Recenzja H. F. Prevosta Battersby’ego
Spirytyści nie mają wielkiej potrzeby przejmować się przestrogą: „biada wam, gdy wszyscy ludzie dobrze o was mówić będą”. Mogliby jednak życzyć sobie większej miary inteligencji u tych, którzy czynią coś przeciwnego.
Najnowszy wysiłek dra Harolda Deardena* jest tu bardzo dobrym przykładem. Sam tytuł książki budził pewne nadzieje. Byłoby zabawne zobaczyć, jak Nauka łączy się z Kościołem, aby oskarżyć nas o konszachty z diabłem. Tytuł okazał się jednak równie bezcelowy jak reszta tomu. Jedyne znaczenie, jakie posiada, jest przeciwieństwem jego własnej pretensji, ponieważ dr Dearden uważa spirytyzmu ani za diabelski, ani za prawdziwy.
Jego umysł wydaje się wciąż zamglony przez średniowiecze. Ilustracje, które uznaje za najodpowiedniejsze dla dzieła naukowego, przedstawiają czarownice jadące na miotłach i zajęte przygotowawczą toaletą; chochliki i upiorne potworności mające obrazować „Moce Zła”; diabła i jego pachołków ścigających podróżnego na koniu. Wszystko to trafnie ukazuje zanurzenie dra Deardena w urojeniach epok zaciemnionych przez niewiedzę i zabobon.
Przykłady, które proponuje swoim czytelnikom w tym roku łaski, sięgają od dra Johna Dee i pana Edwarda Kelly’ego z czasów Elżbiety, przez pannę Sawyer, która sto lat później sprzedała duszę diabłu, pana Matthew Hopkinsa około roku 1650, aż po „pewnego Richarda Hathawaya” z roku 1700.
Może istotnie czuć się bezpieczniej w owych odległych czasach. Jednak pewna znajomość ich literatury mogłaby uchronić go przed śmiesznym stwierdzeniem, że „do roku 1848 nikomu nie przyszła do głowy możliwość rozmyślnej łączności między żywymi a umarłymi”.
Nawet jeśli uważa się za zbyt naukowego, by brać pod uwagę wczesne roczniki Kościoła, mógłby – w stuleciu, które tak sobie upodobał – zajrzeć do dzieła opublikowanego w Paryżu w 1588 roku przez uczonego i wysoko cenionego Noëla Taillepieda, Psichologie ou traité de l’apparition des Esprits. Praca ta powinna oświecić jego niewiedzę w tym przedmiocie.
Autor mówi nam, że jest „dość skutecznym praktykiem w szczególnej dziedzinie medycyny psychologicznej”, co wiele wyjaśnia. Zawodowi psychologowie i psychoanalitycy bywają bowiem tak porwani przez niedawne dodatki do swej wiedzy, iż sądzą, że wszystko, co psychologiczne, zostanie ostatecznie wyjaśnione procesami materialnymi.
Tymczasem rozsądniej byłoby powstrzymać się od szyderstwa wobec procesów, których się nie rozumie. Dr Dearden drwi z uzdrowień dokonywanych przez „leczenie na odległość”. A jednak takie uzdrowienia rzeczywiście się zdarzają – często przez ludzi i u ludzi najmniej do tego, zdawałoby się, predestynowanych. Gdyby miał doświadczenie świata leżącego poza samozadowoloną pewnością „cywilizowanej” psychologii, mógłby się nauczyć, że życie może być tragicznie i zbrodniczo zdane na łaskę „oddziaływania na odległość”. Można by też sądzić, że nawet pobieżne dochodzenie uchroniłoby go przed niefortunnym szyderstwem z pracy dra Carla Wicklanda.
Dr Dearden mówi nam, że „w dzisiejszych czasach czary są całkowicie zdyskredytowane”. Jeśli przez czary rozumie praktykę magii, należałoby raczej powiedzieć, że dopiero zaczyna się ją badać.
Jak ograniczone jest jego doświadczenie, podkreśla stwierdzenie: „Nie może być na świecie nic bardziej bezbarwnego i przygnębiającego niż duchy biorące udział w przeciętnym seansie… człowiek boleśnie przypomina sobie stare kobiety w przytułkach. Spirytyści dodali śmierci nowy strach”.
Świadomość, że po Drugiej Stronie może zostać wezwany do wyjaśnienia książki Devilish But True, mogła istotnie dodać grozy oczekiwaniom dra Deardena. Wydaje się jednak, że miał pecha do seansów, z których ułożył swoją „przeciętną”.
Mówi nam również, że „nie ma żywej istoty pokorniejszej niż przeciętny psycholog”. I tutaj znów chciałoby się wiedzieć, z jakich danych wyprowadzono tę „przeciętną”.
Pamiętając gorycz, z jaką psychologowie atakowali – a być może nadal atakują – „zabobon” różdżkarstwa, oraz ich obecny stosunek do każdego uczonego, który, jak prof. J. B. Rhine, próbuje rzucić nieco światła na ich ulubione awersje, trudno zauważyć wielki postęp w pokorze od czasów sir Williama Crookesa.
To, jak niedostępne dla dowodów są umysły podobne do umysłu dra Deardena, jeśli z góry postanowiły ich nie przyjąć, dobrze ilustruje przypadek zjawy, który autor mógł zbadać wyczerpująco.
Po przedstawieniu sprawy – zbyt długiej, by ją tu cytować – dochodzi do wniosku: „Na pierwszy rzut oka wydawałoby się niemożliwe uniknięcie przekonania, że istotnie zaszło jakieś zjawisko nadprzyrodzone, i przyznaję, że nadal nie potrafię całkowicie oprzeć się temu wnioskowi”.
Następnie jednak przystępuje do bardzo gadatliwego oporu, prowadzonego „wzdłuż normalnych linii psychologicznych”, który błądzi ku przekazywaniu myśli i gołębiom pocztowym, nie mierząc się z problemem, od którego wyszedł.
Podobnie jak większość psychologicznych materialistów, autor zdaje się nie wiedzieć, czy wierzy w telepatię, czy nie. Chroni się jednak za nią przed niewygodnymi wnioskami. Posuwa się nawet do halucynacji wywołanej telepatycznie, gdy dwie, trzy lub więcej osób niezależnie uświadamiają sobie to samo zdarzenie.
Chciałoby się zobaczyć, jak on sam albo jakikolwiek inny niewprawny wykonawca próbuje komuś „wtelepatyzować” halucynację! A jednak właśnie w ten sposób wyjaśniłby przekonanie komandora Stokera i jego dwóch towarzyszy, że podczas ucieczki przed Turkami towarzyszyła im duchowa obecność – choć żaden z trzech nie wspomniał o tym, co widział, dopóki zjawa nie zniknęła.
Ich telepatyczne złudzenia, podobnie jak doświadczenie sir Ernesta Shackletona podczas jego słynnej podróży łodzią oraz doświadczenie pewnego przyjaciela przy niebezpiecznej pracy w Rosji, przypisałby rozstrojowi umysłu pod wpływem niebezpieczeństwa i niedostatku. Najwyraźniej nie jest w stanie pojąć, że to właśnie owo napięcie, wstrząsając umysłem i uwalniając go od cielesnych ograniczeń, pozwala mu funkcjonować w mniej spójnie postrzeganym wymiarze. Zdolności jasnowidzenia często pojawiały się po długotrwałym poście.
Można się zastanawiać, czy to właśnie medyczne uprzedzenia autora czynią go tak osobliwie nietolerancyjnym wobec terapii psychicznych. Pisze on, że „szanowani uzdrowiciele, czy to w Lourdes, czy gdzie indziej… zapewniają wielkiej liczbie histerycznych cierpiętników tanią i szczęśliwą ucieczkę od ich kłopotów… lecz mogą to uzyskać tylko u osób histerycznych. Nie miejcie co do tego wątpliwości”.
Oczywiście zawsze można oskarżyć człowieka o histerię, niezależnie od choroby i niezależnie od uzdrowienia. Żylaki, ropiejące złamania, miejscowa gruźlica, obustronna stopa końsko-szpotawa, nawracający nabłoniak, rak, ukąszenie węża – by wybrać tylko kilka spośród potwierdzonych uzdrowień – nie mogą wszystkie zostać oznaczone etykietą neurotycznych. Jeśli zaś mogą, to nie ma choroby, której nie dałoby się tak nazwać.
„Jeśli szczery badacz nadprzyrodzoności jest naprawdę szczery” – mówi autor – „nie byłoby dla niego bynajmniej nierozsądne trzymać się od spirytyzmu z daleka”.
Niezależnie od tego, czy dr Dearden jest szczery, czy nie, dobrze zrobiłby, gdyby zastosował do siebie własną radę udzieloną badaczowi – zwłaszcza jeśli nie potrafi oczyścić umysłu z psycho-medycznych uprzedzeń. Jego nieprzydatność do podjętego zadania dobrze ilustruje bezowocna gorycz ataku na Daniela Home’a, spóźniona niemal o całe stulecie.
Doprawdy dziw, że powstrzymał się od entuzjastycznego przywołania wyjaśnienia pewnej starej kobiety z Ameryki, gdy skonfrontowano ją z osiągnięciami Home’a. „Ojej, panowie” – powiedziała – „to przecież dość proste: on tylko najpierw naciera się cały złotym ołówkiem”.
źródło: The Doctor and the Devil; LIGHT – May 7, 1936.