Spadające obrazy i pies, który „widział”

Poniższa relacja, sporządzona w imieniu przyjaciółki – żony duchownego – została przesłana nam przez wielebnego kanonika A. F. Wehlinga.

Kiedy w 1920 roku wróciłam z Australii, ojciec powiedział mi, że czytał pewne książki o szczególnych zdarzeniach związanych z mediami. Z początku mówił, że nie sądzi, aby wiadomości mogły być przesyłane zza grobu, bo gdyby tak było, jego przyjaciel – który był mu bliższy niż brat – przesłałby mu jakąś wiadomość po swojej śmierci, gdy odszedł jako młody człowiek.

– Czy umówiliście się na coś szczególnego? – zapytałam.

– Nie – odpowiedział.

– Być może mogą zrobić tylko pewne rzeczy – powiedziałam – więc umówmy się na coś.

Niedługo wcześniej czytaliśmy w czasopiśmie coś o lordzie Kitchenerze. Miał on podobno powiedzieć, że da znać pewnemu przyjacielowi, kiedy umrze. W dniu, w którym Kitchener utonął, w domu tego przyjaciela miał spaść obraz.

Obrazy wydawały się więc możliwym środkiem takiego znaku. Ojciec i ja wybraliśmy jeden z obrazów w tylnej sypialni, gdzie umieszczono wszystkie obrazy, które nie należały do szczególnie ulubionych. Wyraźnie pamiętam, jak powiedziałam:

– Jeśli odejdziesz pierwszy, nie strącaj go, kiedy matka będzie sama, bo to ją przerazi.

No i obraz spadł. Moja matka była sama przez mniej więcej godzinę po śmierci ojca, a zdarzyło się to wtedy, gdy był już przy niej lekarz.

Dalszy ciąg zdarzenia

Historia miała ciąg dalszy. Opowiedziałam o tym wydarzeniu bratu mojego męża, a on był przekonany, że nie był to przypadek.

W 1934 roku, pięć lat później, ten właśnie brat sam zmarł. Mieszkaliśmy wtedy w N—-, gdzie mój mąż pomagał wikariuszowi, staremu przyjacielowi mojej rodziny. Dopiero co otrzymaliśmy telegram informujący o jego odejściu poprzedniego dnia, gdy spadł duży obraz olejny przedstawiający mojego ojca.

Mąż zawiesił go z powrotem i pobiegł do plebanii, aby zobaczyć, co da się dla niego zorganizować w sprawie wyjazdu do Londynu na pogrzeb.

Kiedy wyszedł, uderzyło mnie, że to dość dziwne, iż portret spadł akurat w tej chwili. Poszłam więc do holu, gdzie wisiał, i powiedziałam do niego:

– No dobrze, tato albo Wilfredzie, czy to wy strąciliście ten obraz? Jeśli tak, lepiej strąćcie go jeszcze raz, a wtedy będę wiedziała.

Obraz jednak nie spadł ponownie, więc wróciłam do swojej pracy.

Pies przy portrecie

Dom był starym budynkiem z czasów Tudorów, który został podzielony na części. Posiłki jedliśmy w dużej kuchni. Hol, w którym wisiał portret, prowadził bezpośrednio z tej kuchni; oba pomieszczenia miały kamienne podłogi.

Pies sąsiadów – retriever – zawsze przychodził w porze lunchu i czekał, aż skończymy jeść, po czym dawałam mu resztki. Zawsze kładł się w przejściu między holem a kuchnią. Przypuszczam, że było to chłodne miejsce, a pogoda była bardzo ciepła.

Tego szczególnego dnia przyszedł jak zwykle, lecz kiedy dotarł do drzwi, zatrzymał się, spojrzał na portret, sierść stanęła mu dęba i zaczął wyć – wył i wył. Nie mogłam go uspokoić, więc chwyciłam go za obrożę i wyprowadziłam na zewnątrz.

Następnego dnia wszedł do domu i położył się jak zwykle. Przez całe dziewięć miesięcy, które tam spędziliśmy, był to jedyny dzień, kiedy zachował się w ten sposób.

Musiał widzieć coś, czego ja nie mogłam zobaczyć. Przez cały czas jego oczy były utkwione w portrecie.

źródło: Falling Pictures and the Dog who ‘Saw’;

Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, March 1953.