„Często o tym słyszałem, lecz dotąd nigdy w to nie wierzyłem:
istnieją ludzie, którzy potężnymi zaklęciami
naginają prawa Natury do swych nieprawych celów”.
– Milton
W dziale korespondencji bieżącego numeru kilka listów świadczy o silnym wrażeniu, jakie na niektórych czytelnikach wywarł nasz artykuł z poprzedniego miesiąca zatytułowany „Okultyzm praktyczny”. Listy te w znacznej mierze potwierdzają i wzmacniają dwa logiczne wnioski.
Po pierwsze, istnieje więcej ludzi dobrze wykształconych i myślących, którzy wierzą w istnienie okultyzmu oraz magii – dwóch rzeczy bardzo się od siebie różniących – niż przypuszczają współcześni materialiści.
Po drugie, większość tych wierzących, wśród których znajduje się wielu teozofów, nie posiada jasno określonego wyobrażenia o naturze okultyzmu i miesza go z naukami tajemnymi w ogólności, włączając w to także „czarną sztukę”.
Ich wyobrażenia o mocach, jakie okultyzm miałby nadawać człowiekowi, oraz o środkach służących ich zdobyciu są równie liczne i różnorodne, jak fantazja samych ludzi.
Jedni sądzą, że wystarczy znaleźć mistrza tej sztuki, który wskaże drogę, aby zostać Zanoni. Inni uważają, że człowiek musi jedynie przepłynąć Kanał Sueski i udać się do Indii, aby rozkwitnąć tam jako nowy Roger Bacon albo nawet hrabia Saint-Germain.
Wielu za swój ideał maga uważa Fausta z jego wiecznie odnawiającą się młodością, niewiele troszcząc się o cenę, jaką zapłaciła za nią jego dusza.
Niemało osób myli czystą i prostą „czarownicę z Endor” z okultyzmem – wywołuje ziewającego ducha z stygijskiego mroku i na mocy tego osiągnięcia pragnie być uznawane za pełnoprawnych adeptów.
Jeszcze inni wyobrażają sobie, że „magia ceremonialna”, zgodna z zasadami szyderczo przedstawionymi przez Éliphasa Léviego, stanowi odmianę filozofii dawnych arhatów.
Krótko mówiąc, pryzmaty, przez które okultyzm ukazuje się osobom nieznającym jego filozofii, są tak wielobarwne i różnorodne, jak tylko potrafi uczynić je ludzka fantazja.
Kandydaci do mądrości i mocy
Czy kandydaci do mądrości i mocy oburzą się bardzo, gdy usłyszą nagą prawdę?
Nie tylko pożyteczne, lecz wręcz konieczne stało się wyprowadzenie większości z nich z błędu, zanim będzie za późno.
Prawdę tę można wyrazić w kilku słowach:
Wśród setek gorliwych ludzi Zachodu, którzy nazywają siebie „okultystami”, nie ma nawet pół tuzina takich, którzy posiadaliby choćby przybliżone, prawidłowe pojęcie o naturze nauki, nad którą pragną zapanować.
Z nielicznymi wyjątkami wszyscy znajdują się na drodze prowadzącej ku czarnoksięstwu.
Niech najpierw przywrócą pewien porządek w chaosie panującym w ich umysłach, zanim zaprotestują przeciwko temu stwierdzeniu.
Niech najpierw poznają prawdziwą relację między naukami tajemnymi a okultyzmem oraz różnicę między nimi, a dopiero potem – jeżeli nadal będą uważali, że mają rację – niech się oburzają.
Tymczasem niech dowiedzą się, że okultyzm różni się od magii i innych nauk tajemnych tak, jak chwalebne Słońce różni się od marnego kaganka; tak jak niezmienny i nieśmiertelny duch człowieka – odbicie absolutnego, bezprzyczynowego i niepoznawalnego Wszystkiego – różni się od śmiertelnej gliny, czyli ludzkiego ciała.
Język Zachodu a pojęcia okultystyczne
Na wysoko cywilizowanym Zachodzie, gdzie ukształtowały się języki nowożytne i powstawały nowe słowa śladem nowych idei i myśli – jak dzieje się w przypadku każdego języka – im bardziej języki te materializowały się w zimnej atmosferze zachodniego egoizmu i jego nieustannej pogoni za dobrami tego świata, tym mniej odczuwano potrzebę tworzenia nowych określeń dla rzeczy, które po cichu zaczęto uważać za całkowicie niewiarygodne i odrzucać jako „przesąd”.
Takie słowa mogły odpowiadać jedynie ideom, których człowiek wykształcony raczej nie powinien przechowywać w swoim umyśle.
„Magia” stała się synonimem kuglarstwa; „czarnoksięstwo” – odpowiednikiem prostackiej ignorancji; a „okultyzm” – żałosną pozostałością po szalonych średniowiecznych filozofach ognia, jak Jakub Böhme i Saint-Martin.
Są to określenia pogardliwe, używane zazwyczaj jedynie w odniesieniu do odpadków i pozostałości ciemnych wieków oraz poprzedzających je epok pogaństwa.
Nie posiadamy więc w języku angielskim terminów pozwalających dokładnie określić i zróżnicować takie niezwykłe moce albo nauki prowadzące do ich zdobycia – z precyzją możliwą w językach Wschodu, zwłaszcza w sanskrycie.
Cud i zaklęcie
Jakie znaczenie przekazują słuchającym słowa „cud” i „zaklęcie” – wyrazy ostatecznie wyrażające tę samą ideę?
Oba sugerują dokonywanie niezwykłych rzeczy przez łamanie praw natury, jak wyjaśniają to uznane autorytety.
Chrześcijanin – łamiąc, a raczej zawieszając „prawa natury” – wierzy stanowczo w cuda, o których mówi się, że zostały dokonane przez Boga za pośrednictwem Mojżesza.
Jednocześnie wyśmiewa zaklęcia dokonywane przez magów faraona albo przypisuje je diabłu.
W tym drugim przypadku nasi pobożni przeciwnicy łączą okultyzm z magią, podczas gdy ich bezbożni przeciwnicy – niewierzący – wyśmiewają Mojżesza, magów i okultystów, a zarazem zarumieniliby się, gdyby mieli poświęcić choć jedną poważną myśl podobnemu „przesądowi”.
Dzieje się tak dlatego, że nie istnieje żaden termin, który ukazywałby różnicę; nie ma słów pozwalających wyrazić światła i cienie ani wyznaczyć linii podziału między tym, co wzniosłe i prawdziwe, a tym, co niedorzeczne i śmieszne.
To ostatnie stanowią teologiczne interpretacje, które nauczają o „łamaniu praw Natury” przez człowieka, Boga albo diabła. Pierwsze natomiast to naukowe „cuda” i zaklęcia Mojżesza oraz magów, dokonywane zgodnie z prawami Natury, ponieważ zarówno jedni, jak i drudzy zostali wtajemniczeni w całą mądrość sanktuariów, będących „królewskimi towarzystwami” tamtych czasów – a więc w prawdziwy OKULTYZM.
To ostatnie słowo z pewnością wprowadza w błąd, jeśli tłumaczyć je wyłącznie na podstawie złożonego wyrażenia Gupta-Vidya, czyli „Wiedza Tajemna”. Lecz wiedza o czym? Niektóre terminy sanskryckie mogą nam tu pomóc.
Cztery rodzaje wiedzy ezoterycznej
W egzoterycznych Puranach wymienia się cztery – spośród wielu innych – nazwy różnych rodzajów wiedzy lub nauk ezoterycznych.
1. Yajna-Vidya
Yajna-Vidya oznacza wiedzę o mocach okultystycznych wzbudzanych w Naturze przez wykonywanie określonych ceremonii i rytuałów religijnych.
2. Mahavidya
Mahavidya, czyli „wielka wiedza”, oznacza magię kabalistów oraz kultu tantrycznego, często będącego czarnoksięstwem najgorszego rodzaju.
3. Guhya-Vidya
Guhya-Vidya oznacza wiedzę o mistycznych mocach tkwiących w dźwięku – eterze – a zatem w mantrach, czyli śpiewanych modlitwach lub zaklęciach, zależnych od rytmu i melodii.
Innymi słowy, jest to działanie magiczne oparte na znajomości sił Natury i ich wzajemnych zależności.
4. Atma-Vidya
Atma-Vidya jest terminem tłumaczonym przez orientalistów po prostu jako „wiedza o duszy”, czyli prawdziwa mądrość. W rzeczywistości oznacza jednak znacznie więcej.
Atma-Vidya jako prawdziwy okultyzm
Ten ostatni rodzaj jest jedyną formą okultyzmu, do której powinien dążyć każdy teozof podziwiający Światło na Ścieżce i pragnący być mądrym oraz bezinteresownym.
Wszystkie pozostałe należą do jakiejś gałęzi „nauk okultystycznych”, czyli sztuk opartych na poznaniu ostatecznej istoty wszystkich rzeczy należących do królestw Natury – minerałów, roślin i zwierząt – a zatem odnoszących się do sfery natury materialnej, niezależnie od tego, jak niewidzialna może być jej istota i jak bardzo wymykała się dotąd badaniom nauki.
Alchemia, astrologia, fizjologia okultystyczna i chiromancja istnieją w Naturze, a nauki ścisłe – być może tak nazywane dlatego, że w naszej epoce paradoksalnych filozofii są ich przeciwieństwem – odkryły już niemało tajemnic tych sztuk.
Jednak jasnowidzenie, symbolizowane w Indiach jako Oko Śiwy, a w Japonii nazywane Nieskończonym Widzeniem, nie jest hipnotyzmem – bezprawnym dzieckiem mesmeryzmu – i nie można go zdobyć za pomocą takich sztuk.
Wszystkie pozostałe można opanować i osiągnąć dzięki nim rezultaty – dobre, złe albo obojętne. Jednak Atma-Vidya przywiązuje do nich niewielką wagę.
Obejmuje je wszystkie i może nawet sporadycznie się nimi posługiwać, lecz czyni to dopiero po oczyszczeniu ich z nieczystości, dla celów dobroczynnych i z troską o odebranie im wszelkiego pierwiastka samolubnej pobudki.
Wiedza bez moralności
Wyjaśnijmy to.
Każdy mężczyzna i każda kobieta mogą podjąć studia nad jedną albo wszystkimi wymienionymi „sztukami okultystycznymi” bez większego wcześniejszego przygotowania, a nawet bez przyjmowania szczególnie ograniczającego sposobu życia.
Można nawet zrezygnować z przestrzegania wysokich norm moralnych.
W takim przypadku oczywiście istnieje dziesięć szans na jedną, że uczeń rozwinie się w całkiem sprawnego czarnoksiężnika i runie głową naprzód w czarną magię.
Lecz jakie ma to znaczenie?
Voodoo i Dugpowie jedzą, piją i weselą się nad hekatombami ofiar składanych ich piekielnym sztukom.
Tak samo czynią sympatyczni panowie wiwisekcjoniści oraz utytułowani „hipnotyzerzy” z wydziałów medycznych. Jedyna różnica między obiema grupami polega na tym, że Voodoo i Dugpowie są świadomymi, natomiast załoga Charcota i Richeta – nieświadomymi czarnoksiężnikami.
Skoro obie grupy muszą zebrać owoce swoich prac i osiągnięć w czarnej sztuce, zachodni praktycy nie powinni oczekiwać, że spotka ich kara i zła sława pozbawione wszelkich korzyści oraz przyjemności, jakie mogą z niej czerpać.
Powtarzamy więc raz jeszcze: hipnotyzm i wiwisekcja, praktykowane w takich szkołach, są czystym i prostym czarnoksięstwem – tyle że pozbawionym wiedzy, którą posiadają Voodoo i Dugpowie, a której żaden Charcot ani Richet nie zdoła zdobyć nawet po pięćdziesięciu latach badań i obserwacji eksperymentalnych.
Ostrzeżenie dla eksperymentatorów
Niech więc ci, którzy pragną igrać z magią – niezależnie od tego, czy rozumieją jej naturę, czy też nie – lecz uważają narzucone uczniom reguły za zbyt surowe i dlatego odsuwają Atma-Vidyę, czyli okultyzm, na bok, obchodzą się bez niej.
Niech za wszelką cenę staną się magami, nawet jeśli przez następne wcielenia mieliby stać się Voodoo i Dugpami.
Największe zainteresowanie naszych czytelników skupi się jednak prawdopodobnie na tych, których nieprzezwyciężenie pociąga „okultyzm”, lecz którzy nie rozpoznali jeszcze prawdziwej natury tego, ku czemu dążą, ani nie zapanowali nad namiętnościami, a tym bardziej nie stali się bezinteresowni.
Ludzie rozdarci między sprzecznymi siłami
Zapytają nas zapewne:
Co z tymi nieszczęśnikami, którzy są w ten sposób rozdzierani przez sprzeczne siły?
Zostało już powiedziane zbyt często, by wymagało powtórzenia – a sam fakt jest oczywisty dla każdego obserwatora – że kiedy pragnienie okultyzmu naprawdę obudziło się w ludzkim sercu, człowiek nie znajduje już nadziei na spokój, miejsca odpoczynku ani pociechy w całym świecie.
Nieustannie trawiący niepokój wypędza go na dzikie i opustoszałe obszary życia. Nie potrafi go uciszyć.
Jego serce jest zbyt pełne namiętności i samolubnych pragnień, aby pozwolić mu przejść przez Złotą Bramę. Nie może odnaleźć spoczynku ani pokoju w zwyczajnym życiu.
Przypisy
Yajna – według braminów istnieje od wieczności, ponieważ wywodzi się z Najwyższego, w którym pozostawała uśpiona „od bezpoczątkowego czasu”. Jest kluczem do Traividya, czyli potrójnej świętej nauki zawartej w hymnach Rygwedy, która uczy o Yajna, czyli tajemnicach ofiarnych. Yajna istnieje przez cały czas jako niewidzialna rzecz i przypomina ukrytą moc elektryczności w maszynie, wymagającą jedynie działania odpowiedniego aparatu, aby mogła się ujawnić. Ma rozciągać się od Ahavaniya, czyli ognia ofiarnego, aż do niebios, tworząc most lub drabinę, za pomocą której ofiarnik może komunikować się ze światem bogów i duchów, a nawet wznieść się za życia do ich siedzib.
Yajna jest formą Akaszy, a mistyczne słowo wprawiające ją w istnienie i wymawiane mentalnie przez wtajemniczonego kapłana jest Zaginionym Słowem, które otrzymuje MOC WOLI.
Czy musi więc nieuchronnie popaść w czarnoksięstwo i czarną magię, gromadząc w ten sposób dla siebie straszliwą karmę na wiele kolejnych wcieleń? Czy nie ma dla niego żadnej innej drogi?
Owszem, odpowiadamy – istnieje.
Niech nie dąży wyżej, niż pozwalają mu jego własne możliwości. Niech nie bierze na siebie ciężaru zbyt wielkiego, by mógł go unieść.
Nie stając się nigdy Mahatmą, Buddą ani Wielkim Świętym, niech studiuje filozofię oraz „naukę duszy”. Może wówczas stać się jednym ze skromnych dobroczyńców ludzkości, nie posiadając żadnych „nadludzkich” mocy.
Siddhi, czyli moce Arhatów, przeznaczone są jedynie dla tych, którzy potrafią „prowadzić życie”, podporządkować się straszliwym wyrzeczeniom wymaganym przez takie przygotowanie i wypełnić je co do litery.
Niech od razu dowiedzą się i zawsze pamiętają, że prawdziwy okultyzm albo teozofia oznacza:
„Wielkie wyrzeczenie się JA”
– bezwarunkowe i całkowite, zarówno w myśli, jak i w działaniu.
Jest to altruizm, który usuwa tego, kto go praktykuje, z rachunku żyjących. „Nie dla siebie, lecz dla świata żyje” – skoro tylko oddał się tej pracy.
W pierwszych latach próby wiele rzeczy zostaje mu wybaczonych. Lecz gdy tylko zostaje „przyjęty”, jego osobowość musi zaniknąć, a on sam powinien stać się jedynie dobroczynną siłą Natury.
Od tej chwili otwierają się przed nim dwa bieguny i nie istnieje między nimi żadne miejsce pośredniego spoczynku.
Musi albo mozolnie wspinać się krok po kroku – często poprzez liczne wcielenia i bez żadnej przerwy dewaczanicznej – po złotej drabinie prowadzącej ku stanowi Mahatmy, czyli Arhata lub Bodhisattwy, albo pozwoli sobie ześlizgnąć się z niej przy pierwszym fałszywym kroku i stoczy się w dół, ku Dugpaship, czyli stanowi czarnego maga.
Niebezpieczeństwo fałszywego tłumienia namiętności
Wszystko to pozostaje albo nieznane, albo całkowicie pomijane.
Ten, kto potrafi śledzić cichy rozwój początkowych aspiracji kandydatów, często odkrywa, że ich umysły stopniowo opanowują osobliwe idee.
Są tacy, których zdolność rozumowania została tak wypaczona przez obce wpływy, że wyobrażają sobie, iż namiętności zwierzęce można do tego stopnia uszlachetnić i wznieść, aby ich gwałtowność, siła i ogień – że tak powiem – zostały skierowane do wewnątrz.
Sądzą, że można je przechowywać i zamykać w piersi, dopóki ich energia nie zostanie zużyta, lecz zwróci się ku wyższym i świętszym celom. Innymi słowy wierzą, że ich zbiorowa, niewyczerpana siła umożliwi człowiekowi wejście do prawdziwego Sanktuarium Duszy i stanie tam w obecności Mistrza – Wyższej Jaźni.
W tym celu nie zamierzają walczyć ze swoimi namiętnościami ani ich niszczyć. Silnym wysiłkiem woli stłumią jedynie dziki płomień i zamkną go we własnej naturze, pozwalając ogniowi tlić się pod cienką warstwą popiołu.
Z radością poddają się torturze młodego spartańskiego chłopca, który pozwolił lisowi pożreć swoje wnętrzności, zamiast rozstać się ze zwierzęciem.
O, biedni, ślepi marzyciele!
Obraz zanieczyszczonego sanktuarium
Równie dobrze można mieć nadzieję, że grupa pijanych kominiarzy, brudnych i ociekających sadzą po pracy, zostanie zamknięta w sanktuarium wyłożonym czystym, białym płótnem, a zamiast zabrudzić je i zamienić w stertę zanieczyszczonych szmat, stanie się panami świętej komnaty i ostatecznie wyjdzie z niej równie nieskalana jak ona sama.
Dlaczego nie wyobrazić sobie, że tuzin skunksów zamkniętych w czystej atmosferze klasztoru – Dgon-pa – wyjdzie z niego nasycony wszystkimi wonnościami używanych tam kadzideł?
Dziwne wypaczenie ludzkiego umysłu!
Czy może być inaczej? Rozważmy to.
Wyższa Jaźń i dusza ludzka
„Mistrzem” w Sanktuarium naszych dusz jest Wyższa Jaźń – boski duch, na którym opiera się świadomość człowieka i z którego wyłącznie się wywodzi, przynajmniej podczas jego śmiertelnego życia.
Zgodziliśmy się nazywać tę świadomość duszą ludzką, czyli „duszą duchową” jako nośnik ducha.
Ta pierwsza – osobowa, ludzka dusza – w swojej najwyższej formie składa się z duchowych aspiracji, woli i boskiej miłości. W najniższej natomiast zawiera pragnienia zwierzęce i ziemskie namiętności, przekazywane jej przez związki z jej nośnikiem, siedliskiem wszystkich tych elementów.
Stanowi ona zatem ogniwo i pośrednika między zwierzęcą naturą człowieka, którą wyższy rozum stara się opanować, a boską naturą duchową, ku której człowiek ciąży, ilekroć zdobywa przewagę w walce z wewnętrznym zwierzęciem.
To ostatnie jest instynktowną „duszą zwierzęcą” i siedliskiem tych namiętności, które – jak właśnie pokazano – niektórzy nierozważni entuzjaści usypiają, zamiast je unicestwić i zamknąć w piersi.
Czy nadal mają nadzieję przemienić w ten sposób błotnisty strumień zwierzęcego ścieku w krystaliczne wody życia?
Gdzie i na jakim neutralnym gruncie można uwięzić te namiętności, aby nie oddziaływały na człowieka?
Ogniste namiętności miłości i pożądania nadal pozostają żywe i pozwala się im trwać w miejscu ich narodzin – w tej samej duszy zwierzęcej.
Zarówno wyższe, jak i niższe części „duszy ludzkiej”, czyli umysłu, pozostają ściśle splecione, choć nie mogą uniknąć skażenia przez takie sąsiedztwo.
Umysł jako pośrednik
Wyższa Jaźń, czyli Duch, jest równie niezdolna do przyswojenia takich uczuć, jak woda do zmieszania się z oliwą albo nieczystym, płynnym łojem.
Tak więc to jedynie umysł – jedyne ogniwo i pośrednik między człowiekiem ziemskim a Wyższą Jaźnią – nieustannie znajduje się w niebezpieczeństwie ściągnięcia w dół przez namiętności, które mogą zostać w każdej chwili ponownie rozbudzone, i pogrążenia się w otchłani materii.
Jak umysł mógłby kiedykolwiek dostroić się do boskiej harmonii najwyższej Zasady, skoro harmonia ta zostaje zniszczona przez samą obecność w sanktuarium takich zwierzęcych namiętności?
Jak może zwyciężyć harmonia, gdy dusza zostaje splamiona i rozproszona przez zgiełk namiętności oraz ziemskich pragnień zmysłów cielesnych, a nawet „człowieka astralnego”?
Człowiek astralny
Ów „Astralny” – cienisty sobowtór obecny zarówno w zwierzęciu, jak i w człowieku – nie jest towarzyszem boskiego Ego, lecz ziemskiego ciała.
Stanowi więź między osobową Jaźnią, niższą świadomością Manasu, a ciałem. Jest nośnikiem przemijającego, a nie nieśmiertelnego życia.
Jak cień rzucany przez człowieka, podąża niewolniczo i mechanicznie za jego ruchami i impulsami, a zatem skłania się ku materii bez wznoszenia się ku Duchowi.
Dopiero wtedy, gdy moc namiętności całkowicie wygasa, gdy zostają one zdławione i unicestwione przez siłę nieugiętej woli; gdy nie tylko wszelkie pożądania i tęsknoty ciała obumierają, lecz także świadomość osobowej jaźni zostaje zniszczona, a człowiek astralny zostaje przez to sprowadzony jedynie do roli szyfru – dopiero wówczas może nastąpić zjednoczenie z Wyższą Jaźnią.
Kiedy „człowiek astralny” odzwierciedla już wyłącznie człowieka zwyciężonego, który przestał być tęskniącą i samolubną osobowością, wtedy promienny Augoeides, Boska Jaźń, może drgać w świadomej harmonii z oboma biegunami ludzkiej istoty – z człowiekiem materii, oczyszczonym, oraz z wiecznie czystą Duszą Duchową – i stanąć w obecności Jaźni-Mistrza, Chrystusa mistycznych gnostyków, stopionego z NIM w jedno na wieczność.*
Wąska brama okultyzmu
Jak zatem można uważać, że człowiek zdoła wejść przez „wąską bramę” okultyzmu, skoro jego codzienne i godzinowe myśli są związane ze sprawami świata, pragnieniem posiadania i władzy, pożądaniem, ambicją i obowiązkami, które – choćby najbardziej godne szacunku – nadal należą do ziemi?
Nawet miłość do żony i rodziny – najczystsza i najbardziej bezinteresowna spośród ludzkich uczuć – stanowi przeszkodę dla prawdziwego okultyzmu.
Czy bowiem weźmiemy za przykład świętą miłość matki do dziecka, czy miłość męża do żony, nawet w tych uczuciach, jeśli przeanalizować je do samego końca, istnieje nadal samolubność w pierwszym przypadku i egoizm we dwoje w drugim.
Która matka nie poświęciłaby bez chwili wahania setek i tysięcy istnień dla życia własnego dziecka? Który kochanek albo prawdziwie oddany mąż nie złamałby szczęścia każdego mężczyzny i każdej kobiety wokół siebie, aby zaspokoić pragnienie osoby, którą kocha?
To naturalne – ktoś powie. Owszem, w świetle kodeksu ludzkich uczuć; znacznie mniej jednak w świetle boskiej, powszechnej miłości.
Dopóki bowiem serce jest pełne myśli o niewielkiej grupie jaźni, bliskich i drogich nam, jakże może w naszej duszy znaleźć się miejsce dla reszty ludzkości?
Jaki procent miłości i troski pozostanie do ofiarowania „wielkiej sierocie”?
Jak „cichy, mały głos” ma dać się usłyszeć w duszy całkowicie zajętej swoimi uprzywilejowanymi mieszkańcami?
Ile miejsca pozostanie, aby potrzeby całej ludzkości mogły się na nim odcisnąć albo otrzymać szybką odpowiedź?
Nie egoizm, lecz altruizm
Ten, kto chce korzystać z mądrości uniwersalnego umysłu, musi jednak dotrzeć do niej poprzez całą ludzkość, bez różnicy rasy, koloru skóry, religii czy pozycji społecznej.
To właśnie altruizm, nie egoizm, nawet w jego najbardziej dozwolonej i szlachetnej postaci, może doprowadzić jednostkę do stopienia jej małej Jaźni z Jaźniami Powszechnymi.
Prawdziwy uczeń okultyzmu musi poświęcić się tym potrzebom i tej pracy, jeśli pragnie zdobyć teozofię, boską mądrość i wiedzę.
Wybór między światem a okultyzmem
Aspirant musi dokonać bezwzględnego wyboru między życiem świata a życiem okultyzmu.
Próba połączenia obu jest bezużyteczna i daremna, ponieważ nikt nie może służyć dwóm panom i zadowolić obu.
Nikt nie może służyć swojemu ciału i Wyższej Duszy, wykonywać obowiązków rodzinnych i obowiązku powszechnego, nie odbierając jednemu albo drugiemu należnych mu praw.
Albo będzie nadstawiał ucha na „cichy, mały głos” i nie usłyszy krzyków swoich dzieci, albo będzie słuchał wyłącznie ich potrzeb i pozostanie głuchy na głos ludzkości.
Dla niemal każdego człowieka pozostającego w małżeństwie, który chciałby podążać za prawdziwym praktycznym okultyzmem, a nie tylko za jego filozofią teoretyczną, byłaby to nieustanna, obłąkańcza walka.
Nieustannie wahałby się bowiem między głosem bezosobowej, boskiej miłości do ludzkości a głosem miłości osobowej, ziemskiej.
Mogłoby to doprowadzić jedynie do zawiedzenia jednego albo drugiego, a może nawet obu obowiązków.
Skutki ulegania ziemskim namiętnościom
Co gorsza, każdy, kto po zobowiązaniu się wobec okultyzmu pozwala sobie na zaspokajanie ziemskiej miłości lub pożądania, niemal natychmiast odczuwa skutek.
Zostaje nieodparcie ściągnięty z bezosobowego, boskiego poziomu ku niższej płaszczyźnie materii.
Zmysłowe albo nawet umysłowe samozadowolenie prowadzi do natychmiastowej utraty zdolności duchowego rozróżniania. Głos Mistrza przestaje być odróżnialny od głosu własnych namiętności, a nawet od głosu Dugpy.
Prawe od błędnego zaczyna odróżniać jedynie zwyczajowa moralność, zdrowa zaś moralność – jedynie kazuistyka.
Owoc Morza Martwego przybiera najbardziej olśniewającą, mistyczną postać tylko po to, aby obrócić się w popiół na ustach i w gorycz w sercu, czego wynikiem jest:
„Otchłań coraz głębsza, ciemność wciąż gęstsza;
szaleństwo za mądrość, wina za niewinność;
rozpacz w uniesieniu i rozpacz w nadziei”.
Karma nieświadomego czarnoksięstwa
Kiedy człowiek raz popełni błąd i zacznie na jego podstawie działać, większość ludzi cofa się przed uznaniem własnego błędu i coraz głębiej zapada się w bagno.
Chociaż to intencja decyduje przede wszystkim o tym, czy praktykuje się białą, czy czarną magię, nawet skutki mimowolnego i nieświadomego czarnoksięstwa muszą przynieść złą karmę.
Dość już powiedziano, aby wykazać, że czarnoksięstwo jest każdym rodzajem złego wpływu wywieranego na innych ludzi, którzy wskutek tego cierpią albo powodują cierpienie innych.
Karma jest ciężkim kamieniem wrzuconym do spokojnych wód życia. Musi tworzyć coraz szersze kręgi fal, rozchodzące się coraz dalej, niemal bez końca.
Wywołane w ten sposób przyczyny muszą wydać skutki, a te są widoczne w sprawiedliwych prawach odpłaty.
Ostrożność wobec praktyk okultystycznych
Wielu z tych następstw można uniknąć, gdyby ludzie powstrzymali się od pochopnego rzucania się w praktyki, których natury ani znaczenia nie rozumieją.
Od nikogo nie oczekuje się dźwigania ciężaru przekraczającego jego siły i możliwości.
Istnieją „urodzeni magowie” – mistycy i okultyści z natury, na mocy bezpośredniego dziedzictwa z szeregu wcieleń i eonów cierpienia oraz porażek.
Są oni, można powiedzieć, odporni na namiętności. Żaden ogień ziemskiego pochodzenia nie zdoła rozpalić w nich płomienia żadnej z ich zmysłów ani pragnień. Żaden ludzki głos nie znajduje oddźwięku w ich duszach poza wielkim wołaniem ludzkości.
Przypis
* Ci, którzy skłonni są widzieć w jednym człowieku trzy Ego, okażą się niezdolni do zrozumienia metafizycznego sensu tego stwierdzenia. Człowiek jest trójcą złożoną z ciała, duszy i ducha; człowiek jest jednak jeden i z pewnością nie jest swoim ciałem. To właśnie to ostatnie jest własnością, przemijającym odzieniem człowieka. Te „trzy Ego” są CZŁOWIEKIEM w jego trzech aspektach: astralnym, intelektualnym lub psychicznym oraz duchowym.
Tylko oni mogą być pewni powodzenia. Można ich jednak spotkać bardzo rzadko i w wielkim rozproszeniu. Przechodzą przez wąskie bramy okultyzmu, ponieważ nie niosą ze sobą żadnego osobistego bagażu przemijających ludzkich uczuć.
Pozbyli się poczucia niższej osobowości, a tym samym sparaliżowali „astralne” zwierzę. Otwiera się przed nimi złota, choć wąska brama.
Inaczej dzieje się z tymi, którzy przez kilka następnych wcieleń muszą jeszcze dźwigać ciężar grzechów popełnionych w poprzednich życiach, a nawet w obecnym istnieniu.
Dla takich ludzi złota brama Mądrości może – jeśli nie postępują z największą ostrożnością – przemienić się w szeroką bramę i rozległą drogę, „która prowadzi ku zatraceniu”; i wielu może nią wejść.
Jest to brama sztuk okultystycznych praktykowanych z pobudek egoistycznych i bez powściągającego oraz dobroczynnego wpływu Atma-Vidyi.
Niebezpieczeństwo epoki
Żyjemy w Kali Judze, a jej fatalny wpływ jest na Zachodzie tysiąckrotnie potężniejszy niż na Wschodzie.
Stąd łatwość, z jaką w tej cyklicznej walce zwyciężają Moce Wieku Ciemności, oraz liczne złudzenia, pod których ciężarem cierpi obecnie świat.
Jednym z nich jest względna łatwość, z jaką ludzie wyobrażają sobie, że mogą dotrzeć do „Bramy” i przekroczyć próg okultyzmu bez większej ofiary.
Jest to marzenie większości teozofów – marzenie zrodzone z pragnienia mocy i osobistego egoizmu. Takie uczucia nigdy jednak nie doprowadzą ich do upragnionego celu.
Jak trafnie powiedział ktoś, kto uchodził za człowieka poświęcającego się ludzkości:
„Wąska jest brama i ciasna droga, która prowadzi do życia” wiecznego, dlatego „niewielu jest tych, którzy ją znajdują”.
Tak wąska, że na samą wzmiankę o niektórych wstępnych trudnościach przerażeni kandydaci z Zachodu zawracają i cofają się ze drżeniem.
Ostrzeżenie przed łatwiejszą drogą
Niech zatrzymają się w tym miejscu i nie próbują niczego więcej w swojej wielkiej słabości.
Jeśli bowiem, odwracając się plecami do wąskiej bramy, dadzą się pociągnąć pragnieniu tego, co okultystyczne, choćby o jeden krok ku szerokim i bardziej zachęcającym wrotom złotej tajemnicy, połyskującej w świetle iluzji – biada im!
Droga ta może prowadzić jedynie ku stanowi Dugpy, a ci, którzy nią pójdą, z pewnością rychło znajdą się na Via Fatale z Inferna, nad której portalem Dante odczytał słowa:
„Przeze mnie idzie się do miasta boleści,
przeze mnie idzie się ku wiecznemu cierpieniu,
przeze mnie idzie się między lud zatracony…”
Przesąd czyni człowieka głupcem, a sceptycyzm doprowadza go do szaleństwa.
– Fielding
Wolałbym przebywać w mrocznej mgle przesądu niż w rozrzedzonym powietrzu niewiary, gdzie dysząca dusza daremnie i rozpaczliwie chwyta oddech.
– Richter
źródło: Occultism versus the Occult Arts; LUCIFER Vol. II. London, May 15th, 1888. No. 9.