Recenzja książki „The Occult World” A. P. Sinetta
Autor: M. A. (Oxon.)
Minęło już kilka lat, odkąd spirytualiści zostali zaskoczeni publikacją dwóch potężnych tomów autorstwa Madame Heleny Bławatskiej, zatytułowanych „Isis Unveiled” („Izyda odsłonięta”).
Ci, którzy zdołali przebrnąć przez zróżnicowaną treść tych wielkich, gęsto zadrukowanych stron – w liczbie ponad dwanaście setek – odnieśli mgliste wrażenie, że spirytyzm został tam potraktowany dość surowo, niezbyt korzystnie, a jednocześnie wysunięto wielkie i tajemnicze roszczenie w imieniu tego, co nazwano okultyzmem.
Książka ta obfitowała w materiał – tak bardzo, że można chyba słusznie powiedzieć, iż nikt nie zdołał w pełni ogarnąć jej zawartości i w pełni pojąć zamysłu autorki.
Treść wymagała uporządkowania, wiele stwierdzeń potrzebowało wyjaśnienia lub ograniczenia, a czytelnik potrzebował przewodnika, który poprowadziłby go przez gąszcz trudności napotykanych na każdej stronie.
Przede wszystkim zaś brakowało mu jakiegokolwiek konkretnego wglądu w historię i roszczenia tajemniczego Bractwa, w imieniu którego autorka wysuwała tak ogromne twierdzenia.
Wydawało się daremne dla jakiegokolwiek poszukiwacza prawdy próbować nawiązać nawet najdalszy kontakt z adeptem Zakonu, którego widzialną przedstawicielką była Madame Bławatska.
Każde pytanie spotykało się z grzeczną, lecz stanowczą odmową poddania tych twierdzeń jakiejkolwiek weryfikacji.
Bracia – owi „adepci” – przyjęliby poszukującego dopiero wtedy, gdyby ten udowodnił swoją prawdę, uczciwość i odwagę, przechodząc przez nieokreślenie długi okres prób.
Nie poszukiwali nikogo; nie obiecywali przyjąć nikogo.
Nie odrzucali jednak tych, którzy wytrwale podążali ścieżką treningu, jedyną, jak twierdzili, drogą, na której boskie moce ducha ludzkiego mogą zostać rozwinięte.
Jedynym widocznym skutkiem tego ogromnego wysiłku na rzecz „oświecenia ludzkości” było założenie w Ameryce Towarzystwa Teozoficznego – które stało się wprawdzie nieoficjalną, lecz uznaną organizacją Bractwa Okultystów.
Bracia wykorzystywali Towarzystwo jako kanał działania, lecz nie doradzali, jak ma być zarządzane, ani nie gwarantowali żadnej szczególnej pomocy poza bardzo ostrożnym zapewnieniem, że jeśli jakiekolwiek wsparcie ze strony ich Zakonu miałoby być kiedykolwiek udzielone ludzkości, to nastąpi ono przez to właśnie stowarzyszenie.
Trzeba przyznać, że była to mikroskopijna kruszyna pocieszenia, spadająca ze stołu, który Madame Bławatska tak bogato nakreśliła.
Teozofowie musieli się jednak zadowolić – lub przynajmniej milczeć.
Niektórzy z nich więc zwrócili się ku refleksji.
Jakie mieli podstawy, by wierzyć w istnienie tych Braci – adeptów, którzy rzekomo posiedli władzę nad tajemnicami natury, przewyższającą rezultaty nowoczesnej nauki?
Którzy zdobyli najgłębszą wiedzę – „Poznaj samego siebie” – i potrafili eksperymentalnie dowieść transcendentnych mocy ducha ludzkiego, przekraczających czas i przestrzeń, udowadniając istnienie duszy metodami ścisłej nauki doświadczalnej?
Jakie podstawy istniały dla takich roszczeń poza tymi, które dawało samo Towarzystwo Teozoficzne?
Przez długi czas odpowiedź była najbardziej mętna.
W końcu jednak zgromadzono pewne dowody – i oto w tej książce pan A. P. Sinnett występuje, by przedstawić wyniki własnych badań oraz, co szczególnie istotne, korespondencję z Koot Hoomim, adeptem i członkiem Bractwa, który nawiązał z nim bliższe relacje niż z kimkolwiek innym.
Listy te są niezwykle interesujące i mają znaczną wartość samą w sobie, tym większą dzięki źródłu, z którego pochodzą, oraz światłu, jakie rzucają na umysłowy stosunek owych tybetańskich pustelników do świata i jego spraw.
Dla nich bowiem świat zewnętrzny nie ma znaczenia, poza jednym celem – dopóki może przyczyniać się do udoskonalenia człowieka i nauczenia go, jak rozwijać oraz wykorzystywać własne moce.
Jednym z najczęściej zadawanych pytań przez tych, którzy skłaniali się ku studiom teozoficznym, było to, czym właściwie są owe moce okultystyczne.
Nie sposób było z „Izydy odsłoniętej” zrekonstruować żadnego jasnego systemu, popartego wystarczającymi świadectwami, który określałby, co właściwie adept ma potrafić.
Sama Madame Bławatska, choć nie rościła sobie prawa do pełnego rozwoju tych, których reprezentowała, posiadała pewne moce, które dla spirytysty wyglądały uderzająco podobnie do mediumizmu.
Z oburzeniem jednak odrzucała to porównanie.
Medium – tłumaczyła – to istota nędzna, kanał, przez który może przepływać każdy nieczysty strumień; niczym rura gazowa, przez którą na ziemię dociera gaz o bardzo niskiej mocy oświetlenia.
Okultyzm miał być źródłem czystego światła; mediumizm – mętną poświatą.
Trudno zaprzeczyć, że publiczny spirytyzm w Ameryce w tamtym czasie rzeczywiście popadł w stan, który uzasadniał poważną krytykę.
Był splamiony w oczach postronnych obserwatorów – często przez oszustwa i nieczystość, choć wśród jego uczestników wciąż znajdowały się szlachetne wyjątki.
Błędem było jednak utożsamianie tej wypaczonej formy z samą istotą spirytyzmu.
Tymczasem Bławatska twierdziła, że jeśli pragniemy prawdziwego światła, musimy stłumić mediumizm, zamknąć drzwi, przez które „duchowy włóczęga” wkracza, by nas zwodzić i niszczyć, oraz szukać prawdziwych adeptów, którzy jedyni mogą nas bezpiecznie prowadzić.
Adepci, jak utrzymywała, nie pozwalali żadnym przypadkowym duchom wejść do swojego duchowego domu.
Zachowywali klucz i trzymali intruzów z dala, dokonując cudów samodzielnie, mocą własnego ducha – cudów, wobec których zjawiska medialne bledły.
To była jedyna bezpieczna droga.
Moc ta, wrodzona każdemu człowiekowi, mogła być rozwinięta tylko w najczystszych jednostkach, i to z wielką trudnością.
Niektórzy teozofowie podjęli praktyczne próby i dowiedli, że w tych twierdzeniach tkwi jądro prawdy.
Nie wiem jednak, czy któremukolwiek udało się całkowicie oddzielić własny wysiłek od pomocy sił zewnętrznych.
Istnieje jednak pewien ważny fakt, który rzuca światło na różnicę między metodami spirytysty a okultysty:
-
Medium jest biernym odbiorcą wpływu duchowego.
-
Adept jest aktywnym twórcą, świadomie kształtującym rezultaty, które potrafi sam wywołać i których istnienie można zbadać.
Spirytyści powoli przyjmowali tę wizję zjawisk, które znali w innej postaci.
Teozofowie z kolei niewystarczająco cierpliwie i uczciwie oceniali fakty spirytystyczne.
Pan Sinnett opisuje liczne własne, wyjątkowo interesujące doświadczenia, które zasługują na uwagę.
Mogą one skłonić ludzi po obu stronach do zastanowienia się, czy nie istnieje wspólna płaszczyzna, na której mogą się spotkać.
Nie wiemy jeszcze tak wiele o działaniu ducha, byśmy mogli z pogardą odrzucać jakiekolwiek jego przejawy.
Czy jesteśmy spirytystami, czy teozofami – jakkolwiek dziwnie brzmią te etykiety – wszyscy poszukujemy dowodów na pochodzenie i cel człowieka, pragniemy zrozumieć tajemnicę życia i zgłębić tajemnicę śmierci.
Z dnia na dzień gromadzimy coraz więcej dowodów, coraz bardziej zawiłych w szczegółach.
Musimy więc szukać światła ze wszystkich źródeł – z cierpliwością, z tolerancją wobec odmiennych poglądów, z pokorą wobec ograniczonego poznania każdej jednostki.
Prawda bowiem ma wiele oblicz.
Czy to dziwne, że widzimy jej różne strony?
Czyż nie jest konieczne, by tak było?
Czyż nie możemy cierpliwie czekać na chwilę ostatecznego pojednania, gdy ujrzymy wyraźniej i zrozumiemy głębiej to, co dziś pojmujemy mgliście?
W książce pana Sinetta znajdzie się wiele treści, które pomogą tym, którzy starają się przyjąć taką właśnie postawę umysłu.
Filozofia, jaką przedstawia, jest jasno sformułowana i dostarcza bogatego materiału do refleksji.
Przytoczone fakty są opisane z naukową precyzją i muszą wywrzeć głębokie wrażenie na uważnym czytelniku.
Zarys tego milczącego bractwa, żyjącego samotnie na zboczach gór Tybetu, które poświęca się rozwiązywaniu wielkich tajemnic i niesieniu ludzkości wszelkiego możliwego dobra, jest poruszający – nawet dla sceptyka.
Jeśli są to rzeczywiście przebłyski większej prawdy, której pełnia jest nam jeszcze niedostępna, ich znaczenie trudno wyrazić słowami.
Jakkolwiek by jednak było – i choć istnieje wiele punktów, które wymagają jeszcze światła, zanim można wydać ostateczny sąd – nie ulega wątpliwości, że filozofia zawarta w książce Sinetta jest zbieżna z tą, do której doszli wielcy badacze teozofii w minionych wiekach.
Byłoby czystą arogancją dziewiętnastego wieku odrzucać ją lekkomyślnie jako niegodną uwagi tych, którzy olśnieni są „blaskiem” spirytystycznych seansów.
Fakty przytoczone w książce są co najmniej równie naukowo udokumentowane jak te, które zachodzą w ciemnych seansach czy w typowych badaniach spirytystycznych.
Listy Koot Hoomiego są pełne sugestii i zasługują na uważne studium.
Cały tom liczy jedynie 172 strony, więc nie wystawi cierpliwości czytelnika na próbę.
Każdy dobrze poinformowany spirytysta, który przeczyta tę książkę, a następnie powie, że niczego nowego się z niej nie nauczył, będzie miał przynajmniej satysfakcję, że poznał obie strony zagadnienia – a to, jak sądzę, powinno być obowiązkiem każdego uczciwego poszukiwacza prawdy.
źródło: THE CLAIMS OF OCCULTISM; (Light, Vol. 1, No. 19, June 25, 1881).