Energetyczny Monizm

ENERGETYCZNY MONIZM

Autor: W. von Schnehen (Fryburg Bryzgowijski)

Pojęcie „energii” lub „zdolności do pracy” zostało wprowadzone do nauki znacznie później, i dlatego też nie używano go tak wcześnie jako podstawy naukowego monizmu, jak dwóch starszych pojęć: „materii” i „siły”. Większe znaczenie zyskało ono dopiero w ciągu ostatnich pięciu lub sześciu dziesięcioleci — a to na podstawie dwóch dopiero niedawno poznanych zależności.

Po pierwsze bowiem okazało się, że wszystkie znane nam rodzaje energii, wszystkie szczególne formy naturalnych działań (jak np. dźwięk, światło, ciepło, elektryczność czy magnetyzm), mogą być bezpośrednio lub pośrednio przekształcane jedne w drugie i że rzeczywiście w przyrodzie same z siebie przechodzą jedna w drugą. Po drugie doświadczenie nauczyło, że w tych rozlicznych przemianach — przy przechodzeniu jednej formy energii w inną — wielkość lub ilość istniejącej energii pozostaje niezmieniona, nie ulega ani zwiększeniu, ani zmniejszeniu.

Obie te prawdy ujęli wspólnie Rob. Mayer (1842) i H. Helmholtz (1847), aby sformułować z nich znane twierdzenie:
„Całkowita energia wszechświata jest stała”,
lub też: „Suma wszystkich energii spoczynkowych i czynnych we wszechświecie jest wielkością niezmienną.”

To ważne, tak zwane „prawo zachowania energii” (często, choć nieściśle i myląco, zwane również „prawem zachowania siły”) stało się odtąd pewnym, powszechnie uznanym fundamentem całej nowożytnej nauki przyrodniczej.*


*) Prawo to nie może być dowiedzione a priori i dlatego nie posiada bezwzględnej pewności. Jednakże, ponieważ opiera się na najszerszym gruncie doświadczeń, a nie znamy ani jednego faktu, który by mu przeczył — ani w przyrodzie nieorganicznej, ani w organicznej — ma ono bardzo wysokie, graniczące z pewnością prawdopodobieństwo.
Oczywiście, dotyczy to tylko przestrzennie ograniczonego, a więc skończonego świata; dla świata nieskończonego prawo to traci sens i staje się pustym frazesem, którym mogą się cieszyć jedynie „dzieci nauk przyrodniczych”. W ogóle bowiem przestrzenna i czasowa nieskończoność wszechświata jest sprzecznością samą w sobie, o ile oznacza skończoną nieskończoność. Ale cóż obchodzi logika pewien rodzaj naszych dzisiejszych przyrodników! Przecież tak ładnie brzmi mówienie o „nieskończonych przestworzach”, nawet jeśli nikt nie potrafi sobie ich naprawdę wyobrazić.


Wszystkie rzeczywiste zjawiska przyrodnicze, jakiegokolwiek rodzaju by były, ukazują się teraz jako czyste przemieszczania lub przemiany energii, albo też jedno i drugie równocześnie. Różne formy i stany zmieniają się, a wraz z nimi zmieniają się zjawiska. Lecz pod wszelkim przemijaniem form i stanów, we wszelkiej zmienności zjawisk, jedno pozostaje niezmienne — energia. W ten sposób wydaje się, że zdobyto jednolitą zasadę dla całej, przynajmniej całej nieorganicznej przyrody.

I nasuwa się myśl, by to tak doniosłe w dziedzinie fizyki zasadnicze prawo zastosować nie tylko do życia, lecz także do procesów duchowych, i by również je wyjaśnić jako wynik czystych przemian energii. Taki właśnie zwrot dokonał się w nowoczesnej nauce przyrodniczej za sprawą znanego lipskiego chemika W. Ostwalda. Oznacza on ostateczne zerwanie z materialistycznym poglądem dotychczasowej fizyki oraz próbę zbudowania jednolitego, czysto naukowo-przyrodniczego światopoglądu na innej podstawie niż materia.

Energetyka burzy naiwną, realistyczną wiarę w istotowość materii. Strąca to bezistotne widmo, ten złudny twór naszych zmysłów z tronu substancji i w jego miejsce stawia energię.
Materia — mówi — jest wytworem myśli, tworem naszego zmysłowego postrzegania, powstałym wskutek tego, że świat zewnętrzny poprzez określone działania energetyczne wchodzi z nami w kontakt.
Również „siła” jest jedynie abstrakcją, pojęciem naszego umysłu — a jedyną rzeczywistością jest energia.

W ten sposób materia przestaje być czymś istotnym, pierwotnym; staje się zjawiskiem pochodnym, powstałym przez przestrzenne współistnienie pewnych rodzajów energii.
„To, co nazywamy energią — mówi Ostwald — jest w istocie niczym innym, jak przestrzennie uporządkowaną grupą różnych energii.”*)

Energia jest tym, co rzeczywiste — jedyną czynną i niezmienną wielkością we wszechświecie, jedyną, która jest wspólna wszystkim bez wyjątku dziedzinom świata zjawisk.
Od zewnętrznego królestwa rzekomo istotnej materii lub choćby tylko poruszających się punktów siły nie ma bowiem żadnego pomostu do wewnętrznego królestwa świadomości: dla mechanistycznej fizyki powstanie odczucia i woli pozostaje — jak to przyznał Du Bois-Reymond — na zawsze nierozwiązywalną zagadką.

Energetyka jednak mniema, że w pojęciu energii posiada ów pomost, który prowadzi ku odczuwaniu i ku dziedzinie świadomości. Nie chce już uznawać dla siebie słów „Ignorabimus” („Nie będziemy wiedzieć”).

*) W. Ostwald, „Die Überwindung des wissenschaftlichen Materialismus” (Przezwyciężenie materializmu naukowego), 1895.
Tenże sam autor: „Vorlesungen über Naturphilosophie” (Wykłady z filozofii przyrody), 1902.

Skoro materia jest wytworem lub jedynie ogólnym zjawiskiem różnych energii, to czy nie można by przyjąć, że również odczucie lub wewnętrzne zjawisko duchowe jest tylko jej wytworem albo formą jej działania? Tak, podobnie jak wszystkie procesy przyrody są jedynie przemieszczaniem i przemianami energii, tak samo mają nimi być procesy duchowe — świadome i nieświadome. Tu, jak i tam, wszystko są to tylko fizyczne działania robocze, zwykłe przemiany jednej nieskończenie podzielnej i nieograniczenie przekształcalnej energii.
Nawet świadomość, całe duchowe życie człowieka, da się w ten sposób wyjaśnić (jako energię mózgu wielkiego lub centralnego układu nerwowego), a energia okaże się w istocie Jedno-Wszystkim Bytem świata — wszechświatową substancją, pozostającą w nieustannym ruchu, podziale i przemianie form.

Ten jedynie w swych głównych zarysach nakreślony próbny model naukowego monizmu opartego na zasadzie energetycznej zyskał faktycznie uznanie wielu osób — zarówno laików, jak i przyrodników, a nawet jednego teologa (A. Kalthoff). I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka wydaje się on równie gruntownym, co prostym rozwiązaniem wielkiej zagadki świata. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że wobec dwóch zasadniczych pytań każdej światopoglądowej koncepcji jest on całkowicie nieadekwatny.

Przede wszystkim bowiem nie da się w żaden sposób usprawiedliwić zaliczenia świadomych procesów duchowych do pojęcia energii lub „zdolności do pracy”.
Gdyby bowiem nasze przeżycia psychiczne rzeczywiście były procesami energetycznymi, to — podobnie jak wszystkie inne — musiałyby dać się postrzegać zmysłowo lub w inny sposób mierzyć zewnętrznie: albo bezpośrednio poprzez ilość energii, która w innej, mierzalnej formie zanikła. Tymczasem tak nie jest.

Jeszcze nikt nie zmierzył za pomocą narzędzi i metod nauk przyrodniczych „wydajności pracy” jakiegokolwiek wrażenia lub wyobrażenia; nikt też nie wykazał, że przy pojawieniu się żywej myśli w świadomości jakakolwiek energia fizyczna w mózgu czy gdziekolwiek indziej zanika. I dowód taki nigdy nie zostanie przeprowadzony — tak samo, jak nigdy nie zmierzy się fizycznej pracy czy zdolności do pracy jakiegoś wyobrażenia.
Nie stanie się to również „dzięki lepiej rozwiniętym metodom pomiarowym przyszłych czasów”, na które Ostwald chętnie nas odsyła, by ostatecznie rozstrzygnąć kwestię jego hipotezy „energii duchowej” (N. 377–378).

Nasze odczucia bowiem, podobnie jak każda inna treść świadomości na nich oparta, nie są czymś realnym, lecz czymś czysto idealnym.
Jako treści świadomości mają one oczywiście jedynie byt świadomy, tj. czysto pomyślany, wyobrażony, ale nie byt realny.*)


*) Nawet Haeckel uznaje tę „idealną” naturę zjawisk świadomości, gdy (w Lebenswunder, s. 118, 9, 12 i in.) określa wyobrażenia jako wewnętrzne obrazy zewnętrznych przedmiotów. Nie uświadamia on sobie jednak konsekwencji tego trafnego poglądu, który obala cały jego naturalistyczny monizm.


A przecież nasze przeżycia nie są żadnymi działaniami, lecz jedynie stanami naszego wnętrza — nie oznaczają czynu ani działania, lecz tylko doznawanie naszego ducha, a więc nie wykonują żadnej pracy w sensie fizycznym.
Ba, nowoczesna psychofizyka dostarczyła nawet (czegoż więcej może chcieć przyrodnik!) „ścisłego” dowodu, że zjawiska świadomości nie podlegają prawu zachowania energii.

Zgodnie bowiem z prawem Webera–Fechnera, które również Ostwald uznaje (N. 186 — choć nie wyciąga z niego koniecznych wniosków), między odczuciem a bodźcem zmysłowym (lub wrażeniem nerwowym) nie zachodzi równość, lecz istnieje stosunek logarytmiczny.
Oznacza to, że jeśli siła bodźców wzrasta w postępie geometrycznym, to siła wywołanych przez nie odczuć zwiększa się jedynie w postępie arytmetycznym.

Ogólnie mówiąc: różnice w natężeniu odczuć odpowiadają nie absolutnym, lecz tylko względnym różnicom w sile bodźca, tak że ten sam przyrost bodźca może czasem wywołać wyraźną zmianę odczucia, a czasem żadnej.
Ponadto dla wszystkich wrażeń zmysłowych istnieje próg dolny i górny, tzn. granica, poza którą dalsze osłabienie lub wzmocnienie bodźca nie jest już w ogóle odczuwane.

Wszystko to jest całkowicie nie do pogodzenia z założeniem, że same odczucia mają naturę energetyczną.
A jeśli mimo to chce się przenieść naukowe pojęcie energii na zjawiska psychiczne, to „energia duchowa” pozostaje zawsze energią swoistego rodzaju (sui generis) — formą działania całkowicie szczególnej natury, zajmującą wobec wszystkich innych znanych z przyrody form pracy pozycję całkowicie wyjątkową.

Podczas gdy tamte są wobec siebie równoważne i przeliczalne, ta nie daje się porównać z żadną inną, nie podlega prawu zachowania energii i nie powstała przez przekształcenie z żadnej z nich.
A podczas gdy wszystkie inne formy energii mogą być obiektywnie i zewnętrznie — tj. za pośrednictwem naszych zmysłów — spostrzegane i mierzone przy pomocy metod nauk przyrodniczych, energia duchowa odczuć i wyobrażeń nigdy nie jest obiektywna, nigdy zewnętrzna, nigdy uchwytna zmysłami ani miarami fizyki, lecz zawsze tylko wewnętrzna, rozpoznawalna jedynie w subiektywnym doświadczeniu naszej własnej świadomości.

Mamy więc w niej formę energii, która w swych podstawowych właściwościach jest całkowicie różna od wszystkich znanych nam form energii w przyrodzie.
Ta różnica zaś jest niczym innym, jak tą samą przepaścią, którą energetyczna koncepcja chciała przezwyciężyć:*)
— przepaścią między naturą (materią lub energią) a świadomym duchem, między rzeczywistością a wyobrażeniem, światem cielesnym a światem myśli, czyli między obiektywnie realną sferą istnienia naturalnego a subiektywnie idealną sferą świadomości.


*) Por. Max Verworn: Naturwissenschaft und Weltanschauung oraz moją krytykę tego wystąpienia w dodatku do Münchener Allgemeine Zeitung z 25 lipca 1905 r., nr 169.


I tak jak na przeciwieństwie natury i ducha, istnienia i świadomości, rzeczywistości i wyobrażenia, realnego i idealnego — energetyka zawodzi także w próbie sprowadzenia danej wielości zjawisk przyrody do jednej wspólnej podstawy.
Albowiem jednolita, niezmienna energia wszechświata, o której mówi prawo energii, nie jest w rzeczywistości żadną jednością — nie w tym sensie, w jakim jej poszukujemy i jakiej potrzebujemy dla wyjaśnienia wielorakiej rzeczywistości. Jest raczej tylko sumą — niezmienną sumą wszystkich pojedynczych działań natury.

Nie jest więc niczym pierwotnym, niczym rzeczywistym ani istotnym: nie jest realnością, lecz raczej czystym pojęciem ogólnym, „wytworem myśli” w znacznie większym stopniu niż wyparty przezeń pojęcie materii.
W rzeczywistości nie jest niczym — niczym absolutnie — gdy oderwiemy ją od wielości poszczególnych zjawisk i działań, z których się składa, i dlatego nie jest w stanie ich wyjaśnić.

W przyrodzie dane są nam zawsze tylko różne rodzaje lub formy energii, a właściwie nawet nie one same, lecz jedynie określone, przemijające układy takich energii — poszczególne procesy energetyczne tego czy innego rodzaju.
Niezmienność sumy tych pojedynczych działań natury wskazuje wprawdzie na jakiegoś niezmiennego, wiecznie tożsamego i trwałego nośnika tych aktywności, ale owa suma, złożona dopiero z poszczególnych działań, nie jest tym jednolitym nośnikiem sama w sobie.

Także fakt, że dane grupy tej lub innej formy energii mogą w siebie wzajemnie przechodzić, wskazuje wprawdzie niezbicie, iż wszystkie są ze sobą wewnętrznie spokrewnione i w istocie stanowią tylko różne formy przejawiania się jednej i tej samej istoty — lecz tym samym ta istota nie została jeszcze w żaden sposób bliżej określona.
A owe liczne poszczególne rzeczy i procesy natury pozostają nadal tym, czym są: zewnętrznie od siebie odrębnymi i wyraźnie różnymi zjawiskami, których wewnętrzne pokrewieństwo dopiero wymaga wyjaśnienia.

Fizycy skłonni są ujmować różne rodzaje energii jedynie jako różne formy przejawiania się, konstelacje lub postrzegalne wyniki całkowite jednej i tej samej formy podstawowej, mianowicie energii mechanicznej. Innymi słowy: wszystkie pozornie jakościowe różnice energii sprowadzają do różnic czysto ilościowych w przestrzennym uporządkowaniu molekularnej, mechanicznej energii — a więc do ruchów lub przejawów siły atomów bądź cząsteczek, które tylko z powodu swej małości nie są przez nas postrzegane jako takie, lecz wchodzą do spostrzeżenia zmysłowego wyłącznie poprzez swoje, za każdym razem odmienne, wyniki całkowite.*) I sądzę, że owi fizycy mają w tym całkowitą rację. Tylko w ten sposób można uzyskać jednolite wyjaśnienie zjawisk przyrody nieorganicznej; tylko w ten sposób w ogóle da się osiągnąć jednoznaczne określenie zajść naturalnych.

Jednakże, wraz z takim sprowadzeniem wszystkich innych form energii do jednej formy podstawowej — energii mechanicznej — dostrzegamy też wyraźnie, jak niewiele w gruncie rzeczy ujęcie energetyczne wyprowadza nas poza mechanistyczny obraz dotychczasowej nauki przyrodniczej: podobnie jak tamten obraz, nie potrafi ono zbudować mostu od natury do królestwa świadomości, ani też rzeczywiście sprowadzić wielości danych zjawisk do jednej podstawy.

Z tych i innych, niebranych tu pod uwagę powodów, właściwi energetycy (Mayer, Mach, Helmholtz, Ostwald i in.) nie chcą słyszeć o takim powrocie do mechaniki atomów i twierdzą — wbrew całej najnowszej teorii poznania — o jakościowej różnicy nie tylko naszych subiektywnych spostrzeżeń zmysłowych, lecz także ich przyczyn zewnętrznych, czyli rzeczywistych rzeczy bądź procesów w przyrodzie. Innymi słowy: chodziłoby nie tylko o pozorne, lecz rzeczywiste i istotne różnice realnych energii samych w sobie, które jednak o tyle nie mogą być istotne, że — w zależności od potrzeby lub okoliczności — zastępują się wzajemnie i przekształcają się jedne w drugie.

W ten sposób stajemy już na wstępie wobec sprzeczności, nierozwiązywalnej zagadki. I czymże na tym stanowisku jest owa Jedna energia, nazywana Jedno-Wszystkim substratem, wewnętrzną istotą wszystkich pojedynczych zjawisk przyrody, jednolitym nośnikiem i wyjaśniającą podstawą danej wielości? Z pewnością nie jest nią niezmienna suma energii z pierwszego głównego prawa energetyki; ta bowiem — jak powiedziano — nie jest niczym pierwotnym, lecz raczej jednością wtórną, złożoną z pojedynczych ilości energii.*)


*) Por. E. v. Hartmann, Die Weltanschauung der modernen Physik (1902) — dzieło, które każdy przyrodnik, któremu naprawdę zależy na jasności podstawowych pojęć swojej nauki, powinien gruntownie przestudiować.


Ale czym zatem jest owa jedna, istotowa czy substancjalna energia? Najwyraźniej niczym postrzeganym ani kiedykolwiek postrzegalnym ludzkimi zmysłami: niczym danym w doświadczeniu — ani w bezpośrednim doświadczeniu świadomości, ani też choćby w pośrednim doświadczeniu samych naturalnych procesów. Jest raczej czymś, co zostaje dodomniemane do doświadczenia, do jedynej rzeczywiście danej wielości zjawisk, jako ich nie-doświadczeniowa jednolita podstawa lub wspólna wewnętrzna istota. A więc bez wątpienia czymś transcendentnym, i to nie tylko w sensie epistemologicznym, lecz także metafizycznym: czymś ponadnaturalnym, bezwzględnie wykraczającym poza zakres nauk przyrodniczych. Innymi słowy — byt metafizyczny.

Sama w sobie nie jest to oczywiście cecha naganna, choć z pewnością niezgodna z właściwą intencją owych energetycznie nastawionych przyrodników. Ale czy jest to teza metafizyczna do utrzymania? Czy rzeczywiście wyjaśnia to, co powinna wyjaśnić: jednolity związek wszystkich pojedynczych zjawisk? Sądzę, że nie. Ma się bowiem rzekomo nie pokrywać z żadną ze swych rozlicznych form przejawiania się, lecz być wróżką, która w nie wszystkie się przemienia, a jednak w żadnej nie odsłania swej właściwej istoty. Czy można z tym w ogóle połączyć jakiekolwiek wyobrażenie? Czy to tajemnicze, wszędzie jedynie w przebraniach występujące coś, ta cudowna pra-energia, jest czymś więcej niż całkowicie niezrozumiałym, opisowi wymykającym się fantastycznym bytem? A nawet bytem o niepojętych, najwyraźniej wzajemnie sprzecznych własnościach?

Zapewnia się nas, że nieustannie zmienia ona swoją formę, rozszczepia się na cały szereg różnych postaci, daje się rozkładać na czynniki i sumandy. Ale wtedy jest ona przecież przeciwieństwem tego, czego szukamy: nie jest pierwotną, niezmienną jednością, nie jest „nieruchomym biegunem” w „ucieczce zjawisk”. Jeśli zaś nie jest podzielna ani zmienna — czymże jest? „Energią” po prostu? „Zdolnością do pracy” jako taką? Wydaje mi się, że nie byłoby to nic innego jak czysta, z wszelkiej treści określonej odarta, a do samodzielnego bytu nadęta abstrakcyjna forma działalności lub możności.

I do tego właśnie w istocie sprowadza się cały energetyczny monizm. „Energia” substancjalna właściwej energetyki nie jest niczym więcej niż uogólnieniem — od wszystkich rzeczywistych procesów przyrody odjętym i urzeczowionym pojęciem ogólnym zdolności do pracy lub naturalnej sprawczości. Jeśli nie wręcz — jak u E. Machausamodzielnionym prawem działania: matematyczną formułą, wyprowadzoną w umyśle fizyka z rzeczywistego biegu przyrody, a przy tym wewnętrznie niezrozumianą; czystą relacją myślowąbez tego, do czego się odnosi, bez realnego czegoś, co by ją urzeczywistniało. Cała rzeczywistość przypada bowiem po stronie rzeczywistych, do wzoru nie włączonych pojedynczych zdarzeń, a wszelka określona treść — po stronie owych rzeczywistych pojedynczych zjawisk, różnych znanych nam rodzajów energii.

Dla pierwotnej ur-energii, tej jednej, istotowej, niezmiennej energii energetycznego monizmu, nie pozostaje faktycznie nic więcej, jak pusta forma lub abstrakcyjne prawo zdolności do pracy czy naturalnej sprawczości. Z takiej pozbawionej treści pustej formy wyprowadzić daną wielość rzeczywistych zjawisk z całym ich wielorako określonym kontentem; uważać ją za ostatnią, pierwotną istotę, jednolitego nosiciela i stwórczą pra-podstawę świata — to jest po prostu niemożliwe.

Tak, nawet gdybyśmy tej pustej formie energii lub zdolności do pracy potrafili nadać jakiś kontent, i tak nie moglibyśmy się na niej zatrzymać. Już choćby z tego względu, że jest ona czystą możnością lub czystą działalnością. Nie możemy bowiem pomyśleć działalności bez działającego — czegoś, co się w niej uaktywnia, co działalność ustanawia, podtrzymuje i niesie. Wszelkie próby wmówienia nam abstrakcyjnej formy czy nawet abstrakcyjnego prawa działania jako działającego, jako wytwórcy i nośnika działalności, rozbijają się o strukturę naszego rozumu. Można to co najwyżej twierdzić, lecz nie damy sobie wmówić, że można to rzeczywiście pomyśleć.

Co więcej, bez takiego istotowego, jednoczącego nośnika samej siebie działalność — dzieląc się na różne pod-działania — musiałaby nieuchronnie się rozprysnąć. Rozumiemy dobrze, jak jeden byt może pozostać jednym, gdy jego działalność się dzieli. Rozumiemy także, jak świadomy Duch Wszechświata lub Dusza Świata może w swej istocie pozostawać sobie równy, pomimo całej zmienności swych działań. Natomiast jak działalność, unosząca się samodzielnie w powietrzu bez takiego trwałego, jednolitego nośnika, mogłaby pozostać jedna, gdy się dzieli, i niezmienna, gdy zmienia się treściowo — to przerasta nasze zrozumienie, ponieważ jest oczywistą sprzecznością.

Dlatego też materializm miał całkowitą rację, domagając się dla wiecznie zmiennej sprawczości natury trwałego podmiotu, a dla przejawów siły atomówsubstancjalnej podstawy. Jego błąd polegał jedynie na tym, że owego istotowego nośnika naturalnej sprawczości lub jej poszczególnych przejawów siły szukał w zmysłowym złudzeniu materii, przypisując temu, co poza świadomością, samodzielny byt — i tym samym odciął sobie nie tylko most do królestwa świadomości, lecz także drogę od wielości danych zjawisk przyrody do jedności ich istotowej podstawy.

Energetyka przejrzała ten błąd i rozprawia się w umysłach przyrodników (oby gruntownie i na zawsze!) z przesądem wiary w realnie istniejącą, istotową, „samą w sobie” materię. Popełnia jednak w zamian błąd nie mniej wielki i brzemienny w skutki: w ogóle neguje wszelkiego nosiciela działalności i wystawia tę ostatnią samą na siebie, w powietrze. Co więcej, pomimo całego swego krytycznego tonu pozostaje — nie tylko u Ostwalda, lecz także u Ernsta Macha z jego wielce wychwalanym „monizmem epistemologicznym” (sprzeczność sama w sobie!) — w gruncie rzeczy naiwnym realizmem i jako taki oddaje taki sam haracz zmysłowemu pozorowi, jak materializm.

Albowiem tak jak materializm wyprowadza zjawisko zmysłowe materii poza świadomość i na zewnątrz, w rzeczywistej przyrodzie, przyznaje mu samodzielny byt, tak nowoczesna jakościowa energetyka z kolei przenosi czysto subiektywne różnice jakości wrażeń zmysłowych na pozaświadomy, obiektywnie realny byt. Ba, ponieważ nasze zmysły postrzegają tylko energie, tj. niezwykle złożone, z wielu oddzielnych działań złożone wyniki całkowite procesów przyrody, energetyk bierze te właśnie wyniki za pierwotne, chociaż sam zmuszony jest rozkładać je na prostsze zależności. Czyni więc zjawisko wtórne (energię) przyczyną lub wytwórcą zjawiska pierwotnego (przejawu siły).

I na tym nie koniec. Chciałby ponadto — swoim jednostronnym zasadą, zaczerpniętą wyłącznie z naturalnej strony świata zjawiskwyjaśnić również świadomość, a nawet uchwycić jednolitą, istotową podstawę obu: natury i ducha, świadomości i zewnętrznego bytu materialnego — nie przekraczając natury! A dlaczego to wszystko? Ponieważ energetyka jako nauka przyrodnicza ma zarazem być światopoglądem; ponieważ i ona w gruncie rzeczy wyrasta z dążenia naszych dzisiejszych przyrodników, by formułami i metodami swej własnej specjalnej nauki rozwiązać wszystkie zagadki świata albo przynajmniej przedstawić wyniki badań przyrodniczych jako ostateczne wyniki wszelkich badań w ogóle. Fizyka ma zostać osadzona na tronie metafizyki.

Skoro jednak w rzeczywistości nie można obyć się bez zasad metafizycznych — a wszyscy ci, którzy słowami gromią wszelką metafizykę, niepostrzeżenie znów w nią popadają — przeto energetyczny monizm ostatecznie sprowadza się do tego, że czyste zjawisko zmysłowe zostaje wyniesione do rangi nad-zmysłowej istoty, a wyłącznie fizyczna czy fizykalna zasada — niepostrzeżenie — do zasady metafizycznej: przedsięwzięcie wewnętrznie niedorzeczne, które musi uwikłać nas w trudności równie nierozwiązywalne, co materializm, czyniący dokładnie to samo ze swoją istotową materią.

Kiedyż wreszcie nasi dzisiejsi przyrodnicy, kiedy szerokie rzesze wykształconych, przez nich uwarunkowane, pojmą, że światopogląd monistyczny, rzeczywiście jednoczący daną wielość zjawisk wraz z ich przeciwieństwem natury i ducha, można zaczerpnąć tylko u filozofa? I to u prawdziwego filozofa, jakiego rzadko spotyka się na katedrach! U filozofa współczesności, a nie dawno już przezwyciężonej przeszłości! Powiedzmy to wprost: tylko u wielkiego, niedawno zmarłego myśliciela naszego narodu — Eduarda von Hartmanna!

„A gdy ludzkość znów całkiem
o swoim boskim pochodzeniu zapomnieć grozi,
w cierpieniu i walce i w grzechu,
wtedy się zdarza,
że cząstka Boga — wielka, doskonała, wzniosła —
nie przechodząc tych tysiąca i znów tysiąca stopni
od atomu do człowieka,
że sam Bóg w ludzkiej postaci
pojawia się wśród ludzi,
aby ich «zbawić»,
to znaczy, cierpiąc i umierając podobnie jak oni,
dzieląc z nimi los człowieka,
na nowo jasno określić wartość radości i cierpienia ziemskiego,
uczyć i zaświadczać,
że człowiek od Boga pochodzi
i gdy wespnie się po swoich szczeblach,
znów staje się Bogiem.
«Przyszedłem od Ojca i idę do Ojca.»”

Dephobe (J. L. G.), Über dich selbst hinaus.

źródło: ENERGETISCHER MONISMUS; Neue Metaphysische Rundschau – Band XIX 1912.