„…Rozpocznij badania tam, gdzie współczesne domysły tracą swe niewierne skrzydła”.
(Bulwer, „Zanoni”)
„Bezwzględne zaprzeczanie dnia wczorajszego stało się naukowym aksjomatem dnia dzisiejszego”.
(„Common Sense Aphorisms”)
Tysiące lat temu frygijscy daktylowie – wtajemniczeni kapłani, o których mówiono jako o „magach i zaklinaczach chorób” – leczyli schorzenia za pomocą procesów magnetycznych. Twierdzono, że owe uzdrawiające moce otrzymali z potężnego łona Kybele, wielopierśnej bogini, córki Nieba i Ziemi.
Jej genealogia oraz związane z nią mity ukazywały Kybele jako uosobienie i archetyp życiowej esencji, której źródło starożytni umieszczali pomiędzy Ziemią a gwiaździstym niebem i którą uważali za prawdziwe fons vitae – źródło wszystkiego, co żyje i oddycha.
Ponieważ górskie powietrze uchodziło za czynnik wzmacniający zdrowie i przedłużający ludzkie życie, w micie ukazywano, że Kybele jako niemowlę została ocalona na górze. Działo się to jeszcze przedtem, zanim Maja i Bona Dea, płodna Matka, zostały przemienione w Cererę-Demeter, opiekunkę misteriów eleuzyjskich.
Magnetyzm zwierzęcy – nazywany dziś sugestią i hipnotyzmem – był głównym czynnikiem w misteriach teurgicznych, podobnie jak w świątyniach Asklepiosa, gdzie pacjentów przyjmowanych na leczenie poddawano procesowi „inkubacji” i podczas snu oddziaływano na nich magnetycznie.
Tej twórczej i życiodajnej Sile – której istnieniu zaprzeczano i z której szydzono, gdy określano ją mianem magii teurgicznej; którą w ostatnim stuleciu oskarżano o to, że opiera się głównie na zabobonie i oszustwie, gdy nazywano ją mesmeryzmem – nadano dziś miana hipnotyzmu, charcotyzmu, sugestii, „psychologii” i wielu innych.
Niezależnie jednak od użytej nazwy pozostanie ona pustym określeniem, jeśli nie zostanie właściwie opisana i wyjaśniona. Gdy bowiem zostanie należycie scharakteryzowana wraz ze wszystkimi swymi naukami pobocznymi – które są w istocie naukami zawartymi w jednej Nauce – okaże się, że kryje możliwości, o jakich nie śnili najstarsi i najbardziej uczeni profesorowie współczesnej fizyki.
Ci ostatni, owi tak zwani „autorytety”, w rzeczywistości nie są niczym więcej niż niewinnymi, choć zarozumiałymi dziećmi, gdy stają twarzą w twarz z tajemnicami starożytnego „mesmeryzmu”.
Jak wielokrotnie już powiedziano, kwiaty magii – białej lub czarnej, boskiej lub piekielnej – wyrastają z jednego korzenia. „Oddech Kybele”, czyli Ākāśa-tattva w Indiach, jest jedynym głównym czynnikiem i leży u podstaw tak zwanych „cudów” oraz „zjawisk nadprzyrodzonych” we wszystkich epokach i krajach.
Jako zasadniczy korzeń lub esencja jest powszechny, a jego skutki są niezliczone. Nawet najwięksi adepci z trudem potrafią powiedzieć, gdzie kończą się jego możliwości.
Klucz do samego alfabetu tych teurgicznych mocy został utracony po tym, jak ostatni gnostyk został zamęczony przez zaciekłe prześladowania Kościoła. W miarę jak Misteria, Hierofanci, Teofania i Teurgia stopniowo znikały, w umysłach ludzi pozostawała jedynie mglista tradycja, aż w końcu prawie całkowicie o nich zapomniano.
Lecz w okresie renesansu w Niemczech pewien uczony teozof – philosopher per ignem, jak sami siebie nazywali – odkrył ponownie część utraconych sekretów kapłanów frygijskich oraz Asklepiadów.
Był nim wielki i nieszczęśliwy lekarz-okultysta Paracelsus, największy alchemik swojej epoki. To właśnie ten geniusz jako pierwszy w średniowieczu publicznie zalecił stosowanie magnesu w leczeniu niektórych chorób.
Teofrast Paracelsus – „szarlatan” i „pijany oszust” w opinii uczonych „zepsutych dzieci” nauki jego czasów i ich równie nieświadomych następców – wynalazł w XVI wieku i stosował w leczeniu różnych chorób mięśniowych i nerwowych magnetyzowane bransolety, naramienniki, pasy, pierścienie, obroże i nagolenniki.
W XIX wieku stały się one dochodową gałęzią handlu, z tą różnicą, że dzisiaj magnes zastąpiono elektrycznymi pasami o rzekomo większej skuteczności.
Van Helmont, następca Paracelsusa, oraz Robert Fludd, alchemik i różokrzyżowiec, również stosowali magnesy w leczeniu pacjentów. Mesmer w XVIII wieku, a markiz de Puységur w XIX, podążali jedynie ich śladami.
W wielkim zakładzie leczniczym założonym przez Mesmera w Wiedniu stosowano, oprócz magnetyzmu, także elektryczność, metale i różne gatunki drewna.
Jego zasadnicza nauka była nauką alchemików. Uważał, że metale, podobnie jak drewno i rośliny, posiadają wzajemne powinowactwo oraz pozostają w ścisłym związku z ludzkim organizmem.
Wszystko we Wszechświecie rozwinęło się z jednej pierwotnej, jednorodnej substancji, która zróżnicowała się w niezliczone rodzaje materii; wszystko też jest przeznaczone, by do niej powrócić.
Tajemnica leczenia, jak twierdził, polega na znajomości odpowiedniości i powinowactw pomiędzy pokrewnymi atomami.
Należy odnaleźć taki metal, drewno, kamień lub roślinę, które wykazują największą zgodność z ciałem chorego, a następnie – czy to przez zastosowanie wewnętrzne, czy zewnętrzne – wykorzystać tę właściwość ten szczególny czynnik, przekazując choremu dodatkową siłę do walki z chorobą – rozwiniętą zazwyczaj wskutek wprowadzenia do organizmu jakiegoś obcego elementu – i wypędzając ją, nieuchronnie doprowadzi do wyzdrowienia.
Wiele niezwykłych uzdrowień miało zostać dokonanych przez Antona Mesmera. Osoby cierpiące na choroby serca odzyskiwały zdrowie. Pewna wysoko urodzona dama, skazana na śmierć, miała zostać całkowicie uleczona dzięki zastosowaniu odpowiednio dobranych gatunków drewna. Sam Mesmer, cierpiący na ostry reumatyzm, miał wyleczyć się całkowicie za pomocą specjalnie przygotowanych magnesów.
W 1774 roku zetknął się z teurgiczną tajemnicą bezpośredniego przekazywania siły życiowej. Odkrycie to pochłonęło go do tego stopnia, że porzucił dawne metody i poświęcił się całkowicie nowemu doświadczeniu.
Odtąd magnetyzował pacjentów wzrokiem i ruchami dłoni, rezygnując z używania naturalnych magnesów. Tajemnicze skutki takich zabiegów nazwał magnetyzmem zwierzęcym.
Przyniosło mu to ogromną liczbę uczniów i naśladowców. Nową siłę badano w niemal każdym większym mieście Europy i wszędzie uznawano ją za rzeczywiście działające zjawisko.
Około 1780 roku Mesmer osiadł w Paryżu i poruszył całą metropolię – od rodziny królewskiej aż po ostatniego mieszkańca najuboższej dzielnicy. Duchowieństwo przeraziło się i zaczęło wołać:
– To Diabeł!
Licencjonowani „pijawkarze” dostrzegli w kieszeniach coraz większy brak pieniędzy, a arystokracja i dwór znalazły się na granicy szaleństwa z powodu samego podniecenia.
Nie ma potrzeby powtarzać powszechnie znanych faktów, jednak pamięć czytelnika może odświeżyć kilka szczegółów, o których być może zapomniał.
Zdarzyło się to mniej więcej w czasie, gdy oficjalna nauka odczuwała wielką dumę. Po stuleciach zastoju myślowego w medycynie i powszechnej niewiedzy podjęto kilka zdecydowanych kroków w kierunku rzeczywistej wiedzy.
Nauki przyrodnicze odniosły wyraźne sukcesy, a chemia i fizyka znajdowały się na dobrej drodze rozwoju.
Uczeni sprzed stu lat nie osiągnęli jeszcze tej wzniosłej skromności, która tak wyraźnie charakteryzuje ich współczesnych następców. Byli przesadnie przejęci własną wielkością.
Nie nadszedł jeszcze czas godnej pochwały pokory, połączonej z przyznaniem, jak niewielka jest wiedza obecnej epoki, a nawet wiedza współczesna, w porównaniu z tym, co znali starożytni.
Były to czasy naiwnego chełpienia się – pawie nauki rozkładały ogony, domagając się powszechnego uznania i zachwytu. Naukowych wyroczni nie było wprawdzie tak wiele jak obecnie, lecz ich liczba pozostawała znaczna.
Czyż sam Dulcamara nie został wygnany z publicznych jarmarków i potępiony? Czy pijawki nie zniknęły niemal całkowicie, aby zrobić miejsce dyplomowanym lekarzom posiadającym królewskie zezwolenia na zabijanie i grzebanie ad libitum?
Dlatego kiwający głową „Nieśmiertelny” w akademickim fotelu uznawany był za jedyną osobę kompetentną do ostatecznego rozstrzygania zagadnień, których nigdy nie badał, oraz do wydawania wyroków w sprawach, o których wcześniej nie słyszał.
Było to panowanie Rozumu i Nauki – w ich okresie młodzieńczym; początek wielkiego i śmiertelnego zmagania między teologią a faktami, duchowością a materializmem.
W wykształconych warstwach społeczeństwa nadmierną wiarę zastąpił całkowity brak wiary. Cykl „czci dla nauki” dopiero się rozpoczynał wraz z pielgrzymkami do Akademii – Olimpu, na którym zasiadało „Czterdziestu Nieśmiertelnych” – oraz z atakami na każdego, kto odmawiał okazania hałaśliwego podziwu i młodzieńczego, cielęcego entuzjazmu u drzwi świątyni Nauki.
Kiedy Mesmer przybył do Paryża, miasto podzieliło swoją lojalność pomiędzy Kościół, który wszystkie niezwykłe zjawiska przypisywał własnemu boskiemu cudotwórstwu albo Diabłu, oraz Akademię, która nie wierzyła ani w Boga, ani w Diabła, lecz jedynie we własną nieomylność.
Istniały jednak umysły, których nie zadowalało żadne z tych przekonań.
Dlatego po tym, jak Mesmer zmusił cały Paryż do tłoczenia się w jego salach i wielogodzinnego oczekiwania na miejsce przy fotelu otaczającym cudowny baquet, niektórzy uznali, że nadszedł czas, aby prawda została naprawdę zbadana.
Odłożyli na bok prawowite pragnienie zapłaty i zwrócili się do króla, który polecił uczonej Akademii zbadać sprawę.
Wówczas „Nieśmiertelni”, przebudzeni z chronicznej drzemki, powołali komisję dochodzeniową. W jej skład wszedł Benjamin Franklin, a przewodniczący dobrał spośród „Niemowląt” kilku najstarszych, najmądrzejszych i najbardziej łysych przedstawicieli, aby nadzorowali działalność komisji.
Działo się to w 1784 roku. Każdy wie, jaki był raport komisji i jaka była ostateczna decyzja Akademii.
Cała sprawa wygląda dziś jak generalna próba przedstawienia, którego jeden z aktów został odegrany osiemdziesiąt lat później przez londyńskie „Towarzystwo Dialektyczne” oraz niektórych spośród największych uczonych Anglii.
Mimo to, pomimo raportu przeciwnego autorstwa doktora Jussieu, członka Akademii najwyższej rangi, oraz lekarza dworskiego d’Eslona, który jako naoczny świadek najbardziej niezwykłych zjawisk domagał się dokładnego zbadania przez Wydział Medyczny terapeutycznego działania fluidu magnetycznego, ich żądania pozostały bez odpowiedzi.
Akademia wyparła się swoich najwybitniejszych uczonych.
Nawet sir Benjamin Franklin, tak dobrze obeznany z elektrycznością atmosferyczną, nie chciał uznać jej źródła ani pierwotnej przyczyny i wraz z Baillym, Lavoisierem, Magendiem oraz innymi ogłosił mesmeryzm złudzeniem.
Drugie dochodzenie nie przyniosło wyników lepszych od pierwszego, a przeprowadzono je dopiero w 1825 roku.
Raport ponownie został odrzucony – „pozostawiony bez rozpatrzenia”, tom pierwszy, strona 71–176.
Nawet obecnie, kiedy doświadczenie wielokrotnie wykazało, że „mesmeryzm”, czyli magnetyzm zwierzęcy, znany dziś jako hipnotyzm – żałosny skutek, doprawdy, owego „Oddechu Kybele” – jest faktem, wciąż spotykamy większość uczonych zaprzeczających jego rzeczywistemu istnieniu.
Choć majestatyczny szereg eksperymentalnych zjawisk psychomagnetycznych jest równie jasny jak dzień, sam hipnotyzm wydaje się zbyt niewiarygodny i zbyt tajemniczy dla naszych darwinistów i haeckelistów.
Potrzeba ogromnej odwagi moralnej, aby spojrzeć w twarz podejrzliwości własnych kolegów, wątpliwościom opinii publicznej oraz chichotom głupców.
„Tajemnica i szarlatanizm idą ręka w rękę” – powiadają.
A „szacunek dla samego siebie i godność zawodu”, jak zauważa Magendie jak zauważa Magendie w swoim dziele Physiologie Humaine, „wymagają, aby dobrze wykształcony lekarz pamiętał, jak łatwo tajemnica przechodzi w szarlatanerię”.
Szkoda tylko, że ów „dobrze wykształcony lekarz” nie pamięta również, iż fizjologia, podobnie jak inne dziedziny, pełna jest tajemnic – głębokich i niewytłumaczalnych, od A do Z – i nie zastanawia się, czy wychodząc od powyższego truizmu, nie powinien wyrzucić za burtę biologii i fizjologii jako największych odmian szarlatanerii współczesnej nauki.
Mimo to niewielka grupa lekarzy o dobrych intencjach podjęła poważne badania nad hipnotyzmem. Lecz nawet oni, zmuszeni niechętnie przyznać realność jego zjawisk, nadal widzą w nich jedynie działanie czynników czysto materialnych i fizycznych, a hipnotyzmowi nadają prawowite miano magnetyzmu zwierzęcego.
Jak jednak niedawno zauważył wielebny pan Haweis w „Daily Graphic”, „zjawiska Charcota są, mimo wszystko, pod wieloma względami identyczne ze zjawiskami mesmerycznymi, a hipnotyzm należy właściwie uznać raczej za gałąź mesmeryzmu niż za coś od niego odrębnego”.
Tak czy inaczej, fakty Mesmera, dziś powszechnie przyjęte, były początkowo stanowczo odrzucane – i nadal się ich wypiera.
Lecz podczas gdy odrzuca się mesmeryzm, z pośpiechem rzuca się ku hipnotyzmowi, pomimo naukowo uznanych dziś niebezpieczeństw tej dziedziny, w której francuscy lekarze wyprzedzają swoich angielskich kolegów.
A przecież sami ci pierwsi twierdzą, że między dwoma stanami mesmeryzmu – albo magnetyzmu, jak sami go nazywają – oraz hipnotyzmu „istnieje przepaść”. Jeden ma być dobroczynny, drugi zaś szkodliwy, jak zresztą musi być, skoro według okultyzmu i współczesnej psychologii hipnotyzm powstaje wskutek wycofania płynu nerwowego z nerwów włosowatych, które – by tak rzec – pełnią rolę strażników i utrzymują drzwi naszych zmysłów otwarte.
Znieczulone w warunkach hipnotycznych, pozwalają one, by drzwi te zostały zamknięte.
A. H. Simonin ujawnia wiele zdroworozsądkowych prawd w swoim znakomitym dziele Solution du problème de la suggestion hypnotique.
Pokazuje tam, że podczas gdy w magnetyzmie – czyli mesmeryzmie – „u osoby poddanej zabiegowi następuje wielki rozwój zdolności moralnych”, myśli i uczucia „stają się wzniosłe, a zmysły nabierają niezwykłej ostrości”, to w hipnotyzmie, przeciwnie, „podmiot staje się prostym zwierciadłem”.
To sugestia staje się rzeczywistym motorem każdego działania osoby zahipnotyzowanej. Jeżeli zaś czasami powstają działania „pozornie cudowne”, dokonuje ich nie zahipnotyzowany, lecz hipnotyzer.
Dalej czytamy:
„W hipnotyzmie instynkt, to znaczy zwierzęcość, osiąga największy rozwój”.
Jakże słusznie więc powiada przysłowie, że „skrajności spotykają się”; nie można bowiem znaleźć lepszego zastosowania tej maksymy niż magnetyzm i hipnotyzm.
Jakże trafne są również te słowa w odniesieniu do różnicy między osobą poddaną mesmeryzmowi a osobą zahipnotyzowaną. W pierwszym przypadku jego idealna natura, jego moralna jaźń – odbicie boskiej natury – zostają doprowadzone do krańcowego rozwoju, a człowiek staje się niemal istotą niebiańską, aniołem.
W drugim natomiast w najbardziej zaskakujący sposób rozwijają się jego instynkty. Hipnotyzm sprowadza człowieka do poziomu zwierzęcia.
Z fizjologicznego punktu widzenia magnetyzm, czyli mesmeryzm, przynosi pocieszenie i uzdrowienie, natomiast hipnotyzm, będący skutkiem zaburzonego stanu, jest najbardziej niebezpieczny.
Tak więc nieprzychylny raport sporządzony przez Bailly’ego pod koniec ubiegłego stulecia wywołuje skutki również obecnie, lecz jego karma nadal działa.
Miał zabić mesmeryczne szaleństwo, a tymczasem zadał śmiertelny cios społecznemu zaufaniu do dekretów nauki.
W naszych czasach Non-Possumus królewskich kolegiów i akademii notowane jest na światowej giełdzie opinii niemal równie nisko jak Non-Possumus Watykanu.
Dni autorytetu – ludzkiego czy boskiego – szybko przemijają. Widzimy już błyskające na przyszłych horyzontach oblicze jedynego najwyższego i ostatecznego trybunału, przed którym skłoni się ludzkość: Trybunału Faktu i Prawdy.
Ku temu trybunałowi, od którego nie ma odwołania, zwracają się dziś nawet liberalni duchowni i sławni kaznodzieje.
Role częściowo się odwróciły. Następcy tych, którzy walczyli zębami i pazurami o realność Diabła i jego bezpośrednią ingerencję w zjawiska psychiczne, dziś publicznie ganią naukę za to, że przez długie stulecia tłumiła prawdę.
Uderzający przykład znajdujemy w znakomitym liście wspomnianego wielebnego pana Haweisa do „Graphic”. Uczony kaznodzieja zdaje się oburzać niesprawiedliwością współczesnych naukowców, ich tłumieniem prawdy i niewdzięcznością wobec dawnych nauczycieli.
Jego list jest tak interesujący, że jego najlepsze fragmenty zasługują na utrwalenie na naszych łamach. Oto niektóre z nich.
Pyta on:
„Dlaczego nasi uczeni nie mogą powiedzieć: ‘Pomyliśmy się w sprawie mesmeryzmu; jest on w praktyce prawdziwy’? Nie dlatego, że obwinianie naukowców jest rzeczą tak prostą, ale dlatego, że są tylko ludźmi. Nie ma wątpliwości, że poniżające jest, gdy w imię nauki dogmatycznie oświadcza się: ‘Myliłem się’. Czy jednak nie jest jeszcze bardziej upokarzające zostać zdemaskowanym? A czy nie jest najbardziej upokarzające ze wszystkich sytuacji miotać się bezradnie w nieuchronnych sieciach ustalonych faktów, nagle załamywać się i obdarzać śmiertelną nienawiścią ‘odpowiedniego odkrywcę’, który – zaprawdę, bardzo podobnie do dziecka żartującego 1 kwietnia – mówi dokładnie to samo, co panowie Charcot i francuscy hipnotyzerzy oraz ich medyczni wielbiciele w Anglii?
Od czasów Mesmera, zmarłego w wieku osiemdziesięciu lat w 1815 roku, francuskie i angielskie wydziały, z nielicznymi honorowymi wyjątkami, wyśmiewały i odrzucały fakty oraz teorie Mesmera. A teraz, w 1890 roku, liczni uczeni nagle się zgadzają, choć jak najlepiej potrafią, byle tylko pozbawić Mesmera wszelkich zaszczytów, jakie mu się należą.
Opisują i przywłaszczają sobie jego ‘hipnotyzm’, ‘sugestię’, ‘magnetyzm leczniczy’, ‘psychopatyczny masaż’ oraz całą resztę.
Cóż w imieniu?
Bardziej troszczę się o rzeczy niż o nazwy, lecz czczę pionierów myśli, których wyrzucano, deptano, wyśmiewano i krzyżowano przez prawowiernych wszystkich epok. Sądzę, że najmniejsze, co współcześni naukowcy mogą uczynić dla Mesmera, du Poteta, Puységura, Mayo i Elliotsona, skoro już odeszli, to ‘wznieść im grobowce’”.
Lecz pan Haweis mógłby dodać, że amatorscy hipnotyzerzy nauki własnymi rękami kopią groby intelektów wielu mężczyzn i kobiet; zniewalają i paraliżują wolną wolę swoich „podmiotów”, przemieniają nieśmiertelnych ludzi w bezduszne, nieodpowiedzialne automaty i poddają wiwisekcji ich dusze z taką samą obojętnością, z jaką rozcinają ciała królików i psów.
Krótko mówiąc, szybko rozkwitają jako „czarownicy” i przekształcają naukę w rozległe pole czarnej magii. Wielebny autor pozostawia jednak sprawców w spokoju i, komentując relację o „różnicy” pomiędzy mesmeryzmem a hipnotyzmem, „nie zobowiązując się do przyjęcia żadnej teorii”, dodaje:
„Zajmują mnie przede wszystkim fakty. Chcę wiedzieć, dlaczego owe uzdrowienia i niezwykłe stany przedstawia się jako odkrycia współczesne, podczas gdy uczeni nadal szydzą z wielkich poprzedników, ponieważ ci nie dysponowali teorią, którą mogliby wspólnie uzgodnić, albo choćby jedną nazwą, jaką można by je określić.
Prawdą jest, że jedynie plądrujemy na nowo to, co nasi przodkowie odkryli i wykorzystali tysiące lat temu. Ponowne odkrycie tych nauk okultystycznych dokładnie odpowiada powolnemu odzyskiwaniu rzeźby i malarstwa we współczesnej Europie.
Oto historia nauki okultystycznej w skrócie:
- niegdyś znana;
- utracona;
- ponownie odkryta;
- odrzucona;
- potwierdzona;
- powoli odradzająca się pod nowymi nazwami, zwycięsko.
Dowodów na to jest wiele i są one wyczerpujące. Wystarczy zauważyć, że Diodor Sycylijski wspomina, jak egipscy kapłani przed Chrystusem przypisywali terapeutyczne cele Izydzie. Strabon przypisuje to samo Serapisowi, a Galen wspomina świątynię niedaleko Memfis, słynącą z uzdrowień hipnotycznych.
Pitagoras, który zdobył zaufanie egipskich kapłanów, jest pełen takich wiadomości. Arystofanes w „Plutusie” opisuje dość szczegółowo sen mesmeryczny, a Plutarch mówi o manipulacjach właściwych tej praktyce. Celiusz Aurelianus opisuje manipulacje dotyczące chorób i powołuje się na słynne łacińskie przysłowie: „Ubi dolor ibi digitus” – „Gdzie ból, tam palec”.
Lecz potrzeba niemal siedemnastu stuleci, aby Molier w 1629 roku wraz ze swym „głębokim sekretem magnetyzmu”, a Van Helmont w 1644 roku i jego „wiara w moc ręki w chorobie”, uczynili człowiekowi czytelnym to, co współcześni mogli poznać dzięki eksperymentom Mesmera.
W świetle współczesnego hipnotyzmu jest zupełnie jasne, że człowiek ten i jego uczniowie stosowali sposób, w jaki – jak twierdzą – wykonuje się uzdrowienia bez kontaktu, aby pomniejszyć magnetyzm płynowy, w który hipnotyzerzy nie wierzą”.
Odrzucają więc jedno, a uznają drugie. Lecz podobnie postępują uczeni wobec wielu innych prawd. Zaprzeczanie istnieniu „magnetycznego fluidu zwierzęcego” nie jest z pewnością mniej niedorzeczne niż zaprzeczanie krążeniu krwi, co niegdyś czyniono z taką samą stanowczością.
Kilka dodatkowych szczegółów dotyczących Mesmera, podanych przez pana Haweisa, może zainteresować czytelnika. Przypomina on odpowiedź udzieloną przez wielce skrzywdzonego Mesmera członkom Akademii po ich niekorzystnym raporcie i nazywa jego słowa proroczymi:
„Mówicie, że Mesmer nigdy więcej nie podniesie głowy. Jeżeli przeznaczeniem człowieka jest nie umrzeć dla prawdy, która tkwi w jego naturze i której sam jest zaledwie pierwszym siewcą, to w innym kraju odrodzi się ona z większym niż kiedykolwiek blaskiem, a jej triumf unicestwi jej nędznych oszczerców”.
Mesmer opuścił Paryż ze wstrętem i wycofał się do Szwajcarii, gdzie zmarł. Lecz sławny doktor Jussieu stał się zwolennikiem jego nauki. Lavater przeniósł system Mesmera do Niemiec, podczas gdy Puységur i Deleuze rozpowszechniali go w prowincjonalnej Francji, zakładając niezliczone „towarzystwa harmonijne” poświęcone badaniu magnetyzmu leczniczego i zjawisk mu towarzyszących: przenoszenia myśli, hipnotyzmu i jasnowidzenia.
„Jakieś dwadzieścia lat temu poznałem – opowiada dalej pan Haweis – być może najwybitniejszego ucznia Mesmera, sędziwego barona du Poteta”.
Wokół terapeutycznych i mesmerycznych dokonań tego człowieka toczyły się w latach 1830–1846 zaciekłe spory we Francji. Pewien morderca został odnaleziony, skazany i stracony wyłącznie na podstawie zeznań jednego z jasnowidzów du Poteta.
Sędzia pokoju przyznał się do tego otwarcie przed sądem. Nawet sceptyczny Paryż uznał jednak, że to zbyt wiele, i Akademia postanowiła raz jeszcze zasiąść nad sprawą i, jeśli to możliwe, zdławić ów przesąd.
Powołano komisję do zbadania niedawnego nawrócenia. Itard, Fouquier, Guersent i Bourdois de la Motte – śmietanka francuskiego wydziału – uznali zjawiska mesmeryzmu za autentyczne: uzdrowienia, trans, jasnowidzenie, przenoszenie myśli, a nawet czytanie z zamkniętych książek.
Od tej chwili zaczęto stosować rozbudowaną nomenklaturę, usuwając w miarę możliwości znienawidzone nazwiska niestrudzonych ludzi, którzy doprowadzili establishment naukowy do uznania głównych faktów potwierdzanych przez Mesmera, du Poteta i Puységura – należało je przyjąć bez względu na teorię – przez naukę medyczną.
Następnie przychodzi kolej na tę mglistą wyspę i jej spowitych mgłą uczonych.
„Tymczasem Anglia” – pisze autor – „pozostawała bardziej uparta”.
W 1846 roku znany doktor Elliotson, ceniony lekarz o rozległej praktyce, wygłosił słynne przemówienie harveiańskie, w którym wyznał wiarę w mesmeryzm. Został potępiony przez lekarzy, co kosztowało go utratę praktyki. Umarł niemal w ruinie, jeśli nie ze złamanym sercem.
Założył Szpital Mesmeryczny przy Marylebone Road. Przeprowadzano tam skuteczne operacje mesmeryczne, a Mesmeryczny Szpital oraz wszystkie zjawiska, które ostatnio występowały w Leeds i innych miejscach ku zadowoleniu lekarzy, były z powodzeniem odtwarzane w Marylebone pięćdziesiąt lat wcześniej.
Trzydzieści pięć lat temu profesor Lister uczynił to samo, lecz wprowadzenie chloroformu, szybszego i pewniejszego jako środek znieczulający, na pewien czas zabiło mesmeryczne leczenie.
Publiczne zainteresowanie mesmeryzmem osłabło, a Szpital Mesmeryczny przy Marylebone Road, który znajdował się pod pieczą tak znanego i bezinteresownego człowieka jak Elliotson, w końcu zamknięto.
O losie Mesmera i mesmeryzmu wiemy niewiele. O Mesmerze mówi się tym samym tchem co o hrabim Cagliostrze, sam zaś mesmeryzm wspominany jest bardzo rzadko. Słyszymy za to mnóstwo o elektro-biodeologii, magnetyzmie leczniczym i hipnotyzmie – tyle tylko.
Och, cienie Mesmera, Puységura, du Poteta i Elliotsona – sic vos non vobis. „Tak pracujecie nie dla siebie”.
Mimo to, mówi pan Haweis, gdy znał barona du Poteta, znajdował się on u schyłku życia, przeżywszy osiemdziesiąt lat. Był żarliwym wielbicielem Mesmera, a całe życie poświęcił magnetyzmowi leczniczemu. Był całkowicie dogmatyczny w przekonaniu, że prawdziwa siła magnetyczna przechodzi od mesmeryzującego do pacjenta.
– Pokażę to panu – powiedział pewnego dnia – gdy obaj staliśmy przy łóżku pacjenta pogrążonego w tak głębokim transie, że raz po raz wbijaliśmy mu igły w dłonie i ramiona, nie wywołując najmniejszego poruszenia.
* Ta data jest błędna. Paracelsus urodził się w Zurychu w 1493 roku.
† Data narodzin Van Helmonta również jest błędna. Urodził się w 1577 roku.* Baron du Potet przez wiele lat był honorowym członkiem Towarzystwa Teozoficznego. Z jego archiwum i od jego spadkobierców otrzymaliśmy autografy listów, w których oświadczał, że jego droga w mesmeryzmie, nazywanym niegdyś „hipnotyzmem” nauki, została oznaczona przez „fałszywych szarlatanów jego czasów”. Przez pięć lat mieszkał w świętej nauce w jej pełni, jego potężna moc była nieporównywalna z okultyzmem ludu, a nawet działała poza polem seksualnym. Potrafił wywołać śpiączkę i ukazywać coś, co nazywał „wyjściem duszy”. Na szczęście dla niego, a niestety dla prawdy, był największym adeptem mesmeryzmu w Europie swojego stulecia – lecz zmarł.
Stary baron mówił dalej:
– Z odległości jednej lub dwóch stóp wywołam lekkie drgawki w dowolnej części jego ciała, poruszając ręką ponad miejscem, którego chcę dotknąć.
Zaczął więc od barku, który wkrótce zaczął drgać. Gdy przywrócono spokój, spróbował na łokciu, potem na nadgarstku, a następnie na kolanie, przy czym drgawki nasilały się zależnie od czasu oddziaływania.
– Czy jest pan całkowicie przekonany? – zapytał.
– W zupełności – odpowiedziałem.
Kontynuował:
– Każdy pacjent, którego poddam próbie, będzie na odległość reagował na moje działanie nawet przez ceglaną ścianę, w miejscu, gdzie nie będzie świadomy mojej obecności. Dodatkowo można wyznaczyć obecność drugiej osoby, równie nieświadomej jak sam pacjent.
Tak też uczynił. Baron przeprowadził następnie swoje doświadczenia, które zadziwiły akademików paryskich. Powtarzałem eksperyment wielokrotnie, w rozmaitych warunkach, niemal zawsze z niezmiennym powodzeniem, aż najbardziej sceptyczni zmuszeni byli ustąpić.
Osiągnęliśmy już sukces w zsuwaniu się pod pełnymi żaglami ku Maelströmowi Czarnej Magii, praktykując to, co starożytna psychologia – najważniejsza gałąź nauk okultystycznych – zawsze uznawała za czary, gdy stosowano to wobec człowieka.
Jesteśmy gotowi podtrzymać to, co mówimy. Zamierzamy dowieść tego pewnego dnia w przyszłych artykułach, opierając się na faktach opublikowanych oraz na działaniach samych wiwisekcjonistów hipnozy.
To, że są oni nieświadomymi czarownikami, nie usuwa faktu, iż praktykują Czarną Sztukę, bel et bien – rzeczywiście i bez wątpienia.
Sytuacja przedstawia się krótko następująco. Mniejszość uczonych lekarzy i innych badaczy eksperymentuje z hipnotyzmem, ponieważ dostrzegła w nim coś rzeczywistego. Większość członków Royal College of Physicians nadal jednak zaprzecza realności magnetyzmu zwierzęcego w jego mesmerycznej postaci, nawet ukrytej pod współczesną maską hipnotyzmu.
Pierwsi – całkowicie nieświadomi podstawowych praw magnetyzmu zwierzęcego – eksperymentują niemal na oślep. Aby pozostać wiernymi swym twierdzeniom:
a) że hipnotyzm nie jest mesmeryzmem,
b) że żadna magnetyczna aura ani fluid nie przechodzi od mesmeryzera, czyli hipnotyzera,
wprowadzają błąd za błędem. Oczywiście nie mają prawa stosować praw starszej nauki do młodszej.
W ten sposób, sami o tym nie wiedząc, poruszają jedne z najniebezpieczniejszych sił Natury. Zamiast leczyć choroby – jedynego celu, do którego magnetyzm zwierzęcy pod swoją nową nazwą może być prawowicie stosowany – zaszczepiają badanym własne fizyczne i umysłowe słabości oraz występki.
Za to, a także za niewiedzę ich kolegów należących do mniejszości, w znacznej mierze odpowiada większość niewierząca. Sprzeciwiając się bowiem tamtym, krępuje swobodę działania i korzysta z przysięgi Hipokratesa, aby uczynić ich bezsilnymi w przyznaniu i dokonaniu tego, czego wierzący pragnęliby i co w przeciwnym razie mogliby uczynić.
Lecz jak słusznie mówi doktor A. Teste:
„Istnieją nieszczęsne prawdy, które narażają tych, którzy w nie wierzą, a szczególnie tych, którzy mają odwagę publicznie je wyznawać”.
Przyczyna, dla której hipnotyzmu nie bada się zgodnie z właściwymi zasadami, jest więc oczywista.
Przed laty zauważono:
„Obowiązkiem Akademii i władz medycznych jest badanie mesmeryzmu – to znaczy nauk okultystycznych w ich duchowym aspekcie – i poddawanie go próbom; a wreszcie odebranie jego stosowania i praktyki osobom całkowicie obcym sztuce, które nadużywają tych środków i czynią z nich przedmiot zysku oraz spekulacji”.
Ten, kto wypowiedział tę wielką prawdę, był „głosem wołającego na pustyni”.
Jednak ci, którzy posiadają pewne doświadczenie w psychologii okultystycznej, poszliby jeszcze dalej. Powiedzieliby, że obowiązkiem każdego towarzystwa naukowego – a właściwie każdego rządu – jest położenie kresu publicznym pokazom tego rodzaju.
Próbując magicznego oddziaływania ludzkiej woli na słabsze wole oraz wyprowadzając z ukrycia siły Natury – których imię jest legion – a następnie przywołując je pod pretekstem, że nie są to żadne samodzielne siły, nawet psychiczne, lecz jedynie „powiązane ze znanymi prawami fizycznymi”, ludzie ci stają się w rzeczywistości odpowiedzialni za wszystkie straszliwe skutki, jakie już wynikają i nadal będą wynikać z ich niebezpiecznych publicznych eksperymentów.
Straszliwa Karma – sprawiedliwe, lecz surowe Prawo Odpłaty – nawiedzi w przyszłości wszystkich tych, którzy wywołają najstraszniejsze skutki przez publiczne pokazy ku rozrywce profanów.
Niech pomyślą tylko o niebezpieczeństwie nowych odmian chorób, zarówno psychicznych, jak i fizycznych, powstałych wskutek tak nieumiejętnego obchodzenia się z psychiczną wolą człowieka.
Na płaszczyźnie moralnej jest to równie złe jak sztuczne wprowadzanie do ludzkiej krwi materii zwierzęcej przez niesławnego Browna-Séquarda.
Czy teozofowie nie śmiali się i nie szydzili z okultystycznych nauk oraz nie odrzucali mesmeryzmu?
A jednak stulecie to nie przeminie, zanim nie pojawią się niezaprzeczalne dowody, że idea zbrodni zasugerowanej eksperymentalnie nie zostaje usunięta z umysłu przez odwrócenie prądu woli równie łatwo, jak została w nim zaszczepiona.
Ludzie mogą się przekonać, że choć zewnętrzny przejaw idei „zasugerowanej” może zaniknąć pod wpływem woli operatora, sam czynny, żywy zarodek sztucznie wszczepiony nie znika wraz z nim.
Raz wprowadzony w siedzibę ludzkich – a właściwie zwierzęcych – namiętności, może przez lata pozostawać uśpiony, aby nagle obudzić się pod wpływem jakiejś nieprzewidzianej okoliczności i przejść do czynu.
Płaczące dziecko, przestraszone w ciszy przez sugestię potwora lub diabła stojącego w kącie, wywołaną przez nierozsądną opiekunkę, może po dwudziestu albo trzydziestu latach utracić zmysły dokładnie z tego samego powodu.
W labiryncie pamięci istnieją tajemnicze, ukryte szuflady, ciemne zakamarki i kryjówki, wciąż nieznane fizjologii, które otwierają się tylko raz, rzadko dwa razy, w ciągu ludzkiego życia, i to wyłącznie w niezwykle anormalnych oraz osobliwych warunkach.
Wtedy dokonuje się czasem bohaterski czyn przez osobę najmniej do niego zdolną albo zostaje popełniona straszliwa zbrodnia, której przyczyna na zawsze pozostaje tajemnicą.
Eksperymenty z „sugestią”, prowadzone przez osoby nieznające praw okultystycznych, są zatem niezwykle niebezpiecznymi rozrywkami.
Działanie i reakcja idei na niższym, wewnętrznym „Ego” nie zostały dotychczas zbadane, ponieważ owo Ego wciąż pozostaje terra incognita – ziemią nieznaną – nawet jeśli uczeni nie zawsze chcą to przyznać.
Co więcej, takie pokazy przed przypadkową publicznością same w sobie stanowią niebezpieczeństwo. Ludzie o niezaprzeczalnym wykształceniu naukowym, którzy publicznie przeprowadzają doświadczenia z hipnotyzmem, sankcjonują własnymi nazwiskami podobne praktyki.
Każdy niegodny eksperymentator, wystarczająco bystry, aby zrozumieć proces, może następnie przez ćwiczenie i wytrwałość rozwinąć w sobie tę samą siłę i zastosować ją do własnych egoistycznych, często przestępczych celów.
Skutek na płaszczyźnie karmicznej jest następujący: każdy hipnotyzer, każdy człowiek nauki, choćby miał dobre intencje i był osobiście uczciwy, jeśli pozwolił sobie zostać nieświadomym nauczycielem kogoś, kto później nauczy się nadużywać tej świętej nauki, staje się moralnie współuczestnikiem każdej zbrodni dokonanej za pomocą tych środków.
Takie są następstwa publicznych eksperymentów „hipnotycznych”, które prowadzą – i w praktyce nimi są – do Czarnej Magii.
źródło: Black Magic in Science; LUCIFER – VOL. VI. LONDON, JUNE 15TH, 1890. No. 34.