Uzdrawiające Medium Jacob – Zouave

UZDRAWIAJĄCE MEDIUM JACOB – ZOUAVE
Jacob le Zouave (Paryż); – Simonnet le Menuisier (Bordeaux); – Mme de Saint-Amour (Nantes); – Komendant Laforgue (Pau).

Około dwóch lat temu spotkaliśmy na jednym ze spotkań Towarzystwa Spirytystycznego w Paryżu muzyka z pułku żuawów gwardii, imieniem Jacob, gorliwego adepta spirytyzmu i medium piszące. Był to człowiek 34-letni, o zdecydowanych manierach, na którego twarzy malowała się pewna energia złagodzona życzliwością. Przekazy spirytystyczne, które otrzymywał, cechowały się dość wyjątkową głębią.

Jakiś czas później, w okolicach kwietnia, jego pułk został wysłany do obozu w Châlons, przez co naturalnie musiał opuścić Paryż i przerwać wizyty w Towarzystwie Spirytystycznym. Jednak w obozie w Châlons zdarzyło się coś niezwykłego: kilku jego kolegów, którzy zachorowali i których odwiedzał w ambulatorium, twierdziło, że w kontakcie z jego dłonią odczuwali ulgę w cierpieniu; niektórzy utrzymywali, że sama jego obecność wystarczała, aby ich bóle ustępowały. Odważny żuaw, już wcześniej przygotowany przez nauki spirytystyczne do studiowania zjawisk fluidycznych, powtórzył te próby i przekonał się o realności uzdrawiającej mocy, która właśnie się w nim objawiła.

Rozszerzył swoje eksperymenty i wywoływał podobne, cudowne uzdrowienia przez dotyk lub nawet przez same emanacje swojego fluidu u chorych i kalek w okolicznych wioskach. Wkrótce jego sława wzrosła i zewsząd zaczęli napływać chorzy, ułomni, paralitycy, głusi, niewidomi itd. Niektórych uzdrawiał, innych przynajmniej ulżył w cierpieniu, a od wszystkich odbierał błogosławieństwa i podziękowania. To była jedyna zapłata, jaką przyjmował za swoją pomoc i trudy; zresztą starał się kończyć wyrazy wdzięczności, żegnając chorych z wojskową stanowczością tuż po zakończeniu seansu.

Chorzy, powracając do swoich miejscowości uzdrowieni z chorób i kalectwa, jeszcze bardziej rozgłaszali wieści o żuawie Jacobie. Przybywali do obozu po dziesięciu naraz, potem setkami, a później tysiącami; napływ inwalidów, paralityków, okaleczonych dzieci, niewidomych starców i kobiet z ranami stał się tak wielki, że główny generał musiał interweniować, by nie dopuścić do przekształcenia obozu w ogromny szpital.

Wstęp osobom spoza wojska do obozu został zakazany bez specjalnego pozwolenia, a do osoby żuawa przydzielono wartownika, by nikogo do niego nie dopuszczał. Biedni chorzy musieli zatem smutno wracać do wiosek z nadzieją na uzdrowienie, której już nie mogli doświadczyć przez dotyk czy samą obecność uzdrawiającego medium.

Wtedy to żuaw Jacob napisał list do prezesa Towarzystwa Spirytystycznego w Paryżu, zapraszając go do obozu w celu zbadania zjawisk, które się działy, póki jeszcze trwała jego moc mediumiczna, której utraty się obawiał. Prezes jednak odpowiedział, że nie może spełnić tej prośby.

W październiku oddziały zgromadzone w Châlons powróciły do swoich koszar, a Jacob wraz z pułkiem przeniósł się do Wersalu. Jego sława już go wyprzedziła, a że jego cenna zdolność utrzymywała się, działał tak jak w Châlons, uzdrawiając licznych chorych i kalek, którzy przybywali do maleńkiego pokoiku, który użyczał mu jeden z uzdrowionych przez niego chorych.

Z Wersalu Jacob został wciągnięty do działalności w Paryżu, ale tylko dla tych, którzy zwracali się do niego przez pośrednictwo przyjaciół lub innych uzdrowionych. Tak trwało to ponad rok, aż do niedawna, gdy Jacob przyjął ofertę skromnego pokoiku w domu handlarza żelazem Dufayet (którego córkę uzdrowił z poważnego kalectwa), aby móc przyjmować chorych i kalekich domagających się jego pomocy.

Ten skromny pokój, położony przy rue de la Roquette 80, na końcu długiego podwórza otoczonego przez zabudowania przemysłowe dzielnicy Saint-Antoine, szybko stał się miejscem, gdzie rozbrzmiewają tysiące głosów, dokąd napływają procesje chorych, kalek, niedołężnych, i który przyciąga nawet z odległych departamentów biednych kalek, których nie są w stanie wyleczyć ani lekarze, ani wody, ani kąpiele morskie, ani alopatia, ani homeopatia, ani chirurgia.

W tym pokoiku codziennie (przynajmniej gdy nie zatrzymuje go służba w Wersalu) żuaw Jacob przyjmuje chorych od trzeciej po południu do szóstej, siódmej wieczorem i w tym krótkim czasie pomaga lub uzdrawia pięćdziesięciu, sześćdziesięciu, a nawet do stu osób. Czasem zmęczony wielką emisją fluidu musi przerwać seanse dla odpoczynku, po czym kontynuuje je w grupach po dwanaście, piętnaście lub dwadzieścia osób. Następnie wraca do Wersalu na dziesięciogodzinne przepustki, rano prowadzi seanse w Wersalu (gdy pozwala mu na to służba muzyka) i codziennie dojeżdża do Paryża za zgodą przełożonych, by nieść pomoc cierpiącym.

Władze – co należy docenić – wykazują wielką troskliwość wobec tłumu nieszczęśliwych koczujących na ulicach prowadzących do domu żuawa: policjanci utrzymują porządek, pomagają przenosić chorych i kalek, nawet na noszach, oraz ułatwiają wjazd powozom z paralitykami. W kolejkach stoją przedstawiciele wszystkich klas społecznych; zarządzenie Jacoba (nazywanego już teraz „maître Jacob”) brzmi, by pierwszeństwo mieli najciężej chorzy, bez względu na bogactwo, potem zaś pozostali według numerów. Rozdano już kilka tysięcy numerków; trzeba było przerwać ich wydawanie, a posiadacze wysokich numerów muszą czekać nawet dwa miesiące na wizytę u medium uzdrowiciela.

Wśród licznych uzdrowień przypisywanych żuawowi Jacobowi możemy wymienić te, których byliśmy świadkami: ośmio-, dziewięcioletni chłopiec, opuszczając seans, trzymał w jednej ręce obie kule – wcześniej poruszał się z wielkim trudem, obie nogi miał sparaliżowane od urodzenia, a teraz radośnie szedł, trzymany za rękę przez ojca; siedemnastoletni młodzieniec wychodził promieniejący i łamał swoje kule; osiemnasto-, dwudziestoletnia dziewczyna wychodziła oparta tylko na ramieniu matki, choć przed chwilą została przyniesiona do Jacoba na rękach i mówiła, że nie chodziła od dwóch lat!…

Mieszkańcy dzielnicy chętnie opowiadali różne cudowne uzdrowienia: o starym księdzu, który od pięciu lat nie mógł odprawiać mszy i którego przyniesiono na fotelu, a wyszedł sam, bez niczyjej pomocy; o biednych znajomych, głuchych, niewidomych czy sparaliżowanych, którym Jacob przywrócił słuch, wzrok lub sprawność.

Na potwierdzenie tych świadectw warto przytoczyć artykuły z paryskich gazet: La Liberté, La Patrie, La Petite Presse, L’Avenir national, Le Petit Journal, L’Illustration militaire, Le Figaro itd., które niemal zgodnie uznają prawdziwość tych faktów, choć przyczyn dopatrują się w nieznanych mechanizmach, nie będąc przygotowani przez studia spirytystyczne do naukowej oceny tych zjawisk.

CUDOWNY UZDROWICIEL
Od pewnego czasu w dzielnicy Saint-Antoine wszyscy mówią o lekarzu zupełnie nowego rodzaju, który – jak się mówi – dokonuje cudownych uzdrowień na rue de la Roquette, gdzie przyjmuje chorych. Słowo „przyjmuje” jest tu na miejscu, bo doktor nigdy niczego nie przyjmuje: leczy za darmo. Nie chodzi do chorych nawet wtedy, gdy proponują zapłatę. Uzdrowienia odbywają się u niego lub, ściślej, w gabinecie na drugim piętrze, który bezpłatnie użycza pewien rafinator metali, dla dobra chorych.

Co do metody leczenia – tu kryje się tajemnica; doktor uzdrawia samą swoją obecnością, a co jeszcze bardziej niezwykłe, zawsze w ciągu jednej sesji. Nigdy nie przyjmuje pacjenta drugi raz, twierdząc, że jeśli ma uzdrowić, powinno się to stać za pierwszą wizytą.

Wszystko to wydaje się bardzo tajemnicze. Faktem pozostaje ogromny napływ chorych, ułomnych, niewidomych, paralityków, którzy codziennie cierpliwie czekają na swoją kolej. Dobrym zwyczajem u Jacoba jest przyjmowanie chorych grupami po dwadzieścia-trzydzieści osób i nigdy nie przyjmuje ani honorariów, ani nawet podziękowań. Tłum jest tak wielki, że właściciel gabinetu musiał wprowadzić numerki: wydano ich już blisko tysiąc sześćset, z czego codziennie przyjmowanych jest około stu osób. Trzeba było nawet wstrzymać wydawanie numerków do 15 dnia miesiąca.

Doktor pojawia się w Paryżu tylko wtedy, gdy nie zatrzymują go obowiązki w Wersalu, gdzie służy, gdyż jest wojskowym: to muzyk żuawów gwardii. Rano prowadzi konsultacje w Wersalu; są one tak samo oblegane jak te przy rue de la Roquette, czy te w obozie Châlons, które przyniosły mu niezwykłą popularność.

Według pana Fonvielle z La Liberté, doktor to mężczyzna 36-40-letni, wysoki, o nerwowej budowie, inteligentnej twarzy, wysokim, dobrze zbudowanym czole, ciemnych włosach i dużych oczach. Nazywa się Jacob, służy już od dwudziestu lat. Jego ojciec, który wyraźnie go kocha i jest bardzo dumny z jego zdolności, pomaga wprowadzając chorych i rozdzielając bilety.

Bezskutecznie pytaliśmy pana Jacoba o naturę nadzwyczajnej mocy, którą mu się przypisuje. Odpowiedział nam, że sam nie wie, skąd ją ma; spirytualiści przypisują ją spirytyzmowi, magnetyzerzy magnetyzmowi, a lekarze szarlatanerii – jego to jednak nie obchodzi.

Zapytaliśmy, czy rzeczywiście uzdrowił prawdziwych chorych. Odrzekł, że nie jest jego sprawą wiedzieć, czy uzdrawia. „Mówią, że im to pomaga, i to mi wystarcza. To nauka powinna się tym zająć. Co do mnie, nazywam ich choroby, widzę je, nie wiem jak, bo nigdy się nie uczyłem. Tym, którzy nie mogą się ruszać, każę się ruszać, i niemal zawsze się ruszają. Przede wszystkim mówię im, żeby nie zażywali leków”.

„Najtrudniejsze do wyjaśnienia – mówił na koniec – nie byłoby nawet samo działanie na chorych, ale ich niezwykły napływ, jeśli w ogóle nie miałbym na nich wpływu. Ale raz jeszcze: nie moja sprawa określać, jakie uzdrowienia mogę przeprowadzić.”

Gdy zapytałem go o plotki krążące w tłumie – o uzdrowienie Księcia Cesarza, o kalekich, którzy schodzili jego schodami, wyrzucając kule i krzycząc: „Niech żyje żuaw!” czy o dzieci sparaliżowane od urodzenia, które natychmiast odzyskiwały władzę w nogach – odpowiedział: „Nie można bardziej powstrzymać ludzkich języków niż ślepych, by nie prosili mnie o światło, nawet gdy już nie mają oczu”.

(Le Petit Journal)

źródło: MÉDIUMS GUÉRISSEURS – JACOB LE ZOUAVE; THE UNKNOWN No. 10, ANNUAL ISSUE, 1937.