Pomocnicy z „Tamtej Strony”
Jak należy przyjmować takich gości
autor: FREDERIKA QUANJER, Haga, Holandia
Gdyby ktoś zapytał mnie, w jakim konkretnie momencie życia stałam się spirytystką, nie byłabym w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Nie zdając sobie z tego sprawy, spirytyzm musiał działać we mnie na długo, zanim w ogóle o nim usłyszałam. Świadomość dalszego istnienia po zakończeniu naszego życia na ziemskim planie zdawała się towarzyszyć mi od zawsze i umacniała się, gdy odchodzili ci, którzy byli mi bliscy. Jak mogłyby bezlitośnie zostać zerwane najintymniejsze więzi? Z biegiem lat rosło przekonanie, że Stwórca nigdy nie zniszczy tego, co tak wspaniale powołał do istnienia. Dziecko buduje z klocków domy, by potem, z okrzykiem radości, je zburzyć. Żaden rozsądny dorosły człowiek nawet by nie pomyślał o czymś takim; a cóż dopiero Ojciec Wszystkich, który zaplanował doskonałość dla wszystkiego, co stworzył.
A jednak w moim życiu był pewien bardzo mroczny okres. Gdy byłam całkiem młoda, nagle ogarnął mnie lęk przed śmiercią. W tamtym momencie nic nie uzasadniało tego strachu, a jednak był – i czułam się jak schwytana w żelazny uścisk, z którego nie ma uwolnienia. Nigdy nie wspominałam o swoich lękach innym. Małe dzieci bywają powściągliwe, gdy chodzi o śmierć, a ja nie mogłam znieść myśli, że mogłabym kogoś przestraszyć. Ilekroć widziałam starszych ludzi, odczuwałam impuls, by krzyknąć: „Jesteście tacy starzy! Nie możecie żyć już długo! Czy nie boicie się – straszliwie nie boicie?”
Chociaż nie zostało to nigdy ujęte w słowa, a więc nikt nie próbował ze mną dyskutować, moje lęki minęły równie nagle, jak się pojawiły. To wpływ życia rodzinnego przyniósł mi z powrotem spokój, kładąc kres najgwałtowniejszej walce, jaka być może potrafi rozpętać się w duszy dziecka. Jak objawienie przyszła myśl, że jeśli ziemski ojciec bywa dobry i kochający, to Ojciec Niebieski z pewnością jest taki w najwyższym stopniu. Skoro tak, nic strasznego nie może wydarzyć się po śmierci. Przywilejem młodości jest wyciąganie szybkich wniosków i strząsanie trosk oraz zmartwień. Tamto doświadczenie jednak nie zostało zapomniane i z pewnością doprowadziło do pełniejszej miary wiary.
Nie ma miejsca na strach
Choć byłam przekonana, że życie trwa dalej w innych sferach, dopiero znacznie później w życiu zetknęłam się z prawdziwymi spirytystami. Owszem, mówiono mi o możliwości porozumiewania się z tymi, którzy odeszli, lecz sposób, w jaki twierdzono, że się to odbywa, nie przemawiał do mnie. Opowiadano budzące dreszcz historie – im bardziej „przerażające”, tym lepiej, jakby to miało stanowić ich główną wartość. Prawdziwy spirytyzm nie pozostawia miejsca na strach ani na cokolwiek, co budzi dreszcz grozy. Przeciwnie: prowadzi do głębszej wiary w Boga, do intensywnej radości życia, eliminując wszelki lęk przed śmiercią.
My, którzy nazywamy siebie spirytystami, nie powinniśmy ani przez chwilę zapominać, jak wielka odpowiedzialność na nas spoczywa. Nie rozpowszechniajmy opowieści, za których prawdziwość nie możemy ręczyć, w pragnieniu nawracania innych. Spirytyzm nigdy nie został nam dany w tym celu. To, co możemy zrobić, to pomagać i pocieszać pogrążonych w żałobie, którzy wyciągają po to ręce.
Niech więc wszystkie nasze czyny świadczą o naszej wiedzy, że Miłość panuje triumfalnie, że Miłość trwa niewzruszenie na wieki, że przeżywa śmierć i grób – że nie możemy w to wątpić, skoro wierzymy w kochającego Ojca i w żywego Chrystusa.
Zbyt często postawa tak zwanych spirytystów bywa daleka od powagi i godności. Rozpowszechnia się głupie historie o manifestacjach duchów i o tym, że rzekomo możemy przywoływać duchy z powrotem na ziemię. Myśl, że ktokolwiek miałby próbować czegoś takiego, jest odrażająca; co więcej, jest niegodziwa i pozbawiona serca. Dzięki Bogu, nie jest to prawdą. Nikt z nas nie może nigdy zmusić ducha zmarłego do powrotu na ziemię. To seanse tego rodzaju spowodowały tyle nieporozumień i były tak szkodliwe dla sprawy prawdziwego spirytyzmu.
Jeśli mamy czynić prawdziwy postęp, powinniśmy iść naprzód ostrożnie i z czcią, uzbrojeni w dany nam zdrowy rozsądek. Powinna być też wątpliwość – uczciwa wątpliwość – która prowadzi do głębszego, niezależnego badania faktów. Nie jest właściwe bezkrytycznie przyjmować wszystkiego, co rzekomo przychodzi do nas ze świata duchów.
Po otrzymaniu pierwszych kilku przekazów większość z nas, spirytystów, odczuwała nienasycone pragnienie kolejnych – zwłaszcza na pierwszym etapie. Być może to po prostu ludzkie. Właśnie wtedy musimy mieć się na baczności. Jeśli uczestniczymy w licznych posiedzeniach, chodząc raz tu, raz tam, nieuniknionym rezultatem będzie to, że otrzymamy wszelkiego rodzaju sprzeczne komunikaty. I co potem? W dziewięciu przypadkach na dziesięć przyjdzie głębokie zniechęcenie, a nawet możliwe stanie się odwrócenie od spirytyzmu ze słowami: „Jaki to ma sens, skoro nie możemy być pewni prawdziwości przekazów?”
Spirytyzm jest w porządku – lecz w większości przypadków my sami nie. I to jest problem… Wszyscy wiemy zresztą, że podobne przyciąga podobne. Nigdy nie powinniśmy o tym zapominać. Dostajemy tylko to, na co zasługujemy, i musimy walczyć z samymi sobą, zanim w ogóle będziemy mogli mieć nadzieję na jakiekolwiek postępy.
Są tacy, którzy sądzą, że jeśli tylko skonsultują się z medium, komunikacja duchowa nastąpi natychmiast i na ich zawołanie. Szybko przekonają się o swoim błędzie.
Ziemia święta
Jak to możliwe, że nie uświadamiamy sobie, iż zanim w ogóle spróbujemy „zasiąść” do posiedzenia, powinniśmy najpierw wiedzieć coś o tej świętej ziemi, po której chcemy stąpać? Czy zdajemy sobie sprawę, na jakie ryzyko się narażamy, wpadając na oślep w labirynt, którego ścieżki i zakręty są nam nieznane? Czy jesteśmy przekonani, że spirytyzm to nie rzecz, z którą można igrać, lecz część wielkiego Bożego planu wszechświata?
Nasi pomocnicy są zawsze przy nas – niezależnie od tego, czy ich odczuwamy, czy nie – lecz bardzo często to nasz własny brak zaufania zamyka im dostęp do naszych serc. Czy zawsze zdajemy sobie sprawę, jak wiele rozczarowania możemy sprawić tym cierpliwym istotom, po prostu ignorując ich obecność? Któż wie, jakie trudności musiały pokonać? Jeśli wzniesiemy wokół siebie wysoki mur, jak możemy oczekiwać, że w ogóle zdołają się do nas zbliżyć?
Pomyślmy tylko o niezliczonych dowodach ich bliskości, jakie otrzymujemy, nawet bez uczestnictwa w jakichkolwiek „seansach”. Widzialni i namacalni przychodzą do nas poprzez autentyczny mediumizm innych; ale są też chwile – być może w spokojnym półmroku albo gdy wchodzimy w ciszę – kiedy ogarnia nas głębokie poczucie czci. Z zapartym tchem słuchamy, gdy szepczą nam do ucha swoje przesłania, gdy ich delikatny dotyk przynosi pocieszenie. Wtedy czujemy, że takie momenty są święte – i że naprawdę komunikujemy się z tymi ukochanymi, za których fizyczną obecnością mogliśmy długo tęsknić. Pomoc przychodzi w najbardziej nieoczekiwany sposób.
Czy nigdy nie czułeś, że w niebezpieczeństwie byłeś chroniony i osłaniany? Są tacy, którzy mówią, że znaczna część ludzkości musi pozostawać bez ochrony z tamtej strony, oraz że w wielkim planie wszechświata musi być dużo niesprawiedliwości, stronniczości i okrucieństwa, skoro tak wielu ludzi cierpi. Wskazują na wszystkie wojny, które się toczą, na wypadki, które się zdarzają, na katastrofy pustoszące ziemię. Zapominają jednak, że istnieje coś takiego jak prawo przyczyny i skutku; że Bóg – kochający Ojciec Wszystkich – nie może pozwolić na manipulowanie swoimi prawami.
Gdy oczekujemy ziemskich gości, porządkujemy pokoje i sprawiamy, by wyglądały odświętnie. Potem wychodzimy naprzód z uśmiechem, aby powitać naszych przybyszów.
Otwórzmy więc na oścież drzwi i okna naszych dusz i serc. Pozwólmy, aby światło wlało się do środka, i poczujmy, że strumieniami nadchodzi długi, nieprzerwany łańcuch radosnych gości – gotowych podnieść nas na duchu, czekających na rozpoznane ponowne spotkanie.
źródło: HELPERS FROM THE „OTHER SIDE”; Light on Spiritualism and Psychical Research December 15 1933.