Z „Jak zostałem spirytualistą”. TŁUMACZONE PRZEZ „V.”
Chociaż w ciągu trzech miesięcy, w czasie których często bywałem obecny na dwóch lub trzech seansach tygodniowo, byłem świadkiem bardzo wielu niezwykłych zdarzeń, powstrzymam się od opisywania kolejnych, gdyż to, co już przedstawiłem, wystarcza, by pokazać, ile trudu włożyłem w obserwowanie i badanie tak zwanych manifestacji spirytualistycznych oraz jak – mimo wszelkich wysiłków – zostałem zmuszony uznać prawdę i realność tych zjawisk, a także ich duchowe pochodzenie. W ten sposób mój materializm został naturalnie zburzony, a świetna idea, którą sobie uroiłem – aby stać się dobroczyńcą bliźnich, demaskując spirytualistyczne oszustwo – rozpłynęła się w powietrzu; zamiast wdzięczności zasłużyłem raczej na drwiny. Postanowiłem jednak wykonać jeszcze jeden krok, zanim ostatecznie się poddam: mianowicie urządzić kilka seansów we własnym domu, bez obecności jakichkolwiek spirytualistów ani tak zwanych mediów. Powiedziałem sobie bowiem, że jeśli te rzeczy są prawdziwe i dzieją się w tak zwanych kręgach spirytualistycznych, to muszą w równym stopniu dziać się i w moim domu, gdzie – rzecz jasna – nie mogłoby być mowy o oszustwie. Poniższe pokaże, jak błędnie – i jak nieświadomy praw rządzących tymi zjawiskami – rozumowałem.
Chcąc działać bez pomocy spirytualistów ani „kręgów”, kazałem zrobić prosty, okrągły stolik z drewna sosnowego; blat był przyklejony do wspornika, który opierał się na trzech nogach – bez użycia gwoździ czy śrub. Przy tym stole usiedliśmy we trójkę: moja żona, pan von Colomb z Poznania oraz ja. Gdy położyliśmy dłonie na stole w przyjęty sposób, pierwszego wieczoru siedzieliśmy tak przez pełne dwie godziny, aż nie mogliśmy dłużej trzymać rąk – były tak zmęczone; lecz nic, absolutnie nic się nie wydarzyło, choć pan von Colomb twierdził, że czasami czuje jakby lekkie drżenie stołu. Mieliśmy jednak sporo cierpliwości i odbyliśmy nie mniej niż dwadzieścia posiedzeń, nie uzyskując innego rezultatu niż to drżenie i sporadycznie nieznaczny ruch dłoni. W końcu jednak wyczerpała się moja cierpliwość i stanowczo odmówiłem tracenia czasu na takie głupstwo, ponieważ doszedłem już do wniosku – mimo wszystkiego, czego wcześniej byłem świadkiem – że cała sprawa musi być oszustwem: dlaczego bowiem żadne manifestacje nie zachodziły w moim domu, gdzie istniało całkowite zabezpieczenie przed podstępem, a pojawiały się tylko tam, gdzie obecni byli spirytualiści?
Moi czytelnicy, którzy znają warunki niezbędne do rozwoju mediów, mogą z uśmiechem wspomnieć moją naiwność w roszczeniach i wymaganiach wobec świata duchów; lecz dla pożytku tych, którzy zechcą przeprowadzać podobne doświadczenia w rodzinnym kręgu, wyjaśnię błąd – czy raczej niewiedzę – którą się wykazałem.
Gdy chcemy prowadzić doświadczenia w dziedzinie, w której inni osiągali wyniki pod pewnymi warunkami, powinniśmy najpierw ustalić, jakie to były warunki, a potem działać w ten sam sposób; w przeciwnym razie nie mamy podstaw, by oczekiwać wielkiego powodzenia. Ułożyłem warunki w pewnym stopniu podobne, lecz nie całkiem właściwe, toteż nie mogłem spodziewać się szybkiego korzystnego rezultatu. Powinienem był poradzić się tych, którzy mieli doświadczenie w tych sprawach i znali prawa, według których zachodzą manifestacje duchowe – jak mam postępować – lecz zamiast tego działałem całkowicie na własną odpowiedzialność i zapłaciłem za swoją głupotę, spędzając dwadzieścia nużących wieczorów, które tylko mnie zmęczyły i mogą uchodzić za czas całkowicie stracony.
Jeśli chcemy zbudować ogniwo galwaniczne, musimy połączyć elementy dodatnie i ujemne, tj. cynk i miedź, w równych proporcjach, inaczej prąd galwaniczny nie powstanie. Podobnie, jeśli pragniemy utworzyć krąg – duchową baterię magnetyczną – musimy mieć dodatnie i ujemne elementy (mężczyzn i kobiety) w równej liczbie, aby wywołać dostateczny strumień magnetyzmu duchowego. Jak już mówiłem, nasz krąg składał się z dwóch mężczyzn i jednej pani, a więc bateria (krąg) nie była właściwie skonstruowana; gdybym dodał jeszcze jedną panią, bardzo możliwe, że w ciągu dwóch lub trzech posiedzeń rozwinąłbym się jako medium, gdyż wcześniej wykazywałem oznaki posiadania zdolności mediumicznych na seansach, w których uczestniczyłem. Lecz… było to niemal niemożliwe w układzie naszego kręgu, a niepowodzenie wynikało z naszej nieznajomości koniecznych warunków.
Inną okolicznością, która działała przeciw powodzeniu – a której również nie brałem pod uwagę – był fakt, że byłem przyzwyczajony do działania jako magnetyzer, a zatem do wprowadzania się w stan dodatni, by moja wola pozostawała w aktywnym działaniu; tymczasem osoby zasiadające w kręgach spirytualistycznych powinny utrzymywać się w stanie cielesnej i umysłowej bierności.
Po tej dygresji – którą, mam nadzieję, wszyscy zamierzający eksperymentować przeczytają uważnie – przejdę teraz do opisu naszych posiedzeń. Pan von Colomb tak usilnie prosił o kontynuację, że zgodziłem się na jeszcze jedno – dwudzieste pierwsze – i oświadczyłem, że jeśli i wtedy nie będzie rezultatów, nie będę sobie już tym zawracał głowy. Podczas tego dwudziestego pierwszego posiedzenia nagle i zupełnie niespodziewanie ogarnęło mnie osobliwe uczucie: najpierw zrobiło mi się zimno, potem gorąco, po czym poczułem chłodny powiew muskający twarz i dłonie. Następnie poczułem, że moja lewa ręka „zasypia” – jak mówią ludzie na wsi – lecz doznanie było całkowicie inne niż te, które miewałem dawniej, gdy zawsze mogłem się go pozbyć, poruszając dłonią lub palcem. Tym razem ramię było jak sparaliżowane i nie miałem żadnej możliwości poruszyć ani ręką, ani palcami; czułem dokładnie, jakby ktoś inny trzymał moje ramię, i choć dłoń poruszała się szybko, nie byłem w stanie powstrzymać ruchu.
Ponieważ ruch przypominał pisanie, moja żona przyniosła papier i ołówek, które położyła na stole; wówczas moja lewa dłoń nagle chwyciła ołówek i przez kilka minut wymachiwała nim w powietrzu tak gwałtownie, że moi dwaj towarzysze musieli pochylić głowy, by uniknąć uderzenia, po czym dłoń opadła na papier z taką siłą, że złamała się końcówka ołówka.
Następnie moja ręka pozostała zupełnie nieruchoma, a ja byłem przekonany, że ani ruch, ani chwilowy jego skutek nie wynikały z mojej woli, ponieważ nie potrafiłem powstrzymać poruszania się dłoni, tak jak nie potrafiłem teraz poruszyć ramieniem, które – jak się zdawało – nie należało do mnie i było całkowicie pozbawione czucia. Kiedy jednak ołówek ponownie zastrugano i położono przede mną, moja dłoń znów go pochwyciła i zaczęła niszczyć kolejne kartki wszelkiego rodzaju znakami i zarysowaniami; aż wreszcie ruch stał się spokojniejszy i – ku naszemu zdumieniu – dłoń zaczęła podejmować próby pisania: najpierw kreski w górę, potem kreski w dół, zupełnie jak u dzieci uczących się pisać. Potem pojawiły się litery N, M, A, O itd., aż doszło do litery O, na której ołówek zatrzymał się na długo, dopóki siła kierująca ramieniem nie zdołała poruszać ołówkiem bardzo szybko po liniach poziomych. Siła ta zdawała się wówczas wyczerpana, moje ramię znieruchomiało, a ja znów poczułem chłodny prąd powietrza przechodzący przez i ponad moją dłoń – po czym zniknęło wszelkie uczucie bólu i zmęczenia.
Ponieważ wszystko się uspokoiło, zakończyliśmy posiedzenie, zadowoleni, że dowiedliśmy istnienia mocy, której nie mogliśmy ani wywołać, ani zatrzymać własną wolą; czy była ona skutkiem mesmeryzmu, działania duchów, czy nieświadomej aktywności mózgu – pozostawało wówczas kwestią nierozstrzygniętą.
Choć rezultat był błahy, nie mogliśmy spocząć, dopóki nie zobaczymy, jak będzie postępował, i dlatego wróciliśmy do posiedzenia następnego wieczoru. Nie musieliśmy długo czekać: minęło zaledwie pięć minut, gdy poczułem chłodny powiew – odczuwalny również dla moich dwojga towarzyszy – po czym natychmiast zaczęły się szybkie, często bolesne ruchy mojej lewej dłoni. W czasie tych gwałtownych poruszeń ręka wielokrotnie uderzała o krawędź stołu z taką siłą, że sądziłem, iż skóra musi być rozbita; nie pojawiło się jednak najmniejsze otarcie ani nawet utrzymujący się ból. Tak szybkie i gwałtowne ruchy dłoni są częste u większości osób, u których rozwija się mediumizm fizyczny; lecz ponieważ służą one jedynie temu, by duchy uzyskały pełną kontrolę nad dłońmi i ramionami, ustają same z siebie, gdy cel ten zostanie osiągnięty. W żadnym razie nie jest wskazane próbować je tłumić ani też, by inni próbowali je zatrzymać przez przytrzymywanie rąk, gdyż może to spowodować skręcenie lub inne uszkodzenie. Jest to odpowiedź dla wszystkich, którzy pisali do mnie z pytaniem, jak zatrzymać te ruchy.
Mój rozwój jako medium postępował teraz szybko, szczególnie gdy – idąc za radą moich amerykańskich przyjaciół – dodałem do naszego kręgu dwie panie i jeszcze jednego pana. Zacząłem pisać lewą ręką, początkowo jakby tylko dla ćwiczenia; potem zaczęły napływać wiadomości od różnych duchów, a pewnego wieczoru narysowałem ładny kosz kwiatów – podczas gdy w stanie normalnym nie potrafię nic zrobić lewą ręką, nawet pokroić jedzenia, a tym bardziej pisać; o rysowaniu zaś nie ma mowy: nie jestem do tego zdolny nawet prawą ręką.
W tym czasie byłem już całkowicie przekonany, że siła, która pisała lub rysowała przeze mnie, nie pochodziła ode mnie, lecz była skutkiem inteligencji ode mnie niezależnej, ponieważ podczas tych działań zachowywałem pełną świadomość i czułem się poruszony jedynie w lewej ręce, która przez cały czas posiedzenia zdawała się do mnie nie należeć i była używana całkowicie niezależnie od mojej woli oraz od woli moich towarzyszy. Mój umysł miał z tym tak niewiele wspólnego, że w czasie, gdy trwało pisanie, mogłem swobodnie rozmawiać z pozostałymi członkami kręgu. Przyjaciel obecny na jednym z takich posiedzeń próbował zatrzymać ruch mojej dłoni, lecz choć położył na niej obie ręce i oparł na nich cały ciężar ciała, nie potrafił przeszkodzić jej równemu i szybkiemu ruchowi – a ja nawet nie czułem nacisku.
Pewnego wieczoru podczas posiedzenia ogarnęło mnie uczucie niepowstrzymanej senności i choć czyniłem, co mogłem, nie byłem w stanie pozostać przytomny: zasnąłem, a gdy się obudziłem, byłem zdumiony, słysząc, że duch mojej przyrodniej siostry mówił przeze mnie przez pół godziny i udzielił wskazówek, jak mamy prowadzić przyszłe seanse. Ponieważ byłem zupełnie nieświadomy tego, co powiedziano – a nawet tego, że cokolwiek zostało wypowiedziane – było dla mnie jasne, że zostałem wprowadzony w stan tego, co nazywa się „transem”, i że jakiś duch posłużył się moim organizmem, jak to często widywałem na seansach z moimi amerykańskimi przyjaciółmi.
Wkrótce pojawiły się manifestacje: poruszenia stołu, stuki itp., za pomocą których udzielano odpowiedzi na pytania. We wszystkim było jasne, że zarówno pisanie, jak i stuki oraz przechylanie stołu pochodziły od mocy obdarzonej inteligencją i wolą, która nie była udziałem nikogo z obecnych. Najprostszy rozum dostrzega, że ślepa siła natury nie mogłaby rozumieć pytań ani na nie odpowiadać; dlatego gdy poprzez stuki ujawnia się inteligencja, gdy mówi się o sprawach nieznanych nikomu z obecnych w danej chwili, a stuków nie da się kontrolować wolą członków kręgu, zostajemy zmuszeni uznać działanie inteligencji i woli niezależnych od nas. Inteligencja obdarzona wolą zakłada osobowość, a taka osobowość nie może być niczym innym jak duchem. W porządku natury na ziemi i wokół niej nie ma innych bytów tego rodzaju niż duchy zmarłych ludzi; rozsądne jest więc przyjmować manifestujące się inteligencje za to, za co same się podają – mianowicie za duchy naszych zmarłych przyjaciół, którzy poprzez te manifestacje pragną przekonać nas, że prawdziwy człowiek nie umiera wraz ze śmiertelnym ciałem, lecz istnieje nadal w subtelniejszym ciele, gdy opuścił już ziemskie; oraz że w pewnych sprzyjających warunkach potrafi się z nami porozumiewać i dawać dowody swojej tożsamości.
Teraz krótko opiszę, jak dalej rozwijały się moje zdolności mediumiczne, a następnie przedstawię relacje z kilku bardzo interesujących seansów, w których uczestniczyłem lub które odbyły się w moim domu. Przeszedłem każdą fazę mediumizmu: mieliśmy stuki, przechylanie stołu, poruszanie przedmiotów, pisma mediumiczne, odpowiedzi na pytania zadawane w myśli – poprzez stuki dłonią na stole – trans, w którym często dawano najbardziej zadziwiające „testy” i prowadzono pouczające przemowy; jasnowidzenie, jasnosłyszenie, a w końcu oddzielenie mojego ducha od ciała i osobiste doświadczenie świata duchów oraz spraw duchowych, podczas gdy moje ciało leżało przez wiele godzin na sofie – zimne, sztywne i pozornie martwe.
Żadna faza rozwoju nie utrzymywała się długo bez zmian; gdy tylko osiągałem pewien stopień doskonałości w jednej z nich, tego rodzaju manifestacja ustawała i przechodziłem do następnego, wyższego etapu rozwoju, tak że w ciągu kilku lat przeszedłem od pierwszych nieświadomych ruchów dłoni do pozycji „widzącego” (seer). Dzięki własnemu widzeniu wszedłem w tak bliski kontakt ze światem duchów, że często musiałem rozważać, które z moich doświadczeń są normalne, a które nadnormalne. Poprzez to przeniknięcie do świata ducha nauczyłem się w ciągu kilku godzin więcej o prawdziwej naturze rzeczy, niż zdołałbym zdobyć przez lata studiów; a dzięki temu wglądowi w „warsztat Natury” wiele zjawisk i procesów stało się dla mnie od razu jasnych, gdyż jednym spojrzeniem mogłem rozpoznać związek między niewidzialną przyczyną a widzialnym skutkiem – i dlatego, że mogłem widzieć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, a nie takimi, jakimi wydają się naszym ograniczonym zmysłom.
Światło – czy to materialne, czy moralne – jest najlepszym reformatorem, ponieważ zapobiega tym nieporządkom, które inne środki niekiedy leczą, lecz często utrwalają.
źródło: DEVELOPMENT OF MEDIUMSHIP; A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter; March 15, 1890.