Reinkarnacja w Tybecie

REINKARNACJA W TYBECIE
Helena Pietrowna Bławatska

Europejczykom wciąż jest mało znane to, co dzieje się w Tybecie, a nawet w bardziej dostępnym Bhutanie, niż że pewna angielsko-indyjska gazeta – jedna z tych, które podają się za wszechwiedzące i nieomylnie piszą o każdym możliwym temacie – niezależnie od tego, czy rzeczywiście coś wiedzą, czy nie – wyszła z następującym, faktycznie brzemiennym w treść oświadczeniem:

„Nie jest powszechnie znane, że Deb Radża z Bhutanu, który zmarł w czerwcu ubiegłego roku, faktycznie do tej chwili pozostaje w ukryciu. Najpewniej z obawy przed niepokojami nie podano publicznie wiadomości o jego śmierci. Ten dawny i skuteczny przeciwnik naszych działań z lat 1864–65 nie żyje…
Rząd Bhutanu składa się z duchowej zwierzchności, zwanej Dharm Radżą, uważanego za inkarnację Buddy (!?), który nigdy nie umiera, oraz z cywilnego władcy, Deb Radży, w rękach którego spoczywa wszelka władza wykonawcza”.

Takie twierdzenie, oparte na niewiedzy, mogło zostać sformułowane tylko przez ludzi, którzy nie mają żadnego pojęcia o przedmiocie, o którym piszą. Można przypuszczać, że nawet chrześcijańscy autorzy wierzą w reinkarnację Buddy mniej niż buddyści z Cejlonu, i że dlatego wcale nie zaprzątają sobie głowy tym, by sprawdzać takie twierdzenia. Ale dlaczego w takim razie zajmują się w ogóle sprawą? Dlaczego głoszą taką niedorzeczność? Każdego roku rząd wydaje ogromne sumy na pozyskiwanie starych rękopisów, aby badać prawdę o religiach i narodach, i okazuje w ten sposób szacunek dla nauki o prawdzie, podczas gdy ludzie, którzy roszczą sobie prawo do zainteresowania nauką, przez lekkomyślne powtarzanie plotek i niegodne traktowanie faktów sprowadzają innych na manowce.

Aby przekazać informacje z pierwszej ręki, jakie posiadamy od naszych przyjaciół w Indiach, spróbujemy dać dokładniejszy opis, niż można go znaleźć w książkach. Nasze źródła to: po pierwsze – wykształceni lamowie; po drugie – europejski podróżnik, który nie życzy sobie, aby wymieniać jego nazwisko; i po trzecie – młody, wysoko wykształcony Chińczyk, wychowany w Ameryce, który porzucił wygody życia świeckiego i przyjemności zachodniej cywilizacji, aby poświęcić się religijnym i kontemplacyjnym trudom życia w Tybecie. Obaj ostatni panowie są członkami Towarzystwa Teozoficznego.

Właśnie otrzymaliśmy list od naszego „niebiańskiego brata”, który nigdy nie zaniedbuje okazji, by podzielić się z nami wiadomościami – list ten dotarł do nas z Dardżylingu…

W niniejszym artykule, obok obalenia dziwacznego twierdzenia, że bhutański Dharm Radża to „inkarnacja Buddy”, chcemy wskazać także na inne niedorzeczności, w które popadają niektórzy powierzchowni autorzy.

Jest faktem, że w Bhutanie najwyższy przywódca duchowy nazywany jest „inkarnacją Buddy, która nigdy nie umiera”. Sekta Dug-pa (Czerwonych Czapek) należy do sekty Nying-ma-pa, wywodzącej się jeszcze z czasów reform Tsong-kha-pa, czyli od końca XIV i początku XV wieku. Już w XI wieku lama z Tybetu wraz z praktykami bon (pradawnej religii ludowej) udał się do sekty Szammar i tam Bhutańczycy utworzyli w opozycji do gelugpów system reinkarnacji. Ale wcale nie Budda Śakjamuni jest uważany za wcielonego Dharm Radżę, lecz zupełnie inna postać, której imienia tu nie wspominamy.

Nasi znajomi Orientaliści o Tybecie, jego administracji, a zwłaszcza o religii, wiedzą tyle, co nic. Obietnice, jakie dają, a szczególnie zapewnienia rzymsko-katolickich mnichów czy dwóch lub trzech odważnych podróżników świeckich, którzy byli zupełnie niedoświadczeni i nie mieli żadnej głębszej perspektywy poznania kraju – są bezwartościowe. Misjonarze, którzy w 1719 r. dotarli do Lhasy, zdołali tam przebywać ledwie przez rok i zostali ostatecznie brutalnie wypędzeni. Od jezuitów Desideriego, Johanna Grubera i zwłaszcza ojca Della Penna roi się od najpotworniejszych niedorzeczności.

Naturalnie łatwo zrozumieć, że niepiśmienni Tybetańczycy, nieznający jeszcze obcych listów, mogliby takie listy uważać za przejawy magii, ale to wcale nie usprawiedliwia pisania o nich bzdur.

Oprócz tego kilku europejskich podróżników w ciągu ostatnich stu lat odwiedziło Tybet – Turner, Bogle, Manning – ale ich informacje są fragmentaryczne. Manning, jedyny Europejczyk, o którym wiadomo, że kiedykolwiek naprawdę spotkał w Tybecie żywego Dalajlamę, nigdy nie zdobył pełnego wglądu w tajniki życia religijnego tego kraju.

Ten, kto postawił stopę w Lhasie, zmarł, zanim zdołałby ujawnić swoje tajemnice – z podejrzanych powodów; chociaż przyznano mu, że został obdarzony pewną wiedzą przez jednego z ocalałych Nefów, czyli duchów i kosmicznych sił Körlös, nigdy jednak nie przekroczył rzeki Zangskar i klasztoru Lamajer w Phag-dal.

System lamajskich reinkarnacji rozpoczął się wraz z Tsong-kha-pa. Ów reformator nie jest inkarnacją żadnego z pięciu niebiańskich Dhyani-Buddów, jak zwykle się przypuszcza, lecz – jak się ogólnie wierzy – powstał z esencji, która została stworzona przez Śakjamuniego, kiedy ten wzniósł się ku nirwanie. Był inkarnacją Amitaby, znanego także pod imieniem Amita, czyli pod jednym z chińskich imion Buddy. Tradycja przechowana w „Gon-pa” (klasztorach lamów) mówi, że Tho-dsi Hlum-po został stworzony właśnie po to, by przechować nauki Tsong-kha-py i że w przypadku wielkich nieszczęść, gdyby jego nauki miały zaginąć, wcielałby się ponownie. Tak więc Tsong-kha-pa stworzył, jak się twierdzi, nie jedną inkarnację, lecz wszystkie inne – jako wcielenia pięciu niebiańskich Buddów i ich Bodhisattwów. Każdy z tych pierwszych pięciu stworzył po sześć inkarnacji (tj. po jednym wcieleniu z jego duchowej mądrości), a dziś istnieje ich trzydzieści – pięć Dhyani i dwadzieścia pięć Bodhisattwów.

Tsong-kha-pa, podobnie jak wielu innych reformatorów, surowo zakazał nekromancji (która do dziś praktykowana jest przez bonów, pierwotnych mieszkańców Tybetu, zmieszanych później z Czerwonymi Czapami od Szammarów). Nakazał bezwzględne posłuszeństwo wobec żółtych kapłanów, co doprowadziło do ostatecznego rozłamu między obiema sektami. W pełnym konflikcie z Gelugpami, Dugpasi (Czerwone Czapki) zaczęli się z czasem przenosić do różnych części Tybetu, głównie na pogranicza, a przede wszystkim do Nepalu i Bhutanu. Podczas gdy Gelugpowie zachowali pełną niezależność, Dugpasi pozostali jeszcze przez pewien czas pod duchową władzą najwyższych przełożonych klasztorów tybetańskich: Gong-sso Rim-bo-cza i innych. W końcu jednak Bhutańczycy zupełnie odłączyli się i zaczęli uważać się za wasali, a potem także za przeciwników Dalajlamów.

W liście, który otrzymaliśmy niedawno z Wandshy, napisano:

„W Tybecie uważa się Bhutańczyków za ‘dziką i nieoświeconą rasę’ i mówi się, że Deb Radża, który rości sobie prawo do tytułu Dalajlamy, jest ‘czerwonym lamą’ i że wszyscy jego poddani są wciąż pogrążeni w barbarzyństwie”.

Bhutańczycy sami twierdzą, że ich najstarsze lamajskie rody wywodzą się bezpośrednio od inkarnacji Tsong-kha-py – np. Tad-si Lama, Nabang-Lob-Sang, czy też inne rzekome wcielenia Amitaby bądź Buddy.

Ta hierarchia została oficjalnie ustanowiona w Lhasie dopiero w drugiej połowie XVII wieku.

Pan C.R. Markham zebrał wiele interesujących materiałów w dziele „Narratives of the Mission of George Bogle to Tibet”, które zostały później przyniesione do Europy. W jednym z fragmentów streszcza, jak sądzimy, w kilku słowach całą pomyłkę, w jaką popadają orientaliści w odniesieniu do lamajzmu i jego szczególnego systemu reinkarnacji. Stwierdza on:

„W Indiach po raz pierwszy od czasów podróży Hiuen-Thsanga buddyzm spotkał się z Tybetem, tak jak Indie spotkały się z Chinami, albo – w innej formie – jak Sri Lanka zetknęła się z Europą już wiele stuleci wcześniej. Metafizyczne spekulacje i nowe dogmaty całkowicie zniekształciły pierwotne objawienie i zmieniły je w coś innego. Tybetańczycy przejęli religię indyjską i dodali do niej swoje własne elementy. Od czasów Aśoki buddyzm w Indiach rozpowszechniał się w Cejlonie i gdzie indziej. W Tybecie natomiast powstała szczególna wiara, że Budda, w trosce o ludzkość, pozostaje obecny, wcielając się w różne formy, aby nie zejść do grobu, lecz trwać, chroniąc ludzkość. Tak ukształtowało się szczególne przekonanie, że następcy wcielonych Buddhów są koniecznością, aby przechowywać religię od samego początku”.

Na zakończenie Max Müller napisał:

„Najniższym elementem buddyjskiej reformacji był zawsze czynnik społeczny i moralny, nigdy zaś metafizyczny”.

Ów moralny kodeks był i pozostał jednym z najdoskonalszych, jakie świat poznał, i dlatego największym błogosławieństwem, jakie wniosło wprowadzenie buddyzmu do Tybetu, była właśnie jego obecność.

Ten „błogosławieństwo” jednak rozprzestrzeniło się tylko na część kraju. Nie ma wątpliwości, że czystsze i bardziej duchowe elementy buddyzmu wywarły większy wpływ niż cokolwiek innego, także wbrew wypaczeniom wprowadzonym przez misjonarzy. Niemniej jednak, nawet najbardziej popularny lamajzm Tybetu pozostaje w ostrym kontraście z surowością arhatycznego buddyzmu Indii – kontrastem tak wyrazistym, jak kontrast śniegu u stóp Himalajów i czarnych, bazaltowych mas ich szczytów.

Kilka błędnych i niezrozumianych pojęć związanych z lamajzmem chcemy w tym miejscu sprostować.

Świadectwa dowodzą, że Bhutańczycy zmuszani byli do uznania „inkarnacji”, po tym jak ich duchowieństwo w Lhasie sprawdziło i zatwierdziło ten system. Zerkając wstecz na historię tybetańskiej religii od VII wieku, kiedy rozpoczęto reformy, można stwierdzić, że w każdym stuleciu powstawał nowy lamajski „okręg” lub prowincja, która miała swoje własne twierdze i klasztory, często wywodzące się z obwarowanych sanktuariów Szammarów czy rytuałów bon. W ten sposób szerzono buddyzm, nawet wśród tych, którzy pierwotnie praktykowali dawne obrzędy.

Ale w rzeczywistości dopiero wraz z reformatorem Szakjamunim buddyzm został na dobre ukształtowany. W lamajzmie jednak, lub przynajmniej w jego bardziej ezoterycznych formach, dochodziło często do niebezpiecznego mieszania idei, prowadzącego do zafałszowania nauki.

Cztery stulecia po tym, jak Tsong-kha-pa z wielką siłą przeprowadził reformę, Tybet – poza kilkoma klasztorami Szammarów i bonów – był już całkowicie schrystianizowany na sposób buddyjski, czyli nawrócony na buddyzm ezoteryczny. Dawne pogańskie rytuały, znane jeszcze z czasów braminów w Indiach, miały odtąd ustąpić miejsca buddyzmowi Aśoki.

Bractwa ascetów – Byang-tsub, zwani „Doskonałymi” oraz „Najdoskonalszymi” – istniały jeszcze przed rozprzestrzenieniem się buddyzmu w Tybecie. Znano je również z przedbuddyjskich ksiąg chińskich, gdzie wspomina się o bractwie „Wielkich Nauczycieli z zaśnieżonych gór”.

Buddyzm wprowadzono do Bod-yul (Tybetu) na początku VII wieku dzięki pobożnej tybetańskiej księżniczce, która poślubiła króla Tybetu. Była ona gorliwą wyznawczynią bonów, lecz stała się od tego czasu podporą buddyzmu w Tybecie, podobnie jak Aśoka kilka stuleci wcześniej w Indiach. Razem ze swoim ministrem (według europejskich orientalistek – bratem), który jako pierwszy sprowadził lamów do kraju (zgodnie z tybetańskimi przekazami historycznymi), odgrywała wielką rolę. Ów minister powrócił z Indii z wielką biblioteką buddyjskich ksiąg kanonicznych, wprowadził alfabet Dewanagari do Tybetu i rozpoczął tłumaczenie sutr na język miejscowy.

Pod panowaniem tej władczyni i reformatora lamowie w Tybecie po raz pierwszy otrzymali pozwolenie, by samodzielnie ogłaszać się inkarnacjami. Był to zwyczaj, który Tsong-kha-pa zniósł, wprowadzając surowy kodeks dla lamów. Przykładowo: lama przełożony w Bhutanie miał syna, którego uznano za wcielenie.

System ten rozwinął się i zyskał coraz większe poparcie. Wkrótce zaczęto głosić, że każdy Dalajlama był inkarnacją Awalokiteśwary, Bodhisattwy współczucia. Deb Radża z Bhutanu rościł sobie podobne prawa, nazywając siebie wcieleniem Buddy, a swoich następców – synów czy bratanków – również ogłaszał jako inkarnacje. W ten sposób cały kraj napełniono duchami i reinkarnacjami, które z czasem zaczęły żyć własnym życiem i przekształciły religię w coś znacznie różnego od pierwotnych nauk buddyjskich.

Kiedy pewnemu lamie urodziło się dziecko, obiecał on ludowi, że będzie się wcielał w to dziecko. Rok po tym wydarzeniu – jak głosi religijna legenda – syn owej bhutańskiej wdowy został obdarzony trojaczkami, z których wszyscy byli chłopcami. Wśród różnych okoliczności, w jakich lamowie umieli posługiwać się kazuistyką, powstał wtedy szczególny blask dla azjatyckiej, metafizycznej sofistyki.

Od tego czasu lud uznaje Deb Radżę Bhutanu za inkarnację Buddy. Otrzymał on trzy imiona: pierwszy syn – Ciało, drugi – Serce, trzeci – Słowo, czyli „Mądrość”. Ten system hierarchii utrwalił się i zyskał szczególne znaczenie w XV wieku, gdy lama o imieniu Dukpa Shab-tung zwyciężył Gyelukpów (żółtych kapłanów) i na szczycie jednej z gór Bhutanu ustanowił własną władzę. Podbił rozległy kraj, ogłosił siebie pierwszym Dharmą Radżą, czyli Lamą Rinpocze, i ustanowił swoją „szlachetną skałę” (Edelstein) – w przeciwieństwie do dwóch „szlachetnych kamieni” Gyelukpów. Ale jego „szlachetna skała” nigdy nie osiągnęła godności majestatu, a w najlepszym razie była tylko „skałą nauki” czy „skałą mądrości”.

Wkrótce potem, po jego zwycięstwach nad żołnierzami tybetańskimi i chińskimi oddziałami, zmuszono go do przyjęcia warunku: aby rządzić Czerwonymi Czapami, musiał uzyskać zgodę, że w Lhasie zostanie uznany i że odtąd prawo będzie wymagało, by Dharm Radża zawsze był inkarnacją. Od tego czasu każdy Dharm Radża był potwierdzany w Lhasie i uznawany za najwyższą duchową władzę Bhutanu.

Kiedyś istniała też klauzula, że Dharma Radżowie powinni przynajmniej raz w roku wystawiać na pokaz swoje inkarnacyjne objawienia w Lhasie; inna, że rząd miał płacić corocznie daninę utrzymującą lamajskie klasztory; i wreszcie trzecia, że jeden z najwyższych lamów musiał stale rezydować w Bhutanie jako przedstawiciel władzy duchowej Szammarów i Czerwonych Czapek.

Że Bhutańczycy musieli to długo znosić, mimo iż byli najzawziętszymi i najzawzięciejszymi przeciwnikami Czerwonych Czapek, dowodzi fakt, że lama Dukpa Shab-tung został zrehabilitowany i że aż do dziś Dharma Radżowie wędrują między Lhasą a Bhutanem i są uznawani oraz powoływani przez władze duchowe Lhasy.

Ale ci lamowie mają znaczenie wyłącznie jako duchowi przywódcy, podczas gdy cała administracja i rządy znajdują się całkowicie w rękach Deb Radży i jego Pen-lobów (urzędników świeckich), których angielskie i indyjskie gazety często mylą, nazywając ich namiestnikami Lhasy.

Zakończenie

Z powyższego jasno wynika, że Dharm Radża nie jest inkarnacją Buddy w sensie ścisłym. Wyrażenie, że „nigdy nie umiera”, należy rozumieć tylko w odniesieniu do dwóch wielkich inkarnacji równorzędnych – Dalajlamy i Taszi-Lamy. Obie są inkarnacjami Buddy, przy czym pierwsza uważana jest ogólnie za wcielenie Awalokiteśwary, najwyższego z niebiańskich Dhyani, a druga – za wcielenie Amitabhy.

Ten, kto zrozumie tę tajemną naukę, łatwo rozwiąże gordyjski węzeł kolejnych reinkarnacji. Wie on bowiem, że Awalokiteśwara i Budda są jednością – podobnie jak Amitabha jest z nimi tożsamy. Czego naucza mistyczna doktryna Phag-pa, czyli „Świętych Mężów” (adeptów), tego światowi w całości nie wolno jeszcze ujawnić.

źródło: REINKARNACJA W TYBECIE Helena Pietrowna Bławatska; Neue Metaphysische Rundschau – Band XVII 1910.