I
Piękna kobieta siedzi pogrążona w marzeniu i spogląda przez otwarte okno. Promienie księżyca przenikają do wnętrza i otaczają ją świetlistą, srebrzystą poświatą. Jest piękna, lecz w jej urodzie nie ma tej nieuchwytnej łaski, która przewyższa samo piękno i nierozerwalnie łączy się ze szlachetnością oraz odwagą. Uosabia miłość ukrytą głęboko pod skazami bezimiennego spojrzenia – miłość nieśmiałą, opalizującą, mistyczną niczym migoczące kamienie księżycowe otaczające jej hebanowe włosy. Jej delikatne rysy są nieruchome i spokojne jak rzeźbiona kamea albo grecka głowa na starożytnej monecie.
Szata z jasnoszarego aksamitu więzi jej ciało, ściśnięta starożytnym srebrnym pasem. Niczym osobliwa szara mgła spoczywa na niej wieniec jakiejś dostojnej Egipcjanki – sfinksowy i tajemniczy.
W dole, spokojny jak śmierć, rozciąga się ocean, a odbicie księżyca, niczym srebrzysty wąż, spaja horyzont z białym brzegiem. Zielonkawe gwiazdy migoczą słabo przez ociężałą zasłonę nocy. Od czasu do czasu z oddali napływa dziwna i niesamowita nuta muzyki, dzika i osobliwa jak krzyk morskiego ptaka. Świat milczy niczym senny kwiat lotosu, odurzony własną wonią.
Gdy kobieta spogląda w bok, smagła dłoń spoczywa na obramowaniu okna, a obejmując jej dłonie, wspaniale odziany przybysz ze Wschodu wślizguje się do komnaty.
Jego ciemna twarz odznacza się niezwykłą urodą, a błyszczące oczy zapalają się niczym żywe węgle i przenikają półmrok. Klejnoty migoczą na jego szkarłatnej szacie; w dłoniach dzierży klucze otwierające przyjemności świata. Porusza się cicho i miękko jak pantera. Wokół jego głowy unosi się krwistoczerwona poświata.
Jest „Iluzją”, „Mają”, duchem duchowej śmierci – subtelnym, uwodzicielskim i zniewalającym, ucieleśnieniem zejścia ze sfery ducha ku materii.
Nagle ciężkie jedwabne draperie rozsuwają się i do komnaty wchodzi dziewczyna o niezwykłej postaci, otoczona aureolą rudawo-złotych włosów. Jej poważna, uduchowiona twarz jest pełna skupienia. Nie nosi żadnej ozdoby, gdyż jej ozdobą jest blask niebios. Jej imię brzmi „Prawda”, a prawda należy wyłącznie do ducha.
Falujące przejrzystości jej szat odsłaniają doskonałą harmonię ukrytej pod nimi postaci.
Powolnym i dostojnym krokiem zbliża się do kobiety w szarości. Oplata ją silnymi, młodymi ramionami, a złocista poświata jej kasztanowych włosów miesza się z bladą, szarą mgłą otaczającą tamtą. Szczere, pełne żaru spojrzenie jej błękitnych oczu wnika głęboko w duszę „Miłości” i budzi w niej drżące echo, które przeszywa całe jej jestestwo niczym żywy kryształowy płomień.
Uścisk ramion zapala potężną magnetyczną siłę, a smukła postać „Miłości” drży i kołysze się pod wpływem energii jej potężnego magnetyzmu.
Srebrna nić czystej intuicji zdaje się magnetycznie wiązać z intelektem, w mocy prawdziwej religii, gdyż:
„Nie ma religii wyższej niż prawda”.
Trzy postacie stają naprzeciw siebie. Nie zakłóca ich cisza pogrążonego we śnie świata. Ciężkie, wschodnie wonności nasycają powietrze swą przemożną zmysłowością. Komnata ma orientalny przepych i zdaje się czerpać z wielu światów.
Prosta elegancja Persji łączy się z bardziej osobliwymi cechami Japonii. Dzbanom Kaga i wielkim kremowym wazom z Satsumy towarzyszą wspaniałe wschodnie plakiety, ozdoby ze złota i srebra oraz surowa ceramika Birmy. Monumentalne bóstwa i prymitywne wyroby ludów pierwotnych, ciężkie rzeźby wschodnich bogów i barbarzyństwo południowych mórz, kunsztowne brązy i emalie cloisonné, lakierowane i inkrustowane stoły, mosiądze i falujące jedwabne tkaniny – wszystkie te bogactwa Wschodu splatają się w różnorodny labirynt olśniewających barw.
Przybysz ze Wschodu podchodzi na środek komnaty i unosi laskę, na której wyrzeźbiono trzy węże – trzy kusiciele, nakłaniające wewnętrzną rzeczywistość, aby porzuciła samą siebie dla zewnętrznych pozorów i przyjęła symbole zamiast prawdy. Laską kreśli wieczny krąg, w którym migoczą siedem świętych planet.
Nagle wchodzi ślepy niewolnik, „Grzech”, sługa „Iluzji”. Jest nagi, z wyjątkiem przepaski ze złocistej tkaniny przewiązanej wokół lędźwi. Jego nieprzeniknione cierpienie odcisnęło piętno na mroku jego oblicza. Z głębokim ukłonem podaje złotą misę, na której leżą trzy „bańki wodne” wypełnione licznymi ziarnami haszyszu.
Każda z postaci wybiera jedną.
Dziewczyna przechodzi przez komnatę i kładzie się na niskim tapczanie.
Kobieta w szarości zapada się wśród poduszek jasnobrązowej sofy.
Przybysz ze Wschodu podchodzi kolejno do każdej z nich i zapala fajkę, wydobywając lśniący magnetyczny strumień ze swych smukłych, giętkich palców.
Palą w milczeniu – przeżywając karmę każdego słodkiego życia.
Przez chwilę dziewczyna śpi spokojnie, podczas gdy „Miłość” spoczywa z przymkniętymi oczami, w stanie na wpół sennym i na wpół niespokojnym.
Przybysz przez moment spogląda na „Prawdę”, po czym mówi:
– Ona jest bezpieczna.
Następnie pochyla się i obejmuje ramionami bezwładną postać kobiety w szarości.
Ta jest tylko na wpół uśpiona, lecz odwraca się i opiera głowę na jego piersi.
Gdy widzi w niej kwiat niewinności, który zakwitł w jej pięknym łonie, i zagląda jej w oczy, dostrzega lilię odbitą w opalowych głębinach.
Przestraszony krystaliczną czystością „Prawdy”, nie znającą lęku ani zła, w gniewie kieruje promień ku kręgowi świata – i oto pojawiają się jagnię i gołąb.
Gołąb duchowej inteligencji trzepocze ku ramieniu „Miłości”, gdzie odnajduje spokojne miejsce spoczynku. Jagnię zaś składa głowę na piersi „Prawdy”, nie mając własnej woli, lecz spełniając wolę Ojca.
„Miłość” spogląda w lśniące kule oczu „Iluzji” i mówi:
– Pokaż mi swoje skarby, pragnę ich zakosztować.
Wówczas przed jej oczami przesuwa się kolejna wizja o niezwykłym pięknie.
„Raj sklepionych altan,
rozświetlonych kwiatami pochylonymi ku ziemi”.
Gęstwiny kwitnących drzew i zielone polany. Migoczące strumienie, winnice i altany oplecione różami. Wspaniałe sale przybrane greckimi tkaninami, połyskujące klejnotami, srebrem i złotem.
Przez komnaty przechodzą śpiewające hurysy, piękne niczym postacie z raju Mahometa, uwodzicielskie i odurzające jak musujące wino w wysadzanych klejnotami pucharach.
Rozkosz i radość zdają się oddychać z miękko brzmiących fletów i harf o srebrzystych strunach. Melodyjna pieśń ptaków miesza się z szemraniem żywych strumieni.
Lecz „Miłość” odwraca głowę i szepcze:
– Pragnę. Daj mi pić z krystalicznie czystej wody.
„Iluzja” znów ogarnia gniew. Dorzuca do fajki kolejne ziarna i wtedy przez marmurowe sale przetacza się trąba powietrzna, a głosy śpiewających zamierają w długim jęku cierpienia.
Wznoszą się chmury żółtego pyłu. Nadciąga burza, wygina marmurowe kolumny niczym trzciny, a wielkie skały zsuwają się z hukiem w dolinę.
Piękne i pełne litości oczy spoglądają z bursztynowych obłoków. Krwistoczerwone słońce zachodzi za jałową pustynią, na której spalone lilie dawnych światów gniją w palącym blasku.
Piaski przesypują się nad marmurowymi świątyniami, gdzie „Logos” pozostaje ukryty i zapomniany, lecz nie na zawsze. Wir połyskujących minerałów i rud opada do jęczącego morza, a boska iskra migocze, po czym gaśnie.
Wtedy kobieta pochyla się nisko, z rękami podobnymi do dłoni dziecka skrzyżowanymi na piersi. Pochyla smukłą szyję przed gwałtownością burzy i mówi:
– To z pewnością przeminie, a Miłość może wszystko przetrwać.
Jej oczy błądzą z niewypowiedzianą ufnością i czułością ku miejscu, gdzie spoczywa „Prawda”.
Lecz ona nadal śpi, przemierzywszy dawno temu wszystkie uroki Świata.
„Miłość” pozostaje jednak niewzruszona i potrafi wytrwać. Nie wyciąga rąk ku „Iluzji”, aby ją pochwycić.
Przybysz podnosi się i oddaje pokłon jako geniusz Mądrości, Mocy i Prawdy – Duch Boga.
Zapina wokół jej smukłej szyi naszyjnik z klejnotów o różnych barwach, wśród których mieszają się topaz, szafir o barwie nieba oraz inne kamienie, po czym znika przed nadejściem świtu.
Wtedy lśniące Planety umieszczone na Kręgu Świata zaczynają blednąć, pozostawiając jedynie Mądrość, Świętość i Miłość. W tej sferze Umysłu Merkury – Inteligencja – i Wenus – Miłość – jednoczą się.
Bóg bowiem jest Miłością, a Miłość zwycięża Świat.
II. Niewidzialne
Matka klęczała przy łóżku, na którym leżał jej umierający syn. Twarz ukryta w pościeli ukazywała jedynie koronę złocistych włosów. Od czasu do czasu jej ramiona drżały pod wpływem gwałtownego szlochu.
Całe jej ziemskie szczęście spoczywało tam, chwilowo coraz bardziej nieruchome i zimne, mające wkrótce stać się pustą powłoką, iluzją, maską.
Wokół dziecka unosił się szary eter podobny do całunu – ledwie błękitny cień nad głową, który z każdym słabym, gasnącym westchnieniem stawał się coraz pełniejszy i wyraźniejszy. Z eterycznej mgły wyłaniała się jasna i piękna twarz, gładka i świeża niczym obraz anioła. Gdy ostatnie westchnienie rozeszło się po komnacie, cienista postać astralna osiągnęła pełnię kształtu i łagodnie odpłynęła ku krainie cieni, pośród niezliczonych obecności unoszących się w pokoju.
W kątach, pośród rzeźbionego dębu, przykucnęły kształtne cienie. Szara niejasność zasłaniała malowany sufit. Ostatnie promienie wieczoru rzucały wspaniałe pryzmaty przez witrażowe okna, przy których stał dostojny kardynał z uniesionym palcem Rzymu. Twarze cherubinów wypełniających narożniki spoglądały żałobnie i otaczały umierającą głowę złocistą aureolą.
Zamek spowijała uroczysta cisza, choć niecierpliwe podmuchy krążyły wokół szczytów, a puste głosy niespokojnych duchów nawoływały żałośnie – jedne śpiewając, inne wzdychając.
Przeciąg przesączał się przez stare dębowe rzeźbienia i smutno poruszał wyblakłym purpurowym aksamitem paradnego łoża, na którym wyhaftowano złotem godła rodowe.
Na zewnątrz zachodzące słońce przecięło horyzont krwawymi smugami, nasyconymi światłem. Powoli przed oczami kobiety zaczęły pojawiać się obrazy przeszłości – niejasne i wzniosłe dążenia duszy, gorączka niewysłuchanych modlitw, lodowaty chłód przysięgi małżeńskiej, która zdawała się rozbrzmiewać i drżeć pod dębowym sklepieniem starego domowego kościoła.
Żywa śmierć kolejnych lat trwała aż do chwili, gdy z martwego serca jej życia wyrosła jedna wielka gwiazda, świecąca przez pewien czas, po czym gasnąca na zawsze.
Twarze dawno zmarłe i zapomniane powstawały ponownie w majestatycznym zmartwychwstaniu i uśmiechały się lub marszczyły brwi nad nią. Każdy kamień milowy przeszłości zdawał się mieć wypisane ognistymi znakami mijające lata. Przed nią rozciągała się zasłonięta mrokiem przyszłość, wskazująca na krwawe równiny życia.
Słuchaj! Słuchaj!
Łagodne, uroczyste tony muzyki powoli wymykały się z ciemności, jak gdyby wielkie organy wysyłały dźwięki ku niebu. W kaplicy odprawiano uroczystą mszę za zmarłego.
Kobieta uniosła pobladłą, białą twarz i nasłuchiwała. Pokój pogrążył się teraz w ciemności, poza miejscem, gdzie blady księżyc oświetlał dymiące wejście, wojownika w kolczudze i wydobywał z jedwabnych zasłon na ścianach szare refleksy.
Lecz gdy patrzyła, świetlista mgła zdawała się otaczać wszystko mistycznym blaskiem. Ujrzała przed sobą tysiące powietrznych widm kroczących w dostojnym pochodzie. Uroczysta kadencja rozbrzmiewała echem w mroku, a cienisty zastęp poruszał się w doskonałej zgodzie z jej rytmem.
Powoli poważne akordy roztrzaskały się i przeszły w żałosne zawodzenia, a liczne cieniste postacie tańczyły niesamowicie w czarnych, pogrzebowych szatach. Dziki wybuch cierpienia uniósł się przez komnatę i zgasł w upiornym, szlochającym westchnieniu.
Gdy kobieta słuchała majestatu potężnych akordów wydobywanych z organów, ujrzała nad sobą unoszącego się syna – jeszcze bardziej chwalebnego, bardziej duchowego i doskonalszego, niż kiedykolwiek go znała. Ciało wciąż leżało na łóżku, lecz duch stał przed nią.
Jego oczy otworzyły się i zobaczyła, że uśmiecha się z niewysłowioną słodyczą.
Zadała sobie pytanie, spoglądając na niego w zachwycie:
– Czy to może być czyściec? Czy ten cudowny świat astralny jest miejscem, w którym spoczywa teraz mój syn?
Jego dusza, oczyszczona ze wszelkiego astralnego brudu, stała uwielbiona w lśniącym, śnieżnym świetle, otoczona kryształową czystością duchów jak aureolą.
Dookoła, a zarazem z dala, unosiły się cienie wszelkich postaci i rodzajów, jedne bardziej materialne, inne bardziej eteryczne. Puste, bezkształtne powłoki zmarłych odpływały do „Dewachanu”. Niespokojne cienie i elektryczne opary mieszały się w nieustannie zmiennym, nieposkromionym labiryncie. Raz po raz przybierały kształt, by po chwili ponownie rozpuścić się w eterze.
Przez moment pojawiła się cienista twarz, lecz zniknęła, zanim oko zdążyło rozpoznać jej rysy.
Krew mrożące, straszliwe i poruszające oblicza spoglądały ku dołowi z najintensywniejszym pragnieniem ponownego ziemskiego wcielenia. Żałosne twarze, przerażająco zafascynowane, ciemne od niezaspokojonej tęsknoty, żyły w całym ciele, wytwarzając nową „karmę” i łaknąc ziemskiego życia.
Strumieniem napływały „elementale” ze wszystkich światów: jedne posępne, inne duchowe; jedne promienne, inne seraficzne – duchy, które zakończyły swoje dawne ziemskie życie, gotowe na przyszłe przemiany, wizje przewyższającego piękna, boskie i pełne miłości.
Dzieci, które nie zaznały bólu ani nie były jeszcze gotowe do ziemskiego życia, unosiły się ku górze. Pojawiał się pozbawiony natchnienia mędrzec z pomarszczonym czołem, otępiały, znużony i martwy dla życia, nadziei i radości.
Demony o odrażających twarzach, wyrywające się z krwistoczerwonych ognistych mgieł; bezmyślna dziewczyna; lekkomyślny młodzieniec; ascetyczny mnich; święta zakonnica; postacie wszelkiego rodzaju – niebiańskie, groteskowe, piekielne i szatańskie.
Języki rubinowego ognia i srebrzyste elektryczne błyski. Twarze niemowląt-aniołów, demony o pięknych kształtach, święte oblicza o diabelskich ciałach, wijące się w upiornym zamieszaniu w Astralnym Świetle.
Wielki lęk przed nieznanym ogarnął kobietę, gdy otoczyła ją głęboka samotność ziemi. Z wielkim jękiem cierpienia wyciągnęła ramiona i zawołała:
– O błogosławiona Maryjo! Matko Chrystusa! Proszę, oddaj mi moje dziecko!
Lecz triumfalny huk powietrznych głosów, płynących na fali życia, zagłuszył jej krzyk.
Z uśmiechem jej anielski syn ponownie rozpłynął się w srebrzystych obłokach. Gdy kobieta zapadła w nieświadomość, ukazała się jej wizja przyszłości, która teraz stała się niemożliwa.
Niewielki pokój wyłożony dębową boazerią, oświetlony migoczącymi świecami. Dziwny, chłodny świt przedzierał się przez szpary w okiennicach.
Przy stole grały i uprawiały hazard dwie postacie.
Jedną z nich było zmarłe dziecko, które dorosło do postaci mężczyzny – rozwiązłego, wynędzniałego, o lekkomyślnej twarzy.
Drugą była nieznana jej kobieta, z gorączkowym rumieńcem na obu policzkach i twardym blaskiem w oczach. Gra toczyła się dalej. Wzrok kobiety był skupiony na kartach.
Postawiła po raz ostatni i wygrała.
Mężczyzna gwałtownie się podniósł i cisnął karty na stół, wprawiając szklanki w drżenie i taniec. Kobieta również wstała, z cichym śmiechem triumfu na pięknych ustach.
Gdy podszedł do niej, rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. Popatrzyła mu w oczy z okrutnym blaskiem i w jednej chwili jego dłoń zacisnęła się na jej gardle.
Powalił ją na ziemię, coraz niżej i niżej, podczas gdy wokół niego szaleńczo tańczyły demony zbrodni i żądzy.
Jej twarz ciemniała coraz bardziej, gdy jego uścisk stawał się coraz silniejszy, aż z jej łokcia dobiegł zły odgłos.
Rozległ się dziki, gardłowy i stłumiony krzyk.
Ten krzyk obudził omdlewającą matkę, zimną i bez życia.
Nadszedł chłodny dzień. Dziewczęta o świcie wniosły światło, przez które świece bladły i gasły u stóp oraz przy głowie zmarłego.
Violet Chambers, F.T.S.
źródło: Visions in the Crystal; LUCIFER – VOL. V. LONDON, SEPTEMBER 15TH, 1889. No. 25.