że dom jest nawiedzony.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, właśnie gdy pani P. umawiała się ze mną na spotkanie, przypadkiem odwiedziła ją stara znajoma i opowiedziała, że pewnego ranka, już po wyprowadzce państwa P., gdy służące zeszły na dół, stwierdziły, że ciężki stół bilardowy, który musiało podnosić dwóch mężczyzn, został przesunięty spod ściany naprzeciw drzwi, gdzie zwykle stał, w pobliże samych drzwi.

31, Queen Anne Street
H. Wedgwood

źródło: THREE YEARS IN A HAUNTED HOUSE; LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, February 25,1882.