Mollah Szah i orientalny spirytualizm

Tom XI, nr 5. 1904.

„Gdy słucha się, co ludzie mówią, można by niemal uwierzyć, że duch od tamtych dawnych czasów całkowicie wycofał się w milczenie, a człowiek został teraz zdany wyłącznie na własne siły i musi sam widzieć, jak poradzi sobie bez ducha i jego codziennego, niewidzialnego tchnienia. W sprawach religijnych i moralnych dopuszcza się jeszcze ewentualnie boski wpływ, lecz w kwestiach nauki i sztuki sądzi się, iż wszystko to czysto ziemskie, będące wyłącznie wytworem ludzkich zdolności. Niech jednak ktoś spróbuje – i przy użyciu ludzkiej woli oraz ludzkich sił stworzy coś, co można by postawić obok dzieł, które noszą imię Mozarta, Rafaela czy Szekspira.”
Goethe, 1832


Mollah Szah i orientalny spirytualizm

*) Journal Asiatique, Paryż, Lafitte, tom XIII, nr 49, luty 1869.
Przekład i streszczenie pracy M. A. von Kremera.
Neue Metaphysische Rundschau, XI, 6. s. 14.
(Tekst zdigitalizowany)


Człowiek, o którym będzie mowa w poniższym tekście, jest zjawiskiem niezwykle interesującym, ponieważ należy przypuszczać, iż był on przedstawicielem mistycznego nurtu, powstałego prawdopodobnie z połączenia mistyki zachodniej i indyjskiej. Nominalnie należał do islamu. Jednakże czysta, pierwotna nauka Mahometa zdaje się być raczej nieprzystosowana do połączenia z zasadami filozofii idealistycznej. Dopiero gdy Arabowie, podczas swoich religijnych podbojów, zetknęli się z narodami rasy aryjskiej i je podporządkowali, niektórzy spośród ich wybitnych duchowo przedstawicieli przyswoili sobie część poglądów pokonanych i starali się – na ile to było możliwe – złączyć je ze swoją religią.

Wraz z podbojem państwa Sasanidów islam prawdopodobnie wszedł w kontakt z ostatnimi zwolennikami nauki Maniego, a podczas zdobywania Azji Mniejszej – z rozproszonymi resztkami gnostyków. Z często gwałtownego połączenia tych nauk z naukami Mahometa narodziła się muzułmańska mistyka, która osiągnęła swój szczyt w sekcie sufich. Jej głównymi przedstawicielami byli poeci-filozofowie: Mewlana Dżalal ad-Din Rumi, Farid ad-Din Attar oraz Mahmud Szebisteri.

Gdy islam skierował swój zwycięski pochód ku Indiom i podporządkował sobie ten kraj starożytnej, czysto aryjskiej kultury, zetknął się z buddyzmem, a przede wszystkim z różnymi szkołami filozoficznymi braminizmu, spośród których najważniejsze to: Wedanta, Samkhja i Joga.

Za panowania religijnie tolerancyjnego Wielkiego Mogoła Szahdżahana (1627–1658) myślący muzułmanie mieli możliwość zaznajomić się ze skarbami indyjskiego ducha, nie narażając się przy tym na niebezpieczeństwo ze strony fanatyzmu ortodoksyjnych współwyznawców. Wtedy właśnie żył ów człowiek, o którym będzie tu mowa.

O nim donosił M. A. von Kremer w lutowym numerze Journal Asiatique z roku 1862. Poniżej podaję niemiecki skrót tej interesującej pracy, bez dalszego komentarza z mojej strony. Wspomnę jedynie o jednym: nieszczęsny następca tronu Dara Szikoh, który wśród uczniów Mollah Szaha odgrywał znaczącą rolę, a później został przez swego słynnego – a raczej niesławnego – brata Aurangzeba pozbawiony tronu i życia, nakłonił muzułmańskich uczonych swoich czasów do przetłumaczenia najważniejszych Upaniszad z Wed na język perski.

Dzieło to, zatytułowane Oupnek’hat, zostało następnie pod koniec XVIII wieku przetłumaczone na łacinę przez Francuza Anquetila Duperrona, i dzięki jego przekładowi Zachód po raz pierwszy poznał duchowe skarby starożytnych Indii.

Na tym poprzestańmy. Przejdźmy teraz bezpośrednio do pracy von Kremera, który relacjonuje:


W perskim manuskrypcie, który nabyłem przed rokiem w Londynie, znalazłem opowieść o życiu i naukach Mollah Szaha, spisaną przez Tewekkul-Bega, jednego z jego uczniów.

Na początku Tewekkul-Beg opisuje historię swojego wstąpienia w świat mistyki. Brzmi ona następująco:

„Po tym, jak za pośrednictwem Akhonda Mollah Muhammada Sa’ida zostałem wprowadzony do bliższego kręgu Mollah Szaha, moje serce, wskutek częstych spotkań z szejkiem, ogarnęło gorące pragnienie osiągnięcia wzniosłego celu nauki mistycznej. Nie znajdowałem już spokoju – nocą nie mogłem zasnąć, a za dnia nie zaznawałem wytchnienia. Wówczas kilku najlepszych przyjaciół Akhonda Mollaha wstawiło się za mną u niego, prosząc, by przemówił w mojej sprawie do mistrza i zjednał mi jego przychylność.
Akhond Mollah spełnił tę prośbę, lecz szejk odpowiedział mu:

‘Wiem dobrze, że Tewekkul-Beg posiada mistyczne powołanie i że musi go boleć, gdy widzi, iż wszyscy jego towarzysze zostają wtajemniczeni, podczas gdy on sam pozostaje wyłączony z inicjacji. Ale nie jest on niezależny. Jego ojciec jest oficerem, Itikad-chanem, Turkiem, starym żołnierzem, który nie ma pojęcia o mistyce. Gdybym więc chciał wtajemniczyć jego syna, którego serce jest całkowicie przepełnione świętą sprawą, w praktyczną mistykę, postąpiłby on jak inni – porzuciłby służbę i wycofał się ze świata. A gdyby jego ojciec przyszedł do mnie z pretensjami, co mógłbym mu odpowiedzieć? Dlatego nie chcę go inicjować.’”

Ta odpowiedź tylko utwierdziła mnie w moim postanowieniu. Co prawda nie byłem jeszcze żonaty, ale byłem pewien, że moi rodzice sprzeciwią się moim zamiarom. Myśl ta napełniała mnie głębokim smutkiem i postanowiłem niczego nie zdradzać, lecz przy najbliższej okazji uciec.

Przypadkiem w tym właśnie czasie Itikad-chan, gubernator Kaszmiru, został odwołany i zastąpiony przez Zafer-chana. Dziękowałem niebiosom za to pomyślne wydarzenie, które wydawało mi się jakby stworzone przez duchowy świat, by na nowo napełnić moje serce radością.

Gdy Itikad-chan opuszczał Kaszmir, podążyłem za moim ojcem, który mu towarzyszył, i podróżowałem z nim aż do Hyrapuru, oddalonego o dwie dni drogi od Kaszmiru. Tam zostawiłem konia i bagaż, po czym uciekłem na pustkowie, gdzie się ukryłem. Dopiero po dwóch dniach, gdy karawana ruszyła w dalszą drogę, powróciłem do Kaszmiru.

Jednemu z uczestników karawany przekazałem list, w którym wyjaśniłem powody mojej ucieczki i poprosiłem, by doręczył go mojemu ojcu, gdy tylko karawana ponownie wyruszy. Ojciec natychmiast zawrócił z zamiarem schwytania mnie, lecz niekorzystna pogoda zmusiła go do porzucenia zamiaru i z ciężkim sercem dołączył ponownie do karawany. Ja zaś niezwłocznie udałem się do Kaszmiru i tam natychmiast zwróciłem się do Akhonda Mollah Sa’ida z prośbą, by wprowadził mnie do Mollah Szaha.”

Mistrz przyjął mnie pytaniem, dlaczego opuściłem swojego ojca. Odpowiedziałem:
„Z pewnością Mistrz już o tym wie!”.

Wówczas głos zabrał Akhond Mollah Sa’yd i powiedział:
„Czemu pytacie? Znak jego boskiego powołania jest wypisany na jego obliczu. Czego chcecie, aby uczynił? Nie chcieliście go wtajemniczyć, dopóki ze wszystkiego nie zrezygnuje. Teraz to uczynił i pragnie całkowicie oddać się wam.”

Całą następną noc spędziłem bezsennie, powtarzając sto tysięcy razy surę 112 z Koranu. W kilka dni później osiągnąłem cel. Wiadomo bowiem, że w tej surze zawarte jest wielkie imię Boga i że dzięki mocy tego imienia każdemu, kto odczyta ten fragment sto tysięcy razy, jego pragnienia zostaną spełnione. Prosiłem przy tym, aby Mistrz mnie wysłuchał. I rzeczywiście przekonałem się o skuteczności tego środka, ponieważ ledwo odczytałem surę po raz setny tysięczny, serce Mistrza zostało ogarnięte przychylnością dla mnie i polecił swojemu uczniowi Senghinowi Muhammadowi, aby zaprowadził mnie do niego w następną noc.

Podczas całej tej nocy Mistrz skupiał swoją wolę na mnie, podczas gdy ja koncentrowałem uwagę na własnym sercu; lecz węzeł mojego serca jeszcze się nie rozwiązał.*) Tak minęły trzy noce, podczas których czynił mnie przedmiotem swojej duchowej uwagi, nie dając przy tym żadnych widocznych rezultatów.

Czwartej nocy Mollah Szah powiedział:
„Tej nocy Mollah Senghin i Sahli-Beg, którzy są bardzo skłonni do stanów ekstatycznych, skierują swój umysł na neofitę.”

Posłuchali rozkazu; a ja przez całą noc trwałem w pozycji siedzącej, zwrócony twarzą ku Mekce i w tym czasie skupiałem wszystkie swoje siły duchowe na sercu. O świcie poczułem w okolicy serca pewne światło i jasność, lecz nie mogłem odróżnić ani barwy, ani kształtu. Po modlitwie porannej udałem się z tymi dwoma do Mistrza, który mnie pozdrowił i zapytał ich, co ze mną uczynili. Odpowiedzieli: „Zapytaj go sam.”

Wówczas wezwał mnie, abym opisał swoje wrażenia. Powiedziałem mu, że w sercu odczułem jasność. Wtedy szejk ożywił się i rzekł do mnie:
„Twoje serce zawiera niezliczoną ilość barw, ale jest tak przyćmione, że spojrzenia tych dwóch krokodyli w nieskończonym oceanie mistycznej mądrości nie mogły go rozjaśnić ani uczynić przezroczystym. Teraz nadszedł moment, w którym pokażę ci, jak się je rozświetla.”

Tymi słowami kazał mi usiąść naprzeciwko siebie, podczas gdy ja znajdowałem się jakby w stanie upojenia; następnie nakazał mi, abym wewnętrznie wyobraził sobie jego obraz. Zawiązał mi oczy i polecił skoncentrować wszystkie moje siły duchowe na sercu.


*) Przypis:
Osobliwe wyrażenie „rozwiązuje się węzeł serca” pochodzi z Upaniszad, gdzie występuje wielokrotnie. Porównaj na przykład:

  • Katha Up. 6, 15:
    „Gdy wszystkie węzły, które oplatają serce człowieka, pękną,
    wtedy ten, kto był śmiertelny, staje się nieśmiertelny.”

  • Mundaka Up. 2, 1, 10:
    „Tak, Purusza jest tym wszechświatem,
    dziełem, ascezą, Brahmanem, Nieśmiertelnym.
    Kto to wie, ukryte w jaskini (serca),
    ten, o Drogi, rozrywa węzeł niewiedzy.”

  • Mundaka Up. 2, 2, 8:
    „Kto ogląda to, co najwyższe i najgłębsze,
    temu rozrywa się węzeł serca,
    jemu rozwiązują się wszystkie wątpliwości
    i jego czyny przestają istnieć.”

  • Chandogya Up. 7, 26, 2 (o człowieku, który poznaje):
    „Karmi się czysto i jest czysty;
    zachowuje naukę wiernie, bo jest czysty;
    ponieważ wiernie zachowuje ją w pamięci,
    staje się mu udziałem rozwiązanie wszystkich węzłów.”

(Cytowane za: P. Deussen, Sześćdziesiąt Upaniszad Wed.)


Posłuchałem polecenia Mistrza i w jednej chwili moje serce otworzyło się dzięki boskiej łasce oraz duchowemu wsparciu szejka. Wówczas ujrzałem, że wewnątrz mnie znajduje się coś jak odwrócony kielich. A gdy ten przedmiot ponownie się wyprostował, poczułem nieograniczone szczęście ogarniające całe moje jestestwo.

Powiedziałem mojemu Mistrzowi:
„Widzę w swoim wnętrzu wierny obraz tej celi tutaj i wydaje mi się, jakby drugi Tewekkul-Beg stał przed drugim Mollah Szah.”

On odpowiedział:
„Dobrze. Pierwsze zjawisko, które ukazuje się twojemu duchowemu spojrzeniu, to obraz twojego Mistrza. Twoi towarzysze, inni nowicjusze, byli zajęci innymi praktykami mistycznymi. Ale co się tyczy mnie – nie jest to pierwszy tego rodzaju przypadek, z którym się spotykam.”

Następnie kazał mi zdjąć opaskę z oczu; uczyniłem to i zobaczyłem go znowu siedzącego przede mną moimi cielesnymi oczami. Polecił mi ponownie zakryć oczy – i znów ujrzałem go moim duchowym okiem. Pełen zdumienia zawołałem:
„Mistrzu! Czy patrzę oczami cielesnymi, czy duchowymi – zawsze widzę was!”

W tym czasie ujrzałem zbliżającą się ku mnie promienną postać. Gdy poinformowałem o tym Mistrza, polecił mi zapytać tę postać o imię. Zadałem w duchu to pytanie, a postać odpowiedziała mi głosem serca:
„Nazywam się Abd al-Kadir Gilani!”

Usłyszałem tę odpowiedź moim duchowym uchem. Wówczas Mistrz doradził mi, abym prosił Świętego o jego duchową pomoc i wsparcie. Uczyniłem to, a zjawisko odpowiedziało mi:
„Moje duchowe wsparcie już ci przyznałem. Dlatego węzeł twojego serca został rozwiązany.”

… Wówczas powiedział mi Mollah Szah:
„Świat duchowy objawił ci się w całym swoim pięknie – pozostań więc w tym stanie i zanurz się całkowicie w cudach tego nieznanego świata.”

Ściśle trzymałem się wskazówek Mistrza, a świat duchowy z dnia na dzień coraz bardziej się przede mną odsłaniał. Następnego dnia ujrzałem postać Proroka oraz jego szczególnych towarzyszy, a legiony aniołów i świętych przesuwały się przed moim wewnętrznym wzrokiem. Tak upłynęły trzy miesiące; potem otworzyła się przede mną sfera, w której wszelki kolor zanika – i wszystkie owe obrazy zniknęły.

W tym czasie Mistrz nieustannie objaśniał mi naukę o boskiej jedności i mistycznej intuicji; jednakże absolutna rzeczywistość nie chciała mi się jeszcze objawić. Dopiero po około roku wiedza o tej rzeczywistości przyszła do mnie w związku z poznaniem własnego istnienia.

W tej chwili w moim sercu objawiły się następujące wersy, które mimowolnie wymknęły mi się z ust:

Nie wiedziałem, że przemijające ciało
jest czymś innym niż woda i glina.

Nie znałem zdolności serca, duszy i ciała.

O, biada! że bez Ciebie
cały ten czas mojego życia przeminął.

Tyś był mną – a ja nie wiedziałem!

Kiedy przedstawiłem Mollah Szahowi to poetyckie natchnienie, ucieszył się, że wreszcie w moim sercu objawiła się myśl o boskiej jedności, i powiedział do swoich zaufanych:

„Tewekkul-Beg usłyszał z moich ust naukę o jedności Boga i nigdy nie zdradzi tego sekretu. Jego wewnętrzne spojrzenie zostało otwarte; ukazała mu się sfera barw i obrazów, a następnie została mu objawiona sfera, w której wszystkie barwy gasną.
Kto raz przeszedł przez te fazy i doszedł do absolutnej prawdy, tego nie zwiodą już ani własne wątpliwości, ani te, które podsuwają mu sceptycy.”

„Widzieć jedność – nie należy do dziedziny oka cielesnego,
jeśli wewnętrzne widzenie nie da mu ku temu mocy.”

Szejk zachował te wersy w swojej niezwykle silnej pamięci.

W międzyczasie mój ojciec, który mieszkał w Delhi razem ze swoim przełożonym, zwrócił się do Mollah Szaha z prośbą, aby skłonił mnie do powrotu do rodziny. Na skutek tego Mistrz powiedział do mnie:

„Zjednoczenie z Bogiem stało się twoim udziałem; mój duch jest z tego zadowolony, a bieg czasu niczego w tym nie zmieni.
Idź, przyjacielu, wyrusz do Delhi, gdzie twoi krewni z wielką niecierpliwością cię oczekują. Czy będziesz tutaj, czy daleko – nic nie zmieni mojego usposobienia wobec ciebie.”

Tak więc opuściłem szejka, u którego pobierałem nauki przez dwa lata, i udałem się do Delhi, do moich rodziców.


Jest to fragment, który Kremer podaje możliwie najwierniej z perskiego manuskryptu Tewekkul-Bega. Następnie kontynuuje:

Aby ukazać, jaka zgodność panuje między różnymi zakonami derwiszów (jeśli chodzi o wywoływanie zjawisk mistycznych), pozwalam sobie włączyć tutaj fragment z Brewiarza derwiszów nakszbendijskich (Brevier der Nakchbendy-Derwische).

Litanie te polegają na nieprzerwanym powtarzaniu słów:

„Nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest Jego prorokiem.”

Podczas recytacji tych słów górna część ciała porusza się rytmicznie tam i z powrotem. Reguła nakazuje, aby modlący się wypowiadał te słowa na jednym oddechu i by drugą połowę frazy wydłużał tak bardzo, jak tylko pozwala na to oddech.

Kiedy wreszcie robi przerwę, by zaczerpnąć powietrza, musi uważać, aby nie rozproszyć się między dwoma oddechami, lecz przeciwnie – zachować duchową egzaltację, tak by nie było odczuwalne żadne przerwanie ciągłości.

Gdy w tej praktyce dochodzi wreszcie do dwudziestej pierwszej powtórki, osiągnięty zostaje owoc ćwiczenia – udział ucznia w ekstazie oraz wyzwolenie z więzów materii.

Jak widać, zawsze są to analogiczne działania, które znajdują zastosowanie. Tewekkul uczy nas, że następująca metoda – której używał również Mollah Szah – była stosowana w zakonie derwiszów kadiryjskich, do którego należał. Wyrażenia Tewekkula są jednak bardzo niejasne:

„Każdy korzeń zmysłów zewnętrznych – mówi – uciska się oburącz, przy jednoczesnym wstrzymaniu oddechu; i pozostaje się w tym stanie tak długo, aż korzeń zmysłów wewnętrznych zacznie się otwierać.”

(Kremer zaznacza, że ten niejasny ustęp podaje w możliwie dosłownym tłumaczeniu, bez komentarza.)

Tewekkul opuścił swojego Mistrza około roku 1634, a następnie na około dziesięć lat znika nam z oczu. Dopiero około roku 1644 powrócił do Kaszmiru. Przebywał wcześniej na służbie u księcia Shoudży z Bengalu. Teraz jednak zrezygnował ze stanowiska i ponownie oddał się duchowemu przewodnictwu swego dawnego mistrza, Mollah Szaha, który przyjął go z otwartymi ramionami.

Jego pobyt w Kaszmirze trwał około roku. Pewnego dnia Mistrz rzekł do niego:

„Twoim powołaniem jest powołanie wojownika. Dam ci list polecający do księcia Dara Szikoh. Weź go i spróbuj swojego szczęścia.”

Tewekkul jednak poprosił szejka, aby pozwolił mu pozostać jeszcze jakiś czas przy sobie. Ten wyraził zgodę, a w międzyczasie napisał list do księżniczki Fatimy, ulubionej córki cesarza Szahdżahana, w którym polecił jej łasce matkę swojego ucznia, przebywającą w Delhi. Księżniczka przyjęła pod swoją opiekę starą kobietę, a Tewekkul pozostał jeszcze rok przy swoim mistrzu.

Następnie udał się na dwór księcia Dara Szikoh, najstarszego syna cesarza, i otrzymał tam stanowisko kapitana. Później miał jeszcze wielokrotnie sposobność widywać swojego umiłowanego nauczyciela, ponieważ książę pozostawał z nim w stałej łączności i często korzystał z Tewekkula jako posłańca. W dalszym życiu ożenił się i za panowania cesarza Aurangzeba doszedł do wysokich godności.


Należy zauważyć, że Tewekkul, choć był członkiem religijnego bractwa Mollah Szaha, miał jednak wolność wyboru zawodu, który wskazywało mu jego urodzenie i zdolności. Pod tym względem Wschód zawsze był bardziej liberalny niż Zachód.

Kto wstępował do wspólnoty religijnej, nie był w niej przymusowo zatrzymywany ani związany nierozerwalnymi ślubami, jak to bywa w klasztornych wspólnotach chrześcijaństwa. Nie był skazany na celibat, ani też nie był krępowany bezwzględnym posłuszeństwem wobec przełożonego zakonu. Przeciwnie – młody człowiek, który przystępuje do zakonu derwiszów, może w każdej chwili z niego wystąpić, z pełną niezależnością obrać sobie zawód i wstąpić w związek małżeński.

Tewekkul stanowi więc interesujący przykład człowieka, który będąc członkiem zakonu derwiszów, później powraca do życia świeckiego, nie tracąc jednak owego charakterystycznego dla tych bractw ducha – umiłowania mistyki, którym został przepojony w czasie swego nowicjatu, pełnego surowych prób i umartwień.

Zdumiewające jest szczere przywiązanie i gorące oddanie, jakie zachował dla swego Mistrza, nawet po wielu latach rozłąki, i którego nie potrafiło osłabić trwające życie w świecie.

W każdym razie Mollah Szah musiał być człowiekiem wybitnym, niezależnym duchem, skoro potrafił wzbudzać w innych tak głębokie i trwałe uczucia.

Z opowiadania Tewekkul-Bega dowiadujemy się wreszcie, że Mistrz potrafił wywierać podobny wpływ również na wielu innych ludzi, bez względu na ich pochodzenie.

Książę Dara Szikoh i księżniczka Fatima wzniesili na jego grobie w Lahaurze kaplicę otoczoną ogrodem kwiatowym. Setki ludzi ze wszystkich warstw społecznych pozostały mu wierne aż do śmierci.

Poniższy szkic biograficzny dostarcza kilku przykładów.


Mollah Szah urodził się w roku 992 hidżry (1584 n.e.) we wsi Erkessa niedaleko Rustaku w kraju Badachszan – niedostępnej, górzystej krainie na północ od pasma górskiego zwanego indyjskim Kaukazem.

Jego rodzina, pochodzenia mongolskiego, cieszyła się pewnym poważaniem; jego dziad był sędzią wioski. W wieku 22 lat młodzieniec opuścił rodziców i rodzinne strony, udając się do Balchu, który wówczas był duchowym centrum Azji Środkowej. Tam oddał się nauce i w krótkim czasie poczynił znaczne postępy, zwłaszcza w języku arabskim.

Następnie opuścił Balch, udał się na południe i zatrzymał w Kaszmirem, gdzie kontynuował swoje studia, lecz nieugaszone pragnienie prowadziło go ku absolutnej prawdzie. Gdy zrozumiał, że potrzebuje do tego duchowego przewodnika, postanowił udać się do Lahauru, gdzie wówczas żył słynny teozof Szejk Mijan Mir.

Przyjęcie, jakie tam znalazł, nie było zbyt zachęcające. Początkowo Mijan Mir go odesłał, lecz później, przekonany wytrwałością młodzieńca, przyjął go i powierzył mu praktyki mistyczne według zasad derwiszów kadiryjskich.

Ćwiczenia te wymagały, aby człowiek ucisnął oburącz zmysły zewnętrzne, wstrzymując oddech, i trwał w tym stanie tak długo, aż zmysły wewnętrzne zaczęły się otwierać.

Mollah Szah kontynuował te wyczerpujące ćwiczenia przez 24 godziny. Następnego ranka – jak głosi legenda – udał się nad jezioro w Lahaurze, aby wyprać kawałek płótna. Nagle pojawiła się przy nim postać, która rzekła:

„Pokój z tobą, ty, który szukasz prawdy!”

Lecz był tak pogrążony w medytacji, że niczego nie usłyszał. Wówczas zjawa zawołała donośnym głosem:

„Mollah Szah! Nie pozdrawiasz mnie? Wiedz, że jestem prorokiem Chidrem (al-Chidrem); Bóg postawił mnie ponad wszystkimi świętymi i każdego świętego, który zostaje wyprowadzony z ciemności na ścieżkę światła, odwiedzam i pytam, czy ma jakieś życzenie. Wszechmogący wybrał cię i włączył w grono swoich wybranych; przyszedłem więc do ciebie, by zapytać, czy pragniesz czegoś, czy chcesz uprosić jakąś łaskę.”

Lecz Mollah Szah milczał i nawet nie spojrzał na postać. Wówczas zjawa zawołała:

„Dlaczego mnie nie spoglądasz? Dlaczego mnie o nic nie prosisz? Przecież dlatego do ciebie przyszedłem.”

Mollah Szah odpowiedział z powagą:

„Mam już swojego Opiekuna i nieomylnego Przewodnika, który spełnia wszystkie moje pragnienia. Odejdź i nie przeszkadzaj mi w moich medytacjach.”

(Gdyby współcześni spirytualiści postępowali podobnie, zapewne większość duchów wkrótce zniknęłaby na zawsze!)

Na to prorok pochwalił ducha wstrzemięźliwości młodego teozofa i zniknął.

Kiedy Mijan Mir dowiedział się o tym widzeniu, kazał przyprowadzić Mollah Szaha do siebie i polecił mu, aby przez kilka nocy siedział przed nim, nie zamykając oczu. Mollah Szah wykonał to polecenie tak dokładnie, że nie zamknął oczu ani razu.

Wreszcie, w chwili, gdy miłość Boga po raz pierwszy ogarnęła jego istotę, całkowicie wyrzekł się snu. I gdy pewnej nocy siedział jak zwykle pogrążony w głębokim rozmyślaniu, otworzyła się przed nim brama – i korzeń zmysłów wewnętrznych zaczął kiełkować.

W tym momencie ujrzał świat duchowy, proroków i świętych, i rozmawiał z nimi za pomocą duchowego języka. Z dnia na dzień to boskie oświecenie stawało się coraz intensywniejsze, a on wiernie przekazywał wszystko swojemu duchowemu przewodnikowi, którego zdumienie nie miało granic.

Upały Lahauru były nie do zniesienia dla natury Mollah Szaha, więc postanowił opuścić to miasto i przenieść się do Kaszmiru. Tam żył w ścisłym przestrzeganiu przysięgi, którą złożył w ręce swego mistrza, poddając się ciągłym umartwieniom: nocami siedział wyprostowany, zwrócony twarzą ku Mekce, za dnia zaś przemierzał gaje i odludne miejsca, jak nakazywała reguła zakonu Mijan Mira.

Jego mieszkaniem była ciasna cela, i choć wielu przyjaciół prosiło go, by pozwolił zbudować sobie większą, zawsze odmawiał. Unikał nowych znajomości i trzymał się nawet z dala od swoich najbliższych przyjaciół.

Na początku zimy, która w Kaszmirze jest bardzo surowa, opuszczał to miasto i wracał do Lahauru; tam pozostawał przez pół roku, po czym znów wracał do Kaszmiru. Miał zwyczaj wyruszać w podróż w czwartek po modlitwie, i zazwyczaj docierał do celu w następny czwartek, dokładnie na czas modlitwy. Wędrował tak szybko, aby nie opuścić ani jednej modlitwy. Odległość między Lahaur a Kaszmirem, którą pieszo pokonuje się w czternaście dni, on przebywał samotnie w niecałe osiem.

Przez kilka lat prowadził takie życie, aż przeszedł wszystkie stopnie ascezy. Jednak jego duchowy przewodnik nie chciał dopuścić go do najwyższego celu mądrości mistycznej – czyli zjednoczenia z Bogiem albo poznania samego siebie – i mówił o tym zawsze w zagadkach, na przykład tak:

„Studiuj siebie samego i swoje własne serce nieustannie, bo twój najwyższy cel – tak jak Ten, którego czcisz – znajduje się w tobie samym.”

W roku 1038 hidżry (1627 n.e.) powrócił jak zwykle z Lahauru do Kaszmiru i oddawał się nieprzerwanej ascezie, gdy pewnego dnia, dzięki szczególnej łasce Bóstwa i bez pomocy duchowego przewodnika, objawił mu się upragniony obraz.

Pod tym wyrażeniem mistycy rozumieją zjednoczenie z Bogiem i poznanie absolutnego Bytu – określenie równoznaczne z poznaniem samego siebie.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Br. R. Wedel

źródło: Mollah Schah und der orientalische Spiritualismus; Neue Metaphysische Rundschau – Band XI. (5 Hefte) – 1904.