Geniusz
„Geniuszu! Darze Niebios, boskie światło!
Pośród niebezpieczeństw i zguby skazany jesteś, by jaśnieć.
Często słabość ciała krępuje twoją siłę,
często wilgoć tłumi, a niecierpliwość powstrzymuje twój bieg;
drżące nerwy zmuszają cię do powściągania
szlachetniejszych wysiłków w walce z bólem,
niedostatkiem lub smutkiem, nieszczęsny gościu!”
— Crabbe
Wśród wielu problemów, które nie zostały dotąd rozwiązane w obrębie Tajemnicy Umysłu, szczególne miejsce zajmuje pytanie o geniusz. Skąd pochodzi i jaka jest jego raison d’être, przyczyna jego niezwykłej rzadkości? Czy rzeczywiście jest „darem Niebios”? A skoro tak, dlaczego takie dary przypadają jednemu człowiekowi, podczas gdy innemu przeznaczone są ociężałość umysłu, a nawet głupota?
Uznawanie pojawiania się ludzi i kobiet obdarzonych geniuszem za zwykły przypadek, za nagrodę ślepego losu albo za zjawisko zależne wyłącznie od przyczyn fizycznych przystoi jedynie materialistycznemu sposobowi myślenia. Jak słusznie zauważa pewien autor, pozostaje wtedy tylko jedna możliwość: zgodzić się z wierzącym w osobowego Boga i „odnosić pojawienie się każdej jednostki do szczególnego aktu boskiej woli i stwórczej energii”, albo też „rozpoznać w całym następstwie takich jednostek jeden wielki akt jakiejś woli, wyrażony w odwiecznym i nienaruszalnym prawie”.
Geniusz, tak jak definiował go Coleridge, z całą pewnością jest — przynajmniej z każdego zewnętrznego punktu widzenia — „zdolnością rozwoju”. Jednak dla wewnętrznej intuicji człowieka pozostaje pytaniem, czy geniusz jest niezwykłą zdolnością umysłu, która rozwija się i wzrasta, czy też jest nią fizyczny mózg, jego narzędzie, który dzięki pewnemu tajemniczemu procesowi staje się zdolny przyjmować i przejawiać na zewnątrz to, co od wewnątrz pochodzi z wrodzonej i boskiej natury Nadduszy człowieka.
Być może dawni filozofowie, w swej niewyszukanej mądrości, byli bliżsi prawdy niż nasi współcześni mędrcy, kiedy obdarzali człowieka opiekuńczym bóstwem — Duchem, którego nazywali geniuszem. Substancja tej istoty, nie mówiąc już o jej istocie — zwróćmy uwagę na to rozróżnienie — oraz obecność obydwu przejawiają się odpowiednio do organizmu osoby, którą ów duch napełnia.
Jak mówi Szekspir o geniuszu wielkich ludzi — „to, co postrzegamy jako jego substancję, nie znajduje się tutaj”:
„Bo to, co widzisz, jest tylko najmniejszą częścią…
Gdyby cała postać była tutaj,
przy tak rozległym i wzniosłym kształcie
dach twój nie zdołałby jej pomieścić…”
Dokładnie tego naucza filozofia ezoteryczna. Płomień geniuszu nie zostaje zapalony przez żadną antropomorficzną rękę, z wyjątkiem ręki własnego Ducha człowieka.
Jest to sama natura duchowego Bytu, naszego Ego, które od początków aż po kres wielkiego Cyklu Życia nieustannie wplata nowe osnowy życia w tkaninę reinkarnacji na krośnie czasu.*
To właśnie Ego z każdą kolejną osobowością przejawia się coraz silniej niż w przeciętnym człowieku. Dlatego to, co nazywamy „przejawami geniuszu” w danej osobie, jest jedynie mniej lub bardziej udaną próbą tego Ego, aby ujawnić na zewnętrznym planie swą obiektywną postać — człowieka z gliny — w praktycznej, codziennej rzeczywistości tej ostatniej osobowości.
Ego Newtona, Ajschylosa czy Szekspira posiada tę samą istotę i substancję co Ego prostaka, ignoranta, głupca, a nawet idioty. Samo przejawienie się ich informującego geniuszu zależy od fizjologicznej i materialnej budowy człowieka fizycznego.
Żadne Ego nie różni się od innego w swej pierwotnej ani pierworodnej istocie i naturze. Tym, co czyni jednego śmiertelnika wielkim człowiekiem, a drugiego człowiekiem pospolitym i nierozumnym, jest — jak powiedziano — jakość i budowa fizycznej powłoki, oprawy, a także wystarczająca lub niewystarczająca zdolność mózgu i ciała do przekazywania oraz nadawania formy światłu rzeczywistego, Wewnętrznego Człowieka.
Ta zdolność lub niezdolność jest z kolei skutkiem Karmy.
Posługując się innym porównaniem: człowiek fizyczny jest instrumentem muzycznym, Ego zaś wykonującym artystą. Możliwość wydobycia doskonałej melodii istnieje w tym pierwszym — w instrumencie — lecz nawet najwyższy kunszt artysty nie zdoła wydobyć doskonałej harmonii z instrumentu zepsutego lub źle wykonanego.
Harmonia ta zależy od wierności, z jaką przekazywana jest — słowem lub czynem — na obiektywny plan niewypowiedziana boska myśl ukryta w najgłębszych warstwach subiektywnej, czyli wewnętrznej natury człowieka.
Człowiek fizyczny może być, by posłużyć się tym porównaniem, bezcennym Stradivariusem albo tanią, popękaną wiolonczelą, bądź też czymś pośrednim pomiędzy nimi — w rękach Paganiniego, który ożywia instrument.
Wszystkie starożytne narody znały tę prawdę. Chociaż wszystkie posiadały swe Misteria i Hierofantów, nie wszyscy mogli być jednakowo nauczani wielkich nauk metafizycznych. Niewielu wybranych otrzymywało takie prawdy podczas inicjacji, natomiast masom pozwalano zbliżać się do nich jedynie z największą ostrożnością i wyłącznie w bezpiecznych granicach faktu.
„Od BOSKIEGO WSZYSTKIEGO pochodzi Amun, Boska Mądrość… dajcie ją niegodnym” — głosi Księga Hermesa.
Paweł, ów „mądry Budowniczy”,† powtarza jedynie za Totem-Hermesem, gdy mówi do Koryntian:
„Mówimy mądrość Bożą w tajemnicy, mądrość ukrytą”.
(1 Kor 2,7)
A przecież po dziś dzień oskarża się starożytnych o bluźnierstwo i fetyszyzm z powodu ich „kultu bohaterów”. Czy jednak współcześni historycy kiedykolwiek próbowali zgłębić przyczynę takiego „kultu”? Nie sądzimy.
W przeciwnym razie jako pierwsi uświadomiliby sobie, że to, co było „czczone”, a raczej to, czemu oddawano honory, nie było człowiekiem z gliny ani osobowością — Bohaterem czy Świętym — lecz Duchem, który w nim przebywał w Kościele rzymskim — Kościele, który beatyfikuje raczej ciało niż duszę — lecz uwięzionym w nim boskim Duchem, owym wygnanym „bogiem” zamieszkującym osobowość.
Któż w świecie świeckim wie dziś, że nawet większość urzędników ateńskich, archontów — których Biblia błędnie oddaje jako „książąt” — miała obowiązek przygotowywać miasto do takich procesji, choć sami urzędnicy nie rozumieli prawdziwego znaczenia rzekomego „kultu”?
Jakże słusznie Paweł oświadczał, że „głosimy mądrość… nie mądrość tego świata… której nie poznał żaden z archontów tego świata”, lecz ukrytą mądrość Misteriów. Apostoł posługuje się tu językiem wtajemniczonych, a ich tajemnic nie zna żaden profan, nawet „archont” czy władca pozostający poza obrębem świętych Misteriów; nikt bowiem „nie może zbawić Ducha człowieka — Ego — który w nim przebywa”. (1 Kor 2,11)
Gdyby rozdziały drugi i trzeci Pierwszego Listu do Koryntian przełożono kiedykolwiek w tym duchu, w jakim zostały napisane — nawet ich martwa litera jest dziś zniekształcona — świat mógłby otrzymać niezwykłe objawienia.
Między innymi uzyskałby klucz do wielu dotąd niewyjaśnionych obrzędów dawnego pogaństwa, z których jednym jest tajemnica tego właśnie kultu bohaterów. Dowiedziałby się także, że jeśli ulice miasta, które oddało cześć takiemu człowiekowi, obsypywano różami podczas przejścia bohatera dnia; jeśli każdy obywatel miał obowiązek skłonić się z czcią przed tym, którego ucztował; i jeśli kapłan oraz poeta prześcigali się w gorliwości, aby po śmierci unieśmiertelnić jego imię — to filozofia okultystyczna wyjaśnia, dlaczego tak czyniono.
„Oto — głosi ona — w każdym przejawie geniuszu, gdy łączy się on z cnotą, czy to w wojowniku, bardzie, wielkim malarzu, artyście, mężu stanu czy człowieku nauki, który wznosi się wysoko ponad głowy pospolitego tłumu, działa niezaprzeczalna obecność niebiańskiego wygnańca, boskiego Ego, którego dusza przebywa na zewnątrz, o człowieku z materii!”
Tym właśnie było to, co nazywamy deifikacją: odnosiła się ona do nieśmiertelnego Boga wewnętrznego, nie zaś do martwych murów ani ludzkiego przybytku, który Go zawierał.
Czyniono to w milczącym i pełnym uznania hołdzie dla wysiłków podejmowanych przez boskiego więźnia, który nawet w najbardziej niekorzystnych warunkach wcielenia zdołał objawić samego siebie.
Okultyzm nie naucza zatem niczego nowego, kiedy potwierdza powyższy filozoficzny aksjomat. Rozwijając ogólny metafizyczny truizm, nadaje mu jedynie ostateczne wykończenie przez wyjaśnienie pewnych szczegółów.
Uczy na przykład, że obecność w człowieku rozmaitych twórczych sił, nazywanych łącznie geniuszem, nie wynika ani ze ślepego przypadku, ani z cech wrodzonych przekazywanych wyłącznie przez dziedziczność — choć to, co określa się mianem atawizmu, może często wzmacniać owe zdolności — lecz z nagromadzenia indywidualnych doświadczeń Ego w jego poprzednim życiu.
Choć Ego jest wszechwiedzące w swej istocie i naturze, potrzebuje doświadczeń zdobywanych za pośrednictwem swoich kolejnych osobowości w świecie ziemskim, na planie obiektywnym, aby zastosować owoc tej abstrakcyjnej wszechwiedzy.
Nasza filozofia dodaje ponadto, że rozwijanie pewnych zdolności w ciągu długiego szeregu dawnych wcieleń musi w końcu osiągnąć kulminację w jednym życiu, rozkwitając jako geniusz w takim czy innym kierunku.
Wielki Geniusz, jeśli jest prawdziwy i wrodzony, a nie stanowi jedynie niezwykłego rozwinięcia ludzkiego intelektu, nie potrafi kopiować ani zniżać się do naśladownictwa. Zawsze będzie oryginalny, sui generis, zarówno w swoich twórczych impulsach, jak i w sposobie ich urzeczywistniania.
Niczym olbrzymie indyjskie lilie wyrastające ze szczelin i rozpadlin zachmurzonej, wysokiej i nagiej skały na najwyższych płaskowyżach wzgórz Nilgiri, prawdziwy Geniusz potrzebuje jedynie sposobności, aby wystrzelić ku istnieniu i zakwitnąć na oczach wszystkich, nawet na najbardziej jałowej glebie, gdyż jego znamię pozostaje zawsze niepowtarzalne.
Używając popularnego powiedzenia: wrodzony geniusz, podobnie jak zbrodnia, wcześniej czy później wyjdzie na jaw. Im bardziej był tłumiony i ukrywany, tym potężniejsza będzie fala światła rzucona przez jego nagłe objawienie.
Z drugiej strony geniusz sztuczny, tak często mylony z prawdziwym, choć w istocie jest jedynie wynikiem długich studiów i ćwiczeń, nigdy nie będzie niczym więcej niż — by tak rzec — płomieniem lampy palącej się na zewnątrz portalu świątyni. Może rzucać daleki snop światła na drogę, lecz wnętrze budowli pozostawia w ciemności.
A ponieważ każda zdolność i właściwość w Naturze ma dwoisty charakter — to znaczy każda może służyć zarówno dobrym, jak i złym celom — również sztuczny geniusz zdradzi w końcu swą naturę.
Zrodzony z chaosu ziemskich doznań, ze zdolności postrzegania i zatrzymywania obrazów, a zarazem z ograniczonej pamięci, zawsze pozostanie niewolnikiem ciała. Ciało zaś, z powodu swej zawodności i naturalnej skłonności materii do zamętu, nieuchronnie sprowadzi nawet największego tak zwanego geniusza z powrotem do jego pierwotnego elementu, którym jest chaos — czyli zło albo ziemia.
Pomiędzy geniuszem prawdziwym a sztucznym — pierwszym zrodzonym ze światła nieśmiertelnego Ego, drugim zaś z ulotnego błędnego ognika ziemskiego, czysto ludzkiego intelektu i zwierzęcej duszy — istnieje przepaść, którą może przekroczyć jedynie ten, kto zawsze dąży ku górze; kto nie traci z oczu przewodniej gwiazdy nawet w najgłębszych warstwach materii: Boskiej Duszy i Umysłu, czyli tego, co nazywamy buddhi-manasem.
Ten ostatni, w przeciwieństwie do pierwszego, nie wymaga uprawy. Do geniusza lampy odnoszą się słowa poety:
„Jeśli nie będzie chroniony, przycinany i troskliwie karmiony,
rychło zgaśnie albo zmarnieje w bezowocnym blasku”.
Można je zastosować wyłącznie do geniuszu sztucznego, będącego rezultatem wykształcenia oraz czysto intelektualnej bystrości.
Nie jest on bezpośrednim światłem manasaputrów, „Synów Mądrości”, ponieważ prawdziwy geniusz stanowi sam płomień naszej wyższej natury, czyli Ego.
Dlatego właśnie nasz wielki Lavater obliczał, że „stosunek geniuszu w ogóle do ludzi pospolitych ma się jak jeden do miliona; lecz geniusz wolny od tyranii, pozbawiony pretensji, osądzający słabych sprawiedliwie, silnych z ludzkim zrozumieniem i równający się sprawiedliwością, jest jak jeden na dziesięć milionów”.
Jest to rzeczywiście interesujące, choć niezbyt pochlebne dla ludzkiej natury, jeśli przez słowo „geniusz” Lavater rozumiał jedynie wyższy rodzaj ludzkiego intelektu, rozwinięty dzięki kształceniu, „chroniony, sprawdzany i pielęgnowany”, a nie geniusz, o którym mówimy tutaj.
Co więcej, taki geniusz zawsze skłonny jest prowadzić do krańcowego nieszczęścia tego, poprzez kogo przejawia się sztuczne światło ziemskiego umysłu. Podobnie jak dobre i złe geniusze dawnych czasów, od których człowiek-geniusz otrzymał odpowiednio swe miano, bierze on swego bezradnego posiadacza za rękę i jednego dnia prowadzi go ku szczytom sławy, fortuny i chwały, by następnego strącić w otchłań hańby, rozpaczy, a często także zbrodni.
Lecz, jak zauważył wielki fizjonomista, w naszym świecie istnieje więcej ludzi należących do drugiego rodzaju geniuszu niż do pierwszego, ponieważ — jak naucza okultyzm — osobowości, ze swymi aktywnymi zmysłami fizycznymi i tattwami, łatwiej jest ciążyć ku niższemu czwórjedynemu planowi niż wznieść się ku triadzie.
Współczesna filozofia, choć biegle opisuje tę niższą płaszczyznę geniuszu, nie wie nic o jego wyższej, duchowej postaci — o owym „jednym na dziesięć milionów”.
Nic więc dziwnego, że najlepsi współcześni pisarze, myląc jeden rodzaj z drugim, nie zdołali zdefiniować prawdziwego geniuszu. W rezultacie nieustannie słyszymy i czytamy wiele twierdzeń, które z punktu widzenia okultysty wydają się wręcz paradoksalne.
„Geniusz wymaga pielęgnacji” — mówi jeden.
„Geniusz jest próżny i samowystarczalny” — oświadcza drugi.
Trzeci zaś nadal definiuje boskie światło, lecz natychmiast sprowadza je do poziomu umysłu prokrustowego własnych intelektualnie ciasnych wyobrażeń. Będzie mówił o wielkiej ekscentryczności geniuszu i, uznając za ogólną zasadę, że towarzyszy mu „łatwopalna konstytucja”, przedstawi go nawet jako „ofiarę każdej namiętności, lecz rzadko człowieka o subtelnym smaku” — jak czyni lord Kames.
Daremne jest spieranie się z podobnymi autorami albo przekonywanie ich, że prawdziwy, pierwotny i wielki geniusz wysyła najbardziej oślepiające promienie ludzkiego intelektu, tak jak słońce gasi płomień ogniska na otwartym polu; że nigdy nie jest ekscentryczny, choć zawsze jest sui generis; oraz że żaden człowiek obdarzony prawdziwym geniuszem nie może ulec fizycznym, zwierzęcym namiętnościom.
W oczach skromnego okultysty jedynie tak wzniosły i bezinteresowny charakter jak Budda czy Jezus — a także ich nieliczni bliscy naśladowcy — może być w naszym cyklu historycznym uznany za w pełni rozwinięty GENIUSZ.
Dlatego prawdziwy geniusz ma niewielkie szanse na otrzymanie należnego mu uznania w naszej epoce konwenansów, obłudy i służalczości wobec czasu. W miarę jak świat rozwija się cywilizacyjnie, wzrasta w nim gwałtowny egoizm, a jego prawdziwi prorocy i geniusze są kamienowani dla zadowolenia coraz bardziej naśladujących cieni.
Jedynie wzburzone masy nieuczonych milionów, wielkie serce ludu, są zdolne intuicyjnie wyczuć prawdziwą „wielką duszę”, pełną boskiej miłości do rodzaju ludzkiego i niemal boskiego współczucia dla cierpiącego człowieka.
Dlatego też ludowa czcią otacza ludzi, których potrafi rozpoznać jako geniuszy, bez względu na to, jakie cechy przypiszą im ci, którzy nie mają prawa do tego miana.
Nie można dziś znaleźć geniusza w Kościele ani w Państwie, co potwierdzają one same. Wydaje się, że minęło już wiele czasu od chwili, gdy w XIII wieku „Doktor Anielski” zganił papieża Innocentego IV.
Papież, przechwalając się milionami uzyskanymi ze sprzedaży rozgrzeszeń i odpustów, powiedział do Akwinaty:
„Minęły czasy, gdy Kościół mówił: «Srebra i złota nie mam»”.
„To prawda” — odpowiedział — „lecz minęły również czasy, gdy mógł powiedzieć paralitykowi: «Wstań i chodź»”.
A przecież od tamtej chwili, a nawet znacznie wcześniej, aż po nasze czasy, nie ustaje godzinne krzyżowanie przez Kościół i Państwo ich idealnego Mistrza.
Podczas gdy każde państwo chrześcijańskie łamie własnymi prawami i zwyczajami każde przykazanie wygłoszone w Kazaniu na Górze, Kościół chrześcijański usprawiedliwia i aprobuje wszystko to za pośrednictwem własnych biskupów, którzy z rozpaczą głoszą:
„Państwo chrześcijańskie jest niemożliwe według zasad chrześcijańskich”.
Dlatego żaden chrystusowy — czy też buddyjski — sposób życia nie jest możliwy w państwach cywilizowanych.
Okultysta, dla którego „prawdziwy geniusz jest synonimem samowystarczalnego i nieskończonego umysłu”, coraz mniej wiernie rozpoznaje w nowoczesnych definicjach tego terminu coś, co zbliżałoby się do prawdy.
Z kolei ezoteryczna interpretacja teozofii z pewnością spotka się z szyderstwem. Sama idea, że każdy człowiek posiadający „duszę” jest nośnikiem geniuszu, wyda się niezwykle absurdalna, nawet wierzącym, podczas gdy materialista odrzuci ją jako „gruby przesąd”.
Jeśli chodzi o potoczne odczucie — jedyne w przybliżeniu poprawne, ponieważ jest czysto intuicyjne — nie zostanie ono nawet wzięte pod uwagę. Ponownie użyty zostanie wygodny i elastyczny epitet „przesąd”, aby wyjaśnić, dlaczego dotąd nie było jeszcze powszechnie uznanego geniusza — żadnego rodzaju — bez pewnej domieszki dziwacznych, fantastycznych i często osobliwych opowieści oraz legend, które przywiązują się do tak wyjątkowej postaci i towarzyszą jej, czasem wręcz pomagając jej przetrwać.
A jednak to właśnie ludzie niewyrafinowani, a nawet jedynie tak zwane niewykształcone masy, wskutek braku sofistycznego rozumowania wyczuwają w zetknięciu z kimś niezwykłym i wyłamującym się z utartych schematów, że istnieje w nim coś więcej niż w zwyczajnym człowieku z ciała i cech intelektualnych.
Czując zaś, że znajdują się w obecności czegoś, czego ogromna większość jest pozbawiona, czegoś całkowicie niepojętego dla ich praktycznych umysłów, doświadczają tego samego podziwu, jaki ludowe masy odczuwały w dawnych czasach, gdy ich wyobraźnia, często przekraczająca niewykształcony rozum, czyniła z bohaterów bogów i nauczała:
„Słabych skłaniać, dumnych modlitwą nakłaniać
ku mocom niewidzialnym i potężniejszym od nich…”
To właśnie nazywa się dziś PRZESĄDEM…
Lecz czym jest przesąd?
To prawda: lękamy się tego, czego nie potrafimy jasno sobie wyjaśnić. Niczym dzieci w ciemności, wszyscy mamy skłonność — ludzie wykształceni na równi z nieuczonymi — zaludniać ową ciemność widmami własnej twórczości.
Lecz owe „widma” wcale nie dowodzą, że „ciemność” — która jest jedynie innym określeniem tego, co niewidzialne i niezbadane — naprawdę jest pusta od jakiejkolwiek Obecności, z wyjątkiem naszej własnej.
Tak więc nawet jeśli w swej przesadnej postaci „przesąd” jest osobliwym koszmarem, podobnie jak wiara w rzeczy znajdujące się ponad i poza zasięgiem naszych fizycznych zmysłów, to jednak stanowi również skromne przyznanie, że istnieją we wszechświecie i wokół nas rzeczy, o których nic nie wiemy.
W tym znaczeniu „przesąd” nie jest bezrozumnym uczuciem złożonym na poły ze zdumienia i na poły z lęku, zmieszanym z podziwem i czcią albo ze strachem, zależnie od nakazów naszej intuicji. Jest czymś o wiele rozsądniejszym niż powtarzanie za nadmiernie uczonymi mędrcami, że „w tej ciemności nie ma nic, absolutnie nic”, albo że nie może tam istnieć nic, skoro oni sami, owi uczeni, nie zdołali tego dostrzec.
E pur se muove! — A jednak się porusza!
Tam, gdzie jest dym, musi istnieć ogień; gdzie unosi się para, tam musi być woda. Nasze twierdzenie opiera się jednak na jednym odwiecznym aksjomacie prawdy: nihil sine causa — nic nie istnieje bez przyczyny.
Geniusz oraz niezasłużone cierpienie dowodzą istnienia nieśmiertelnego Ego i reinkarnacji w naszym świecie.
Co do reszty — obowiązkowego szyderstwa i drwin, z jakimi przyjmowane są takie doktryny teozoficzne — Lessing, również swego rodzaju geniusz, udzielił odpowiedzi już przed stuleciem. Nigdy bowiem nie wypowiedział większej prawdy niż wtedy, gdy napisał:
„Jeżeli przesąd czyni człowieka głupcem, sceptycyzm doprowadza go do obłędu”.
HPB
źródłó: ; LUCIFER – VOL. V. LONDON, NOVEMBER 15TH, 1889. No. 27.
przypisy:
* Okres jednego pełnego Manwantary, złożonego z siedmiu Rund.
† Termin całkowicie teurgiczny, masoński i okultystyczny. Posługując się nim, Paweł ogłasza siebie wtajemniczonym, posiadającym prawo inicjowania innych.