Byłam bardzo zainteresowana zeszłego lata relacjami, które słyszałam od każdego członka pewnego gospodarstwa domowego, dotyczącymi nawiedzenia domu w moim sąsiedztwie – zjawiska, które trwało i nadal trwa. Wspominałam o tym wśród znajomych, co spowodowało, że opowiedziano mi wiele podobnych historii. Jedna z nich okazała się szczególnie interesująca ze względu na liczne potwierdzenia pochodzące z różnych źródeł.
Pewna dama, z którą rozmawiałam na ten temat, przyjaźniła się niegdyś blisko z panną G., która opowiedziała jej, że kiedy były dziećmi, ich ojciec wynajął stary dom w Niemczech – jak sądziła moja informatorka, był to niegdyś klasztor – a czynsz miał być niski ze względu na opinię o jego nawiedzeniu, choć żadne z dzieci nic o tym nie wiedziało. Pewnego deszczowego dnia wszystkie bawiły się obręczami w starym refektarzu*, gdy zobaczyły starego mężczyznę w brązowym habicie mnicha, przechodzącego przez pokój i wchodzącego do małej wieżyczkowej komnaty** na jego końcu, która nie miała wyjścia. Pobiegły za nim do tej komnaty, lecz nikogo tam nie znalazły. Panna G. powiedziała, że nie przyszło im nawet do głowy, by się przestraszyć – od razu wyobraziły sobie tajne drzwi i zaczęły opukiwać ścianę kijkami od obręczy, aby je odnaleźć.
Kolejnym razem panna G. zobaczyła tę postać, gdy była sama – została, jak sądziła moja informatorka, wysłana do tej samej małej komnaty, by powtórzyć źle odrobione lekcje. Ujrzała tego samego starego mężczyznę po drugiej stronie stołu; tym razem jednak przestraszyła się i wyszła.
* To pomyłka; refektarz znajdował się na górnym piętrze, które nie należało do rodziny G. Z pewnością chodziło o pomieszczenie, które jej siostra nazywała długim korytarzem.
** To również jest błędne wspomnienie. Nie było tam żadnej komnaty w wieżyczce.
Nie wiedziałam nic o pannie G. ani o jej rodzinie, poza tym, że była dawną znajomą mojej informatorki. Jednak tydzień lub dwa później, gdy znalazłam się na kolacji obok damy o tym nazwisku, nadstawiłam uszu i dowiedziałam się, że jest młodszą siostrą tej samej rodziny, urodzoną już długo po okresie zamieszkiwania wspomnianego domu. Zawsze jednak znała tę historię i uprzejmie zgodziła się przesłać mi bardziej szczegółową relację. Ponieważ mieszka ze swoją matką i pisała do mnie z jej domu, poniższą narrację należy praktycznie uznać za relację naocznego świadka opisanych wydarzeń:-
„W roku 1841 lub 1842 mój ojciec wynajął apartamenty w starym château w Baden-Baden, który niegdyś był klasztorem. Apartament był duży i okazały, a czynsz wyjątkowo niski. Ojciec, przekonany, że wygodnie urządził rodzinę, wyjechał do Anglii na kilka tygodni.
Nie byli tam długo, gdy pani G., wracając pewnego dnia z długiego spaceru, została poinformowana przez nianię, że podczas gdy ta chodziła tam i z powrotem po długim korytarzu z niemowlęciem, nagle pojawił się przed nią jakiś mężczyzna w brązowym ubraniu – nie wiadomo skąd – podszedł blisko, spojrzał na dziecko, a następnie zniknął, przechodząc przez ścianę na końcu korytarza. Niania była prostą angielską dziewczyną i nic nie wiedziała o mnichach, ale opisany przez nią ubiór mężczyzny dokładnie odpowiadał habitowi franciszkanina.
Pani G. była bardzo zirytowana tym zdarzeniem, którego nie uważała za cokolwiek nadnaturalnego, i skarciła odźwierną na dole za to, że dopuściła żebraka na schody, wbrew umowie. Odźwierna stanowczo zaprzeczyła, by ktokolwiek przeszedł obok jej wartowni.
Kilka dni później mężczyzna w brązowym habicie znów pojawił się w pokoju dziecinnym, gdy dzieci były kładzione spać; innym razem – w szkolnej sali, gdzie gonił jedną z dziewczynek dookoła stołu. Pani G. nigdy sama nie widziała zjawy, ale dzieci i służba zaczęły się bardzo bać. Jedno nerwowe dziecko, około dziesięcioletnie, umieszczono w pokoju przylegającym do sypialni matki, a drzwi prowadzące na korytarz zamknięto na klucz i zasuwę; jednak dziecko uparcie twierdziło, że gdy budzi się w nocy, mężczyzna w brązowym habicie stroi do niego miny u stóp łóżka.
W końcu któregoś dnia nie podano dzieciom obiadu. Pani G., która właśnie wróciła z przechadzki, zapytała o powód i usłyszała, że pod jej nieobecność mężczyzna pojawił się w kuchni i tak przeraził kucharkę, że rzuciła w niego wałkiem do ciasta i uciekła. (Biedna kobieta później postradała zmysły i zmarła.) Po tym wszystkim pani G. oświadczyła, że nie zostanie tam ani chwili dłużej, i natychmiast opuściła apartament. Właściciel nie próbował w żaden sposób zmuszać jej do zapłaty odszkodowania za zerwanie umowy, co bez ważnego powodu na pewno by uczynił.”
* To pomyłka; refektarz znajdował się na górnym piętrze, które nie należało do rodziny G. Najpewniej chodziło o pomieszczenie zwane przez jej siostrę długim korytarzem.
** To błędne wspomnienie. Nie istniała tam żadna komnata w wieżyczce.
Około 20 lat po tych wydarzeniach pewni przyjaciele rodziny odwiedzili ich po powrocie z zagranicznej podróży. W trakcie rozmowy okazało się, że owi państwo wynajęli pokoje w château w Baden. Początkowo byli nimi zachwyceni, lecz wkrótce musieli je opuścić z powodu nawiedzenia apartamentów przez franciszkańskiego mnicha.
Znów minęło kilka lat i pani G. spotkała w Paryżu wdowę po lekarzu z Baden-Baden. Zapytała ją, czy słyszała jakiekolwiek opowieści o duchach związane ze starym château. „O tak, oczywiście”, odpowiedziała natychmiast. „Są powszechnie znane; nikt nie jest w stanie utrzymać tych pokoi.” Sama mieszkała w tym samym domu, ale nigdy nie widziała zjawy, ponieważ jej apartament znajdował się na górnym piętrze, które nie było nawiedzane.
Kolejny raz – dwa lub trzy lata temu – jeden z synów pani G., duchowny w Szkocji, opowiadał tę historię na przyjęciu obiadowym, kiedy obecny tam dżentelmen zawołał: „Och, panie G., mogę to potwierdzić”, po czym opowiedział, że on i jego brat, podróżując po Niemczech, słyszeli o nawiedzonych pokojach i udali się tam specjalnie po to, by zobaczyć ducha. Siedzieli całą noc przy świetle lampy, z książką, a mnich przyszedł i przewracał im kartki.
Hensleigh Wedgwood
31 Queen Anne Street
źródło: HAUNTING OF AN OLD CHATEAU AT BADEN-BADEN; LIGHT, 19 listopada 1881.