autor George Lynn
– Nie wierzę w spirytualizm – powiedziała pewna bystra, drobna dama, z którą niedawno rozmawiałem. Prowadziliśmy ogólną rozmowę na temat zasad ewolucji, teologii, nauk społecznych i ekonomii politycznej.
Byłem rozbawiony, jak często zdarzało mi się już wcześniej podczas mojej pracy przeciw niewolnictwu, przez ludzi, którzy twierdzili, że są tak samo przeciwni niewolnictwu jak my, ale chcieli, aby wyraźnie rozumiano, że nie są abolicjonistami.
Ta dama należy do licznej klasy ludzi; a szczególnie pobudzające w tej sprawie jest to, że wszyscy są gotowi, z jakimś nieodpartym dowodem, podtrzymywać właśnie to, czemu zaprzeczają.
Po tej deklaracji powiedziała:
– Ale, panie Lynn, jeśli zechce pan, i jeśli będzie gotów mnie wysłuchać, opowiem panu, jak duch pewnego człowieka ocalił kiedyś moje życie.
Gdy chętnie się zgodziłem, powtórzyła niemal dosłownie następującą historię:
– Kiedy nasze pierwsze dziecko miało prawie trzy lata, ciężko zachorowało. To dziecko było moim Bogiem. Nikt oprócz matki nie potrafi powiedzieć, jak bardzo je kochałam.
Oprócz innych dolegliwości miało obrzęk po jednej stronie głowy, co wymagało mojej stałej troski. Chodzenie zdawało się przynosić mu ulgę w bólu.
Po tygodniach wyczerpującej opieki i niepokoju sama zapadłam na ciężką gorączkę. Po długim okresie choroby osłabłam tak bardzo, że zwołano konsylium lekarzy. Doszli oni do wniosku, że mój przypadek jest całkowicie beznadziejny.
Ostatnią nikłą nicią, na której opierali jakąkolwiek nadzieję, była skuteczność i moc pewnego szczególnego leku o płynnej naturze, znajdującego się we flakoniku. Niewielka jego ilość miała być podawana w określonych odstępach czasu, niezbyt od siebie oddalonych.
Jeden z głównych lekarzy powiedział do mnie:
– Pani…, jeśli ma pani coś do powiedzenia albo jakieś sprawy do uporządkowania, proszę zrobić to dzisiaj. Proszę nie zwlekać do jutra, bo jutro nie będzie pani mogła już wyzdrowieć.
Powiedziałam, że wyzdrowieję.
Spojrzał zdumiony i powiedział:
– Gdybym mógł mieć pewność, że tak będzie, oddałbym hrabstwo, ba, cały stan Michigan. Ale to niemożliwe. Nic nie jest niemożliwe dla Boga, lecz Bóg może to uczynić.
Byłam tak słaba, że ledwie słyszałam własny głos, a mimo to powiedziałam spokojnie:
– Wyzdrowieję.
Wszyscy lekarze twierdzili, że jest to wykluczone, ponieważ zaczęła się już martwica.
Teraz przechodzę do najważniejszej części.
Pewien lekarz, wielki przyjaciel moich rodziców, który zmarł siedem lat wcześniej i traktował mnie tak serdecznie jak własne dziecko, którego także ja kochałam równie mocno, zdawał się wchodzić w mój umysł. Pomyślałam, że gdyby tylko był tutaj, wyzdrowiałabym.
Byłam tak przekonana o tym, że zdawało się to brać w posiadanie całą moją duszę.
Mój pokój był pełen zaniepokojonych osób czuwających przy mnie. Ich obecność była dla mnie ciężarem, od którego czułam, że muszę zostać uwolniona, inaczej śmierć z pewnością nastąpi. Ujawniłam to uczucie, prosząc, aby nikt nie pozostawał w pokoju poza moim ojcem.
Moja prośba została spełniona. Poprosiłam wtedy ojca, aby położył się na kanapie. Uczynił to i wkrótce mocno zasnął.
W tym momencie drzwi sypialni otworzyły się i wszedł doktor – dokładnie taki, jakim pamiętałam go sprzed lat. Podszedł do łóżka, zawołał mnie po imieniu i ujął mój puls.
Powiedział:
„Jesteś bardzo chora, ale nie bój się – wyzdrowiejesz”.
Nigdy nie byłam bardziej przytomna, a mimo to nie odczuwałam najmniejszego lęku.
Kontynuował:
„Powiedziałem ci, że wiedziałem”.
Zbadał lekarstwo i powiedział, że proszki mi nie zaszkodzą. Następnie wziął flakonik, wyjął korek, spróbował jego zawartości i powiedział:
„Ale nie wolno ci brać już więcej tego, bo inaczej nie wyzdrowiejesz”.
Potem powiedział mi, jak powolny będzie mój powrót do zdrowia. Dodał, że nie zdaję sobie sprawy, jak długo potrwa, zanim będę mogła chodzić, bo miną ponad trzy miesiące – było ich prawie cztery.
Po dalszej krótkiej rozmowie odszedł.
Wkrótce potem wszedł mój mąż i rozgniewał się, widząc, że ojciec nadal śpi – tym bardziej że czas przyjęcia lekarstwa już minął.
Gdy oświadczyłam, kto u mnie był i że nie wezmę już ani odrobiny tego lekarstwa, przypisano to kaprysowi chorego mózgu. Lekarze jednak powiedzieli, że zmuszanie mnie do tego w takich okolicznościach przyniosłoby więcej szkody niż pożytku.
Była tak poważna, że mnie to rozbawiło, i powiedziałem ze śmiechem:
– Oczywiście, pani nie wierzy w spirytualizm.
Zrozumiała sens tej uwagi i powiedziała:
– Panie Lynn, czy pan naprawdę uważa, że mój drogi ojciec, który zmarł dziesięć dni temu, jest teraz ze swoimi ukochanymi?
Odpowiedziałem:
– Wiem, że jest – i że jest także z panią.
Jej oczy napełniły się łzami i dały mi dowód, że nie ufała własnemu wcześniejszemu zaprzeczeniu. Serce matki, które czciło dziecko i – jak sama powiedziała – uczyniło je swoim Bogiem, nie mogło odrzucić tej pięknej prawdy, która uczy o łączności duchów i daje jedyny pozytywny dowód dalszego, postępującego istnienia.
źródło: How a Spirit Saved a Life; THE GOLDEN WAY – Vol. 1. May, 1891. No. 3.