Co wiem o Duchach

Kilka tygodni temu, kończąc opis rozmowy z medium, powiedziałem, że kiedyś mogę opowiedzieć o moim własnym doświadczeniu natury „duchowej”. Dodałem, że nie jest straszne. Oto ono:

Mój ojciec, pochodzący z długiej linii rolników, mieszkał w Drayton w hrabstwie Berkshire. Jego gospodarstwo nazywało się Manor House Farm i było dzierżawione od jednego z kolegiów Oksfordzkich. Kiedy się tam wprowadził, dom od dawna stał pusty, bo – jak mówiono – stary Manor House był nawiedzony. Ojciec się tym nie przejmował, ponieważ mój dziadek również mieszkał w nawiedzonym domu; ojciec nawet uważał, że duch może mu coś wartościowego „podsunąć”.

Manor House był spory i stary. Znajdował się w nim boazeriowany, dębowy pokój z kominkiem szerokim niczym mała brama. Właśnie o tym pokoju mówiono, że jest szczególnie nawiedzony. Pamiętam jesienny, niedzielny wieczór: cała rodzina – ojciec, matka, brat, dwie siostry i ja – oraz nasze sympatie, siedzieliśmy w tym pokoju, część po jednej, część po drugiej stronie kominka. Świece nie były jeszcze zapalone; czerwone żarzące się polana rozświetlały palenisko. Wszyscy naraz dostrzegliśmy wysoką postać w staromodnym wojskowym uniformie, przechadzającą się tam i z powrotem, od końca pokoju w naszym kierunku, z rękami splecionymi za plecami i głową pochyloną ku piersi. Nie zwracał na nas uwagi, lecz z każdym nawrotem podchodził bliżej kominka, tak że wszyscy mogliśmy mu się dokładnie przyjrzeć. W końcu zniknął nam z oczu przy samym palenisku.

Postać ta była widywana wcześniej, ale nigdy tak wyraźnie ani przez tak wiele osób naraz. Zawsze wydawał się pogrążony w sobie i jego pojawienia się nigdy do niczego nie prowadziły.

Dama, która jest teraz moją żoną, a wtedy była jedną z obecnych, odwiedzała kiedyś moje siostry. Pewnego wieczoru poszła, ze świecą w ręku, do spiżarni po coś na kolację. Schodząc po stopniach, poczuła, jakby traciła uchwyt świecznika – i ten upadł na ziemię. Sięgnęła po naczynie, po które przyszła, i wróciła. Następnej nocy poszła ponownie, tym razem trzymając świecznik mocno, lecz w tym samym miejscu poczuła, jakby ktoś siłą wyrwał go jej z ręki i cisnął w kąt.

Gdy przyjeżdżali goście, mój brat i ja musieliśmy czasem spać w łóżku rozstawionym w dębowym pokoju. Nie dziwiło nas, jeśli pościel była ściągana z łóżka albo jeśli zrywano nas z prycz.

Nasz wikary zaglądał czasem do nas po drodze. Opowiedziałem mu kiedyś o tych doświadczeniach, dodając, że to duchy starego domu tak robią. Wyprostował się i zapytał, czy mam coś „na sumieniu”, mówiąc, że jego obowiązkiem jest wezwać mnie do wyznania czegokolwiek, co dręczy moje sumienie; co do duchów – takich nie ma. Odpowiedziałem, że sumienie mam spokojne, lecz rzeczy, o których mówię, wydarzyły się – i być może sam się o tym przekona, jeśli tam prześpi noc. Powiedział, że tak zrobi, aby móc mówić do mnie z większym autorytetem i zakończyć takie rozmowy. Wieczorem przygotowano mu łóżko w dębowym pokoju. Zanim życzyliśmy mu dobrej nocy, pokazałem mu drzwi do mojego pokoju, by mógł mnie zawołać, jeśli będzie czegoś potrzebował.

W nocy usłyszałem gwałtowne szarpanie za klamkę – i wpadł wikary, błagając, by pozwolić mu położyć się obok mnie do rana. Chciałem, by mi powiedział, co się stało, i zapytałem, czy coś ma „na sumieniu”! Niczego z niego nie wydobyłem, lecz nigdy więcej nie moralizował mi o „niespokojnym sumieniu”.

Kiedy ojciec wziął ten dom, pamiętał – jak nam często opowiadał – doświadczenie mojego dziadka sprzed wielu lat. Opisując je, polegam na mojej bardzo żywej pamięci rozmów ojca i matki.

Dziadek prowadził gospodarstwo w West Drayton. Sąsiednia farma i dom od dawna były niezamieszkane. Mówiono, że są nawiedzone. Dziadek nie wierzył w duchy. Zawarł korzystną umowę z właścicielem i włączył farmę do własnej. Dom zamierzał albo zająć, albo odstąpić pracownikom. Babka wierzyła w to, co opowiadano – że nawiedza go duch starego skąpego rolnika G. Wierzyła we wszystkie światła, dźwięki i rzucanie kamieniami w domu. Powiedziała dziadkowi, że może wziąć pola, ale ona nie będzie miała nic wspólnego z takim domem.

Dziadek uważał, że „duchami” są kłusownicy lub włóczędzy – i że on potrafi sobie z nimi poradzić. Częścią jego umowy było to, że zatrzyma wszystko, co znajdzie, gdyż o starym G. mówiono, że zakopał pieniądze. Właściciel słyszał takie pogłoski i dom już przeszukiwał, lecz dziadek mógł zatrzymać ewentualne znaleziska.

Gdy objął posiadłość, kazał naprawić pokoje i przygotować dla siebie łóżko, aby być rano gotowym na pracowników. Pierwszej nocy obudził go ruch łóżka. Przetarł oczy i zobaczył postać trzymającą dłonie na dolnych słupkach łóżka. Pomyślał, że to jeden z włóczęgów próbujących go przestraszyć. Chwycił kilof, który trzymał przy łóżku, ruszył naprzód i uderzył – lecz kilof przeszedł przez postać i wbił się w podłogę. Zjawa skinęła, by za nią podążał, i poszła korytarzem. Dziadek przetarł oczy, pomyślał, że może śnił – i wrócił do łóżka.

Następnej nocy sytuacja się powtórzyła: kołyszące się łóżko, ta sama postać, skinienie. Dziadek uznał, że nie ma sensu uderzać, i dał znak, że pójdzie za nią. Figura wsunęła się do małej kuchni i zniknęła pod podłogą; ostatnimi widocznymi elementami były oczy i ręka wskazująca drogę. Aby upewnić się, że nie śni, dziadek upuścił kilof w miejscu, gdzie zniknęła ręka, i wrócił spać. Rano kilofa nie było przy łóżku. Idąc śladem swoich kroków z nocy, zobaczył go tam, gdzie go upuścił – w rogu małej kuchni.

„A więc nie spałem”, powiedział. „I sprawdzę, dokąd poszedłeś.” Używając kilofa, łopaty i pracy rąk, wykopał kilka garnków pełnych monet, a następnie starannie zawinięty kawałek koca, zawierający jeszcze więcej. Ojciec mówił, że musiała to być znaczna suma – dziadek nigdy nie zdradził, ile dokładnie.

Gdy właściciel usłyszał pogłoski o znalezionych pieniądzach, próbował zgłosić roszczenie, lecz dziadek, postępując zgodnie z radą, powiedział mu, by trzymał się umowy – i właściciel zaprzestał nalegań.

Zauważono, że po odkryciu pieniędzy dom przestał być nawiedzony. Wyglądało to tak, jakby ten, kto je zakopał, musiał doprowadzić do „odwrócenia” jednego ze swoich ziemskich czynów. W próbując to osiągnąć, straszył tych, do których miał dostęp – aż trafił na mojego spokojnego, twardego dziadka.

Przychodzi mi na myśl refleksja: Czy duch z dębowego pokoju w Manor House był tam przyciągany wspomnieniem jakiejś krzywdy związanej z tym pokojem i kominkiem? Być może tak – być może była to krzywda, której nie dało się naprawić poprzez przywrócenie porządku w świecie materialnym. Jeśli zaś chodzi o drobne zakłócenia towarzyszące nawiedzeniu – czy nie mogły one być dziełem innych istot, niższego rodzaju, przyciąganych przez tamtą obecność albo idących w jej ślad?

J. C.

źródło: WHAT I KNOW ABOUT GHOSTS; LIGHT
, 26 listopada 1881.