Skąpana w świetlistej szarówce, która łagodnie trwa
Po zachodnim blasku kwietniowych niebios,
Senna ćwierkanina leśnych śpiewaków,
Przecinająca ciszę jak radosne zaskoczenie,
Gdy tymczasem miękki dotyk dziecięcych palców
Wygładzał znużenie serca i oczu –
Tak stojąc wśród mych skarbów drogocennych rzeczy,
Jeden z aniołów Boga musnął mnie swymi skrzydłami.
Zawołałem: „Ach, Panie, te dzieci, które mi dałeś,
Są od Ciebie – czyż nie są bardzo dobre!
Zwiąż nas wszystkich blisko, aż śmierci więzy pękną,
Prowadź nas dalej, odzianych w łaskę niebios,
Aż bramy owego wiecznego Nieba
Przyjmą nas wraz z jaśniejącym tłumem”.
Nagle szept poruszył milczące drzewa:
„Bądź dobrej myśli – lecz musisz umrzeć i dla nich”.
Na dziecięcych twarzach zaszły mgliste zmiany,
Obce, nieznane głosy wezwały je z nocy;
Spotykaliśmy się pośród zielonych ogrodowych przestrzeni,
Gdzie wiosna wciąż przychodziła, lecz bez radości;
W końcu, poprzez piaski pustynnych krain,
Odeszły w wędrówkę i znikły sprzed mych oczu.
„O Boże!” – wołałem – „którego drogi nie są naszymi drogami,
Wypełnij pustą miarę moich dni!
Weź wszystko, co mam – cały zapas wiary i uczuć,
Wydarty z płonącej alchemii bólu;
Złoto wydobyte z owego srogiego wyżarzania –
Złóż na jakimś ołtarzu dla pożytku biednego świata,
W jakiejś dzielnej sprawie pomocy, nadziei lub uzdrowienia;
Użyj mnie całego – serca, umysłu i mózgu”.
Nagle szept poruszył milczące drzewa:
„Bądź dobrej myśli – lecz musisz umrzeć i dla tego”.
Oddalony na bok od nadziei i lęku,
Siedziałem w straszliwej ciszy wraz z moją duszą;
Przez wiele dni nie było słońca ni gwiazdy,
Myśl przygasała jak iskry z płonącego zwoju,
Jedynie jedno przetrwało wszelką wiarę i słuch:
Że Bóg wciąż żyje za niedostatkiem i żałobą,
Jakby pośród mroku biło jakieś wielkie serce,
Choć ja leżałem nieruchomo – ciasno owinięty śmiercią i wyrokiem.
Nie zauważyłem godziny przebudzenia:
Przyszło nagle i łagodnie, a jednak z nieodpartą mocą;
Nowe źródła miłości pękały w całej mojej naturze,
A przez żyły płynęło poczucie na wpół życia, na wpół światła;
Ostre, drżące prądy przenikały moje istnienie, potrząsając
Zgrzytliwą niesprawiedliwością ziemi ku wiecznej sprawiedliwości Boga,
Niosąc mnie ponad bolesną stratę i daremne skargi –
Przez Chrystusa, ku wspólnocie świętych.
Teraz – nie mając nic, a jednak posiadając wszystko –
Żyję w życiu, które nie jest moje.
Zmartwychwstały Chrystus wylewa światło i błogosławieństwo;
Dusze sprawiedliwych czerpią Życie Boże,
A przez złamane wole życiodajny prąd napiera,
Topiąc ziemski nieład w zamysł Nieba,
Aż całe Niebo i ziemia Boga zostaną na nowo związane
W jednej wielkiej miłości: „Jak On was umiłował”.
M. L. H
źródło: THE WAY OF THE SOUL; A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter; February 15, 1890.