Niezwykłe doświadczenia
Pan A. W. Orr, który miał wiele okazji obserwować niezwykłe zjawiska uzyskiwane za pośrednictwem zmarłej pani Everitt, pisze:
Wśród rozmaitych nadzwyczajnych przejawów zdolności duchowych operatorów do posługiwania się siłami nam nieznanymi, a wykraczającymi poza te „prawa natury”, które mieszczą się w granicach naszego doświadczenia, jeden z najbardziej zdumiewających był następujący.
Pewnego wieczoru, na godzinę ósmą, wyznaczono seans w jednym z miast hrabstwa Derbyshire. Miał w nim uczestniczyć pewien dżentelmen, bardzo pragnący zobaczyć zjawiska, o których słyszał. Tego samego wieczoru został on jednak zobowiązany do udziału w posiedzeniu jakiegoś komitetu miejskiego, zaplanowanym na wcześniejszą godzinę. Sądzono, że zebranie nie potrwa na tyle długo, by przeszkodzić mu w punktualnym przybyciu na seans.
Nadeszła jednak wyznaczona pora, a jego wciąż nie było. Minuty mijały, niektórzy z obecnych zaczęli się niecierpliwić i padła propozycja, by rozpocząć spotkanie. Wówczas za pośrednictwem głosu bezpośredniego przekazano wiadomość, że ów pan przybędzie za chwilę, ponieważ „duchy wyłączyły światła” na posiedzeniu komitetu, wobec czego zebrani będą musieli się rozejść. Dodano także, odpowiadając na pytanie, że członkowie komitetu zakończyli już obrady i tylko gawędzili ze sobą.
Niemal natychmiast dżentelmen wszedł, pełen przeprosin. Wyjaśnił, że nie mógł wyjść wcześniej, choć sprawy urzędowe zostały już załatwione, bo pozostali zatrzymali go rozmową. Nagle jednak wszystkie światła elektryczne w sali zgasły i dlatego musieli przerwać spotkanie. Osobliwy był tylko ten szczegół, że w korytarzach budynku i w biurach światła działały bez zarzutu. Gdy usłyszał, jaką wiadomość otrzymaliśmy wcześniej na ten temat, był ogromnie zdumiony.
Sam widziałem także, jak podczas seansu z panią Everitt światła gazowe w pokoju przygasały i znów się rozjaśniały, choć zdarzało się to rzadko.
Poruszające się krzesło
Pewnego wieczoru, podczas seansu w moim domu z udziałem państwa Everittów, pani Wilkinson (siostry pani E. H. Britten) oraz około dziesięciu czy dwunastu innych osób, dość ciężkie krzesło bez kółek nagle szybko przesunęło się ze swego miejsca przy wykuszu, nieco za panią Everitt, aż do końca dużego stołu jadalnego, przy którym siedzieliśmy. Następnie zaczęło kołysać się z boku na bok, tak że na przemian opierało się raz na dwóch prawych, raz na dwóch lewych nogach.
Pokój był dobrze oświetlony żarowymi lampami gazowymi. Ponieważ nigdy wcześniej nie widziałem podobnego zjawiska, wstałem i podszedłem do krzesła, by z bliska obserwować jego ruchy. Trwały one może dwie minuty, po czym ustały. Ktoś zasugerował wówczas, by krzesło wróciło na swoje dawne miejsce. Bardzo powoli, jakby niechętnie, zaczęło cofać się z powrotem. Gdy natknęło się na biurko z roletą stojące pośrodku wykusza, odsunęło się na bok i kontynuowało „podróż” aż do punktu, z którego wyruszyło.
Pani Wilkinson rozpoznała w tym sposób manifestowania się swego brata marynarza, który zmarł młodo na morzu. Podobne zjawisko miało często występować w londyńskim domu państwa Brittenów za życia ich matki, w czasach gdy D. D. Home bywał tam stałym gościem.
Indianie podczas obiadu
Inne osobliwe doświadczenie wydarzyło się pewnego dnia podczas lunchu. Było z nami dwoje przyjaciół, w tym jedna dobra jasnowidzka, a w trakcie posiłku niewidzialni goście dawali o sobie znać za pomocą „stuków”. Pod koniec obiadu jasnowidzka oznajmiła, że widzi kilku północnoamerykańskich Indian, którzy wyglądają, jakby byli przygotowani do wojny, a także „Arrowheada”, indiańskiego ducha, który przez wiele lat towarzyszył pani Britten jako „przewodnik”.
Po chwili jasnowidzka powiedziała, że Indianie zdają się wyruszać na wojenną ścieżkę. Wtedy usłyszeliśmy dźwięk kroków, jakby ktoś biegł po trawie – miękkie, lecz wyraźne „pad, pad, pad” – krążące po pokoju za naszymi krzesłami. Poza jasnowidzką nikt niczego nie widział.
Było to doprawdy osobliwe zestawienie: zupełnie zwykły, współczesny lunch w Manchesterze i tak niezwykły przejaw aktywności duchów, niosący skojarzenia całkowicie obce okolicznościom chwili. Po kilku minutach odgłosy ucichły. Ktoś zapytał, czy „Arrowhead” mógłby pozwolić nam usłyszeć, jak obchodzi pokój w mokasynach. Natychmiast spełnił tę prośbę i wszyscy wyraźnie usłyszeliśmy charakterystyczny, miękki szurający odgłos, zupełnie inny od kroków pozostałych Indian.
Głos na stacji
Pewnego wieczoru wracaliśmy z panią Everitt z seansu, który odbył się na innym przedmieściu Manchesteru. Czekając na przydrożnej stacji na pociąg do domu, słyszałem wyraźny szept przemawiający do mnie. W pewnym momencie z łoskotem przejechał ciężki pociąg towarowy, czyniąc niemało hałasu.
Kiedy odjechał, zapytałem:
– Czy słyszałeś dźwięk pociągu, który właśnie przejechał?
Byłem ciekaw, czy tak wywołane drgania są dostrzegalne w stanie, w jakim znajdował się przemawiający do mnie duch.
Odpowiedź brzmiała:
– Nie, ten dźwięk do mnie nie dotarł.
Przypuszczam więc, że fale były zbyt długie, by mogły oddziaływać na świadomość mojego duchowego rozmówcy.
Figiel „Zippy’ego”
Pan Everitt opowiadał mi o drobnym psikusie, jaki „Zippy” sprawił kiedyś w ich domu w Hendon, gdy on, pani Everitt i dwoje przyjaciół grali w wista. Jedną z lew usunięto z miejsca gry i przeniesiono na stojący w oddali stolik. Dopiero kiedy okazało się, że brakuje „nadliczbowej lewy”, odkryto żart Zippy’ego.
Pewnego listopadowego wieczoru 1907 roku pani Everitt i ja graliśmy u mnie w domu w bezique’a, siedząc przy końcu dość długiego stołu. Z obu talii usunęliśmy wszystkie karty od dwójki do szóstki i położyliśmy je osobno na stole. Pozostałymi sześćdziesięcioma czterema kartami graliśmy już normalnie. Przy ostatniej lewie, gdy w talonie powinny były zostać dwie karty, okazało się, że została tylko jedna.
Starannie policzyliśmy swoje karty: ja miałem trzydzieści dwie, czyli tyle, ile należało, lecz pani Everitt tylko trzydzieści jedną. Szukaliśmy brakującej karty w odłożonych kartach, w pudełkach i szufladzie, w której przechowywano talie, na sukni pani E., a także na podłodze, ale bez skutku.
Nagle przyszło mi do głowy, że to „Zippy” dla żartu ukrył kartę, i powiedziałem o tym pani Everitt. Natychmiast, tuż przy mnie, usłyszałem wyszeptane:
– Tak, tak.
Pani E. zapytała, czy moje przypuszczenie jest słuszne, i znów oboje usłyszeliśmy twierdzącą odpowiedź.
– Czy uczynił ją dla nas niewidzialną? – spytała pani Everitt.
Po raz trzeci padło to samo potwierdzenie.
Pani E. wyraziła życzenie, by karta została zwrócona, i jeszcze raz zaczęła przeliczać swój komplet. Tym razem miała już trzydzieści dwie karty, natomiast ja, licząc ponownie swoje, odkryłem, że mam trzydzieści trzy. Gdy je przejrzałem, okazało się, że w jakiś sposób piątka kier została przeniesiona z odłożonych kart, leżących w innej części stołu, i wsunięta między moje. Dwukrotnie starannie liczyłem je wcześniej i miałem dokładnie trzydzieści dwie, a po odłożone karty w ogóle nie sięgałem.
Pan Orr przytacza jeszcze jeden podobny, równie niezwykły przypadek, który zdarzył się dwa dni później w obecności jego samego oraz państwa Herringów. Dołącza też relację, przedrukowaną z „Occult Review”, z seansu, który odbył się w jego domu 10 maja tego samego roku. Oprócz pani Everitt i niego samego uczestniczyło w nim siedmioro członków Manchester Psychic Research Society, którego był prezesem, oraz dwoje przyjaciół. Warto pamiętać, że rok 1907 był jubileuszem powstania sipajów.
Wspomnienie z Cawnpore
Była około ósma wieczorem. Rolety nie były jeszcze zasunięte, więc światła było sporo, bo okno wychodziło na zachód, a wieczór był pogodny i jasny.
Byliśmy pośród wielu znanych nam już manifestacji – takich jak bezpośrednie szepty, odgłosy kroków, częste sygnały od przyjaciół z tamtej strony, dość niezręcznie zwane „stukami” – gdy nagle pośród nas rozległ się dźwięk, który natychmiast przykuł całą uwagę. Było to bicie bębna – niewątpliwie bębna – donośne, regularne i zupełnie wyraźne. Wszyscy je słyszeliśmy i nie mogliśmy pojąć, co oznacza, aż jedna z pań zawołała:
– Proszę spojrzeć! Są tu jacyś żołnierze!
W odpowiedzi na nasze pytania opisała ich ubiór, a zwłaszcza czapki, które miały być „czymś w rodzaju czapki listonosza, z wystającym z przodu guzkiem”. Sugerowało to okres sprzed czterdziestu czy pięćdziesięciu lat, więc zapytano naszych gości:
– Czy byliście na Krymie?
Pojedyncze stuknięcie w stół oznaczało przeczenie.
– Powstanie sipajów? – padło kolejne pytanie.
Odpowiedź brzmiała:
– Tak!
Wówczas niektórzy z nas przypomnieli sobie, że właśnie tego dnia w porannej gazecie wspominano rocznicę tamtych wydarzeń. Z rosnącym zainteresowaniem staraliśmy się więc ustalić, w jakiej dokładnie akcji uczestniczyli nasi goście.
– Czy byliście pod Lucknow? – zapytaliśmy.
Znów usłyszeliśmy:
– Nie!
Tymczasem bębny nie milkły, a żołnierze – zmęczeni, w wyblakłych i zniszczonych mundurach, z mosiężnymi instrumentami zwisającymi niedbale u boku – zostali zobaczeni, jak wchodzą na statek. Użycie słowa „statek” można łatwo wyjaśnić, jeśli przypomnimy sobie osobliwą budowę łodzi używanych wtedy w Indiach, z ich słomianymi zadaszeniami i fantastycznymi żaglami. Jednak zagadka pozostawała nierozwiązana, aż druga z pań, również obserwująca scenę, wykrzyknęła:
– Łódź tonie! Poszła na dno!
To dało nam brakujący klucz. Ktoś z obecnych przypomniał sobie zdradziecki ostrzał łodzi przez Nanę Sahiba – łodzi, które sam miał zapewnić osłabionej resztce bohaterskiego garnizonu generała Wheelera oraz setkom kobiet i dzieci pozostających pod ich opieką. Natychmiast padło pytanie:
– Czy byliście w Cawnpore?
Odpowiedź brzmiała:
– Tak!
Dodano jeszcze, że ludzie ci należeli do 53. pułku – choć nie byliśmy całkiem pewni, czy podano właśnie ten, czy może 43. numer.
Siedzieliśmy w milczeniu, tak przejmująca była to chwila. Czyżby byli to jedni z tych dzielnych ludzi, którzy zginęli na środku rzeki pod ogniem nikczemnika, któremu zaufali? Czy to byli ci wierni opiekunowie nieszczęsnych kobiet, które z dziećmi w ramionach znalazły śmierć przy owej strasznej studni, nad którą biały marmurowy anioł wciąż opłakuje Cawnpore?
Jak się potem okazało, dwóch obecnych miało wujów, którzy przeszli przez czas powstania sipajów, ale poza tym nie łączyło nas z tamtym wydarzeniem nic szczególnego. Mimo to incydent ten na zawsze pozostanie dla nas jednym z najbardziej tajemniczych spośród naszych doświadczeń ze światem duchów.
Wiadomość w zamkniętym biurku
Pan A. J. Sutton, zięć pani Everitt, przesłał nam także kilka interesujących wspomnień. Nawiązując do niezwykłego seansu, który odbył się w jego ówczesnym domu, Woburn House, w lipcu 1894 roku, pisze:
W tym czasie byliśmy bardzo zainteresowani wiadomościami otrzymywanymi w zamkniętym biurku należącym do panny Everitt, która w marcu 1895 roku została moją żoną. Zażyczyłem sobie, aby nasi niewidzialni przyjaciele przynieśli wiadomość i umieścili ją w prywatnej szufladzie w Woburn House. Włożyłem do biurka parafowany, datowany i oznaczony arkusik papieru, zamknąłem je i zabrałem ze sobą klucz.
Nazajutrz pani E. dała mi znać, że przyjaciele nie zdołali przekazać wiadomości. Czy mógłbym przyjechać i włożyć do biurka nową kartkę?
Kiedy otworzyłem biurko, zobaczyłem, że mój pierwszy arkusik zniknął. Włożyłem więc drugi. Następnego ranka, skoro świt, zajrzałem do szuflady u siebie w domu i znalazłem na jej dnie, pod innymi prywatnymi papierami, oczekiwaną wiadomość.
Pan E. Dawson Rogers otrzymał wiadomość przesłaną do Rose Villa w bardzo podobny sposób.
źródło: The Mediumship of Mrs. Everitt. Strange Experiences; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, November 13, 1915.