Media

[Z „Daily Telegraph”, 7 czerwca 1870 r.]
MEDIA
Relacja specjalnego korespondenta

W Londynie obecnie – a przynajmniej do niedawna – przebywa trzech niezwykłych mediów spirytystycznych. O jednym z nich – drze Newtonie – publiczność już sporo słyszała; jednak mam do przekazania kilka nowych faktów, nawet w jego sprawie, które z pewnością będą interesujące, choć być może nie całkiem budujące dla ogółu. Zanim jednak wrócę do tego spirytystycznego Eskulapa, muszę – niestety – poinformować mieszkańców Londynu (świat tak mało wie o swoich wielkich ludziach!), że nie tylko nauka, ale i sztuka ma swego przedstawiciela w szeregach mediów spirytystycznych.

W „Progressive Library” przy Southampton Row w dzielnicy Holborn, w środowe wieczory pan Jesse B. H. Shepard uracza słuchaczy solowymi popisami na fortepianie oraz śpiewem sopranowym, oferując im próbki „muzyki sfer” za skromną opłatą pół korony. Udałem się tam w jedną ze środowych nocy i po wejściu na pierwsze piętro zastałem szczupłego, artystycznie wyglądającego młodego człowieka, około dwudziestoletniego, siedzącego przy fortepianie koncertowym w tylnej sali. Gaz został przygaszony do poziomu tworzącego „przyćmione, sakralne światło”. Obecnych było około pięćdziesięciu osób – większość stanowili przedstawiciele płci silnej, czyli kobiet (w tym właśnie kierunku niewątpliwie zmierzamy) – wszyscy czekali z niecierpliwością na przybycie pana Burnsa, aby móc rozpocząć spotkanie. Ponieważ pan B. nie przybywał przez dłuższy czas, spotkanie rozpoczęto bez niego.

Opowiedzmy to najpierw z czysto ziemskiego punktu widzenia, pozostawiając „kwestię duchową” do późniejszego rozważenia. Pan Shepard – którego na tej podstawie można by określić jako młodzieńca o niezwykle długich palcach i sporej zdolności improwizacyjnej – zagrał najpierw krótki utwór wprowadzający, o dziwacznym i trudnym do sklasyfikowania charakterze, wykazując przy tym dużą sprawność techniczną. Po zakończeniu – ponieważ w trakcie gry obowiązywała cisza – zapytałem go, co to było za utwór. Odpowiedział, że nie został o tym poinformowany. Duchy czasem mu mówią, a czasem nie; on sam rzadko wie, co gra.

Kolejny utwór duchy już zapowiedziały, a pan Burns, który właśnie przybył, przekazał nam informację, że będzie to „kaprys”. Utwór ten przypominał poprzedni tym, że nie zawierał żadnego wyraźnego tematu ani melodii, ale jednocześnie prezentował niezwykle szybką technikę, zwłaszcza lewej ręki. Gdybym miał tworzyć program, nazwałbym go raczej „caprice diabolique” (kaprys diabelski).

Następnie pojawiła się „selekcja operowa”. Przez dłuższy czas wydawało mi się, że fragmenty melodii, które z trudem rozpoznawałem, muszą pochodzić z jakichś oper duchów – jeśli coś takiego istnieje – lecz finał przywrócił mnie do ziemskiej sfery dzięki dobrze znanej melodii z „Wilhelma Tella”, której instrumentacja i wykonanie były bez wątpienia bardzo złożone i, muszę przyznać, zrobiłyby wrażenie w każdej sali koncertowej.

Potem światła zostały przygaszone niemal do zera i rozpoczęła się część wokalna. Była ona jeszcze bardziej niezwykła niż instrumentalna, ponieważ wiązała się z fizyczną trudnością – mężczyzna śpiewał czystym, dźwięcznym sopranem aż do wysokiego „O” – nie tylko sięgając tego dźwięku, ale utrzymując go i wibrując na nim! Pierwszy z utworów – wspomnę, że były to „Lieder ohne Worte” (pieśni bez słów) – można określić jako coś w rodzaju quasi-recytatywu, po którym następowała bogata aria di bravura, pełna najbardziej zadziwiającej wokalnej gimnastyki.

Nie była to, zaznaczam, zwykła głosowa falsetowa sztuczka, jaką można było niegdyś usłyszeć u Christy Minstrels, ale czysty, dzwoniący sopran. Kolejny utwór, o bardziej balladowym charakterze, wywołał dobre wrażenie dzięki długim, utrzymywanym dźwiękom wokalnym oraz niezwykłym efektom harmonicznym w akompaniamencie, co przywodziło na myśl fragment słynnego „Adieu” Schuberta – sądzę, że duchy musiały go kiedyś słyszeć.

Gdy światła ponownie rozjaśniono, usłyszeliśmy kolejną „selekcję operową”. I znów zdołałem rozpoznać tylko dwa fragmenty z „Dinorah”, poprzedzone wieloma, jak sądzę, duchowymi motywami, zamaskowanymi obfitą „muzyczną pirotechniką”.

Występ zakończył się „marszem”, który był utrzymany w podobnym duchu jak reszta repertuaru. Tak naprawdę „kaprys” można by nazwać „selekcją operową” i odwrotnie; a marsz mógłby nosić tytuł „bolero” lub „pastorale”, a każdy z tych utworów mógłby równie dobrze zostać nazwany „Reprezentacją Chaosu”, ponieważ wszystkie były do siebie tak podobne w swej groteskowości, a żaden nie miał wyraźnego tematu. Zawierały one jednak trudności techniczne, które dla laika wydawały się zdumiewające.

Tyle w kwestii opisu ziemskiego.
Występ z pewnością można by uznać za niezwykły, gdyby odbył się w jakiejkolwiek sali koncertowej. Teraz jednak czas na wyjaśnienie. Pan Shepard nie zna ani jednej nuty i nigdy nie pobierał lekcji muzyki. Musimy mu oczywiście wierzyć na słowo – nie da się bowiem udowodnić negatywu. „Obdarzone osoby” – kimkolwiek są, ja do nich nie należę – twierdzą, że widzą duchy działające na niego podczas gry.

W relacji samego pana Sheparda, opublikowanej w The Medium i zatytułowanej „Jak zostałem medium muzycznym”, czytamy:
„Gdy byłem w teatrze, pojawił się przy mnie duch Racheli i zapytał, czy chciałbym rozwinąć się w kierunku śpiewu”. Odpowiedziałem „tak”, i zostałem odpowiednio rozwinięty. Proces edukacji w muzyce duchowej wydaje się nawet gorszy niż jego ziemski odpowiednik, ponieważ pisze:
„O, te straszliwe męki rozwoju! Nawet po przejściu tego kryzysu wrażliwy organizm medium nadal jest wystawiony na wiele niewygód i uciążliwości, których zwykli śmiertelnicy nie doświadczają. To nie tylko kwiaty i słodycze – róża mediumizmu ma swoje ciernie w postaci cierpień i trudów, a ci, którzy potrafią stawić czoła swoim obowiązkom i utrzymać się w wirze rozwoju, przeszli przez próbę, która powinna dawać im prawo do szacunku i braterskiego wsparcia ze strony wszystkich prawdziwych spirytystów.”**

Po zakończeniu występu ogłoszono, że dr Newton, po zaprzestaniu przyjmowania publiczności w Cavendish Hall, chętnie spotka się z wybraną grupą osób w Progressive Library o godzinie jedenastej następnego ranka, by bezpłatnie ich uzdrawiać, jeśli będą tego potrzebować.

Udałem się tam o wyznaczonej godzinie i zastałem około dwudziestu osób, z których być może połowa to byli chorzy. Dr Newton „leczył” ich w ten sam, już wcześniej opisywany sposób – dość swobodny i szybki, o którym pisały liczne gazety. Nie będę więc tego ponownie opisywał. Dodam jednak istotny fakt: gdy tylko „pacjenci” zostali „uzdrowieni”, dr Newton kazał im natychmiast wyjść tak szybko, jak tylko mogą, podczas gdy osoby zdrowe miały pozostać na wykład.

Ponieważ to uniemożliwiało sprawdzenie przypadków, dopuściłem się wykroczenia i zbiegłem na dół do sklepu, aby przynajmniej jeden przypadek osobiście zanotować, zanim potężny głos doktora wezwał mnie z powrotem. Ponieważ ten przypadek został już opublikowany w The Medium and Daybreak, nie będzie nic niewłaściwego, jeśli przytoczę go tu z imieniem i adresem:

Państwo Cooperowie, z Edgware Road 388, przyprowadzili swojego syna, chłopca w wieku około czternastu lat, który przez ostatnie siedem lat poruszał się wyłącznie o kulach lub w wózku dziecięcym. Po trzeciej wizycie u dr. Newtona chłopiec był już w stanie chodzić całkiem dobrze z pomocą laski. Wspominam o tym przypadku jako jedynym, który udało mi się choć częściowo zweryfikować, a który – oczywiście – podlega dalszemu potwierdzeniu lub zaprzeczeniu.

The Medium opisuje też jeden lub dwa inne przypadki; na przykład:
Robert Andrews, z 151, Metropolitan Meat Market, był „znacznie” (sic!) ślepy na jedno oko, ale po leczeniu sam oświadczył, że „wszystko jest w porządku”.

Nie chodzi jednak teraz o samą metodę działania dra Newtona – ta jest już dość dobrze znana opinii publicznej. Istotą rzeczy jest wyjaśnienie – deklarowana przyczyna jego rzekomej mocy uzdrawiania. Zgodnie z jego własnymi słowami, wynika to z faktu, że w pełni odtworzył „życie Chrystusa”.

Pewne znaki miały towarzyszyć wierze. A wiara połączona z powszechną dobrocią – jak twierdzi dr Newton – występuje wyłącznie u niego w takim stopniu, by te znaki, w tym uzdrawianie chorych, się objawiały.

Dla wielu będzie to nowość – choć może niekoniecznie szokująca – że dr Newton uważa się za równego „Nazarejczykowi”, jak poufale nazywa Jezusa. Twierdzi, że Nazarejczyk często mu się ukazuje i mówi mu, że otrzymał te dary właśnie dlatego, że nie popełnił błędu ubóstwienia Chrystusa.

Oto teologia dra Newtona i przekonanie, z którego wypływa jego niezwykła praktyka. Wielu czytelników to zaszokuje, ale aby ukazać poglądy tego medium, wystarczy zacytować jego własne słowa:

„Nazarejczyk pojawił się przede mną i powiedział: ‘Bracie, w niebie jest dziesięć tysięcy duchów jaśniejszych i lepszych ode mnie. Gdybyś zobaczył mnie pośród pięćdziesięciu innych, nie rozpoznałbyś mnie.’ Odpowiedziałem: ‘Myślę, że bym rozpoznał. Znam twoje piękne kręcone włosy.’”
Nazarejczyk zrobił trochę zamieszania w Judei, ale – jak mówi dr Newton – „nic w porównaniu do tego, co ja zrobię w Londynie.”

Jeszcze jedno doświadczenie i na tym zakończymy omawianie dra Newtona. W drodze do Progressive Library koń w jego dorożce dostał ataku „ślepoty”. „Ludzie zaczęli panikować” – mówił – „ale ja wyskoczyłem, położyłem ręce na głowie konia i w minutę był już w porządku!”

Trzecim medium, które właśnie opuściło nasze brzegi, by na krótko wrócić do swojego transatlantyckiego domu, jest duchowny – pastor J. M. Peebles. Przez ostatnie miesiące pastor Peebles wygłaszał kazania w Cavendish Hall w niedzielne wieczory. W czwartek wieczorem, 2 czerwca, komitet pań zorganizował dla niego pożegnalny wieczór w tych samych salach.

Pan H. D. Jencken, adwokat, przewodniczył spotkaniu i w przemówieniu wstępnym wspomniał, że po brutalnym potraktowaniu w Hiszpanii cierpiał na podwójne widzenie w jednym oku, ale właśnie został uleczony przez dra Newtona.

Pan Shepard ponownie zasiadł przy fortepianie koncertowym, a zaprzyjaźniony muzyk, którego specjalnie zabrałem ze sobą, był bardzo zaskoczony faktem, że duchy, które kierowały palcami Sheparda, zupełnie nie znały regularnych pasaży fortepianowych z tradycyjnych podręczników.

Pastor Hugh Burns, D.D., baptystyczny duchowny z Paddington, zaskoczył wszystkich, wchodząc na podium i popierając twierdzenia dra Newtona oraz nauki pastora Peeblesa. Tak pochlebnie wyrażał się o doktorze Newtonie, że ten nie wytrzymał, przeprosił za przerwanie wystąpienia i powitał mówcę braterskim pocałunkiem.

Pastor Peebles mówił niewiele, ale jego słowa były małe objętością, wielkie treścią. Jak dr Newton ma zniszczyć farmaceutyczny materializm, tak i pastor Peebles zamierza zburzyć doktryny, wyznania i kościoły jednym uderzeniem. Osoby obdarzone „widzeniem duchów” zawsze dostrzegały duchy stojące obok pastora Peeblesa podczas jego kazań, a wszyscy obecni „przybijali duchowe brawa”, gdy wygłaszał coś szczególnie ortodoksyjnego.

Tak oto mamy sztukę, naukę i teologię reprezentowane bezpośrednio przez media spirytystyczne w Londynie. Pastor Peebles wkrótce do nas wróci, a w międzyczasie jego „płaszcz” spadnie na „Elizeusza”, który będzie nauczać w niedziele wieczorem, natomiast konferencje do wymiany „doświadczeń” będą się odbywać o trzeciej po południu w te same dni.

A jednak wciąż słyszymy, że żyjemy w materialnym wieku!
Skoro otrzymujemy naszą muzykę, medycynę i kazania prosto z Krainy Duchów, to czyż nie możemy oczekiwać, że prawo również z niej przyjdzie? Niestety, prawnicy nie są zwykle postrzegani jako mieszkańcy sfery szczególnie wzniosłej. Ale skoro teologia pana Peeblesa i filozofia spirytualizmu przewraca wszystko do góry nogami, może jest nadzieja nawet dla prawników?

Być może pewnego dnia otrzymamy nasze prawo, podobnie jak medycynę, teologię – i muzykę również – prosto z Krainy Duchów.

Tymczasem przecieramy oczy i pytamy:
Czy to naprawdę XIX wiek?
A jeszcze bardziej dociekliwie:
Czym zajmuje się Dialektyczne Towarzystwo?
Gdzie jest opóźniony raport tego grona uczonych, który miał rozstrzygnąć te wszystkie sprawy metodą czystego Sokratesa?
Czy duch zwyciężył materię?
Czy komitet spirytystyczny nie ma żadnej opinii, czy też ma ich zbyt wiele?

Czekamy na odpowiedzi.

źródło: MEDIUMS; THE MEDIUM and Daybreak; London – JUNE 10, 1870.