Z cienia celtyckiego zmierzchu

SUPERSTYCJA MOŻE BYĆ TRAFNIE ZDEFINIOWANA jako zniekształcone relikty i fragmenty wiary dawno zapomnianej co do swego prawdziwego znaczenia; pozostałości zwyczajów i obrzędów, które wydają się dziś naszym oczom osobliwe, a może wręcz dziecinne. Niemniej jednak, dla niektórych niosą one pewien urok codzienności, a choćby pobieżna znajomość dawnych wierzeń często rzuca światło na pochodzenie pewnych słów i wyrażeń, które są nadal używane.

Byłoby jednak wielkim błędem sądzić, że folklor był całkowicie pozbawiony sensu dla ludzi dawnych epok, jak bywa to dziś dla nas. Żyjąc w innych warunkach, z odmiennym sposobem myślenia, odczuwania i postrzegania, zmysłami nieprzytępionymi przez różnego rodzaju mechaniczne wynalazki, ludzie ci byli wyraźnie świadomi intymnego związku między własnym życiem, jego potrzebami, a światem Natury, widzialnym i niewidzialnym, który ich otaczał. Cały wszechświat jawił się im jako mnóstwo sił i mocy, inteligencji i bytów wszelkiego rodzaju, z którymi należało nawiązać dyplomatyczne relacje. Trzeba było skłonić je do życzliwości wobec ludzi, bo jako „starsi” były uważane za nieskończenie mądrzejsze i potężniejsze. Kontakty musiały być nawiązywane we właściwy sposób, a przewody prowadzące do ogromnych rezerwuarów energii kosmicznych (bo takimi słowami możemy opisać sens ich rytuałów i praktyk religijnych) musiały być właściwie skonstruowane, by zapewnić sobie błogosławieństwa i odpędzić wszelkie zło.

Życie w przeszłości mogło być bardzo niekomfortowe w porównaniu ze współczesnością, ale jego wymiar duchowy musiał być niezwykle bogaty. Staliśmy się dziś anemiczni, pozbawieni sił, bezpłciowi, a nasza religia tak rozcieńczona, że nie jest już siłą poruszającą, inspirującą i ledwo zapewnia minimum scalającej mocy, która pozwoliłaby nam wejść w nasze prawowite dziedzictwo. To wszystko odeszło dawno temu. Pozostały tylko te dziwaczne, zniekształcone relikty i upiorne karykatury – „Okruchy Zapomnianej Wiary”.

W naszym kraju można wciąż znaleźć najbardziej osobliwe i dziwaczne zwyczaje oraz przekonania, co zrozumiałe zwłaszcza na terenach bardziej oddalonych od miast, jak i wśród tych, którzy, biorąc pod uwagę pochodzenie etniczne, wywodzą się z jednej z grup celtyckich. Zwłaszcza tam, gdzie zachował się oryginalny język, takie zjawiska są szczególnie widoczne. Celt doskonale zdaje sobie sprawę, że jest członkiem jednej z najstarszych europejskich „ras”, a jego język (jeśli wciąż nim włada) również odznacza się starożytnością. W tym sposobie patrzenia jest też echo przeszłości i coś, co wydaje się odpowiadać bardziej Orientowi niż ściśle europejskiej… epoce postchrześcijańskiej. Autor nie raz spotkał się z opinią zarówno Rosjan (którzy są bardziej Azjatami niż Europejczykami), jak i Irlandczyków, że temperament tych dwóch narodów jest sobie bliższy niż np. Anglikom, Niemcom czy Francuzom. Ani w jednym, ani w drugim języku nie istnieje czasownik „mieć” – używają innej konstrukcji idiomatycznej, bardzo zbliżonej do siebie. Jeśli Celt traktuje Saksona z pewnym pobłażliwym dystansem, być może dlatego, że mimo politycznej, geograficznej i pokoleniowej jedności, wciąż czuje w sobie odrobinę prometeizmu – iskrę, która pozwala mu być czymś więcej niż tylko praktycznym realistą.

Celt przyjął chrześcijaństwo, ale uczynił to w sposób zdecydowanie własny. Później, gdy jego religia stała się bardziej sformalizowana i tradycyjna, cechy celtyckie w dużej mierze zanikły. Irlandczycy pozostali katolikami – co leżało w ich naturze – i byli z tą religią szczerze związani, choć w sercu wciąż nosili dawne opowieści o Maeve, Deirdre, synach Usnach i Fionnie. Szkoci przeważnie przyjęli prezbiterianizm, z wyjątkiem niewielkiej katolickiej mniejszości w regionach wyżynnych, lecz nawet najgorliwsi kaznodzieje z Dingwall nie zdołali całkowicie wykorzenić dawnych praktyk. Walijczycy przeszli na kalwinizm, lecz zachowali cześć dla bardów i filozofii druidzkiej. Kornwalijczycy zostali gorliwymi metodystami, ale wciąż respektowali „mały ludek”, a w Helston do dziś obchodzi się Kwiatowy Taniec 8 maja.

Niezależnie od zewnętrznych przejawów, pod powierzchnią tkwią relikty dawnych wierzeń, nadziei i lęków.

Celtycki folklor i mitologia są równie bogate jak u innych ludów i szczęśliwie uniknęły traktowania ich jako suchej, akademickiej ciekawostki, które spotkało wiele prastarych religijnych koncepcji ludzkości. W przypadku Celtów dostarczyły one materiału dla znakomitej literatury neo-celtyckiego odrodzenia, której znaczenie artystyczne zasługuje na osobne omówienie.

Jak wszyscy ludzie, także Celtowie dostrzegali potrzebę nawiązania kontaktu z uniwersalnym „Zasilaczem Mocy” i żyli w zgodzie z bogami oraz demonami, jeśli chcieli cieszyć się szczęściem i dobrobytem. Dom należało chronić, uprawy siać i zbierać w najpomyślniejszych warunkach, a siły natury pozyskiwać i przebłagiwać. Miało to ogromne znaczenie nawet w codziennych sprawach. Centrum domu było ognisko, a ogień torfowy po dziś dzień jest przedmiotem szczególnej troski. Ogień rozpalano według określonych zwyczajów, bo to jeden z trzech niezbędnych elementów istnienia. Trzeba było darzyć go szacunkiem.

Życie należało podtrzymywać przez cały rok, a dni, gdy słońce było najsilniejsze, najlepiej wykorzystywać, by przygotować się na ciemną porę roku. Stąd rok dzielono na cztery przeciwstawne części: „Wielkie Słońce Lata” i „Małe Słońce Zimy”. Wielkie Słońce pojawiało się na Beltane, 1 maja. Beltane (gael. Bealltainn) oznacza „jasny (lub biały) ogień”. Nie ma to związku z Baalem, jak chcieliby niektórzy badacze Pisma Świętego. Beltane był ważnym świętem, z ceremonią rozpalania ognia, krzesanego przez tarcie „świętych patyków” z leszczyny. W przeddzień „pierwszego dnia zimy” gaszono wszystkie domowe ognie, by zapalić je ponownie od świętego ognia Beltane.

„Małe Słońce Zimy” pojawiało się rankiem po Samhain (czyli Halloween), 1 listopada, w Dzień Wszystkich Świętych. W tym czasie wszelkie nadprzyrodzone istoty były na wolności, a kto nie zadbał o ochronę, mógł paść ofiarą złych mocy, banshee, wróżek czy św. Jana. Współcześnie całą tę energię i cześć przenieśliśmy na święta Bożego Narodzenia.

Świat dzielono na cztery części, a ziemskiemu globowi przypisywano kolor czerwony. To określenie, biorąc pod uwagę planetarne dzieje ludzkości, pokazuje niezwykłą przenikliwość Celtów.

Cztery Główne Kierunki były szczególnie istotne, bo właśnie z nich miały pochodzić wszelkie siły i wpływy. Przypisywano im konkretne kolory, a nazwy oznaczały też kierunki ruchu. Oto one:

Ear – Wschód, przód, kolor purpurowy
Iar – Zachód, tył, kolor brązowy
Tuaith – Północ, lewo, kolor czarny
Deas – Południe, prawo, kolor biały

Świętym „powietrzem” lub punktem kardynalnym był, jak się można spodziewać, Ear, czyli Wschód. Dla Celtów powiedzenie „Se Oriente Lux” miało pełne zastosowanie. Przy obracaniu się szczęście zapewniał ruch od północy (lewej), przez wschód, do południa (prawej). Nazywano to ‘Deiseil’. Odwrotny kierunek – przez północ, zachód, południe, do wschodu – uważano za wysoce niepomyślny i przynoszący nieszczęście. To zwano ‘Tuathail’, po angielsku „widdershins” – przeciwnie do ruchu Słońca, czyli przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Wiedźmy mieszały mikstury właśnie w tym kierunku.

Ruch zgodny z ruchem wskazówek zegara, czyli „deiseil”, nawiązuje do gwiazdozbioru Wielkiego Wozu, który Celtowie zwali Griagailtah. Zauważmy, że jego „wskazówka” kieruje się na północ zimą, na wschód wiosną, na południe latem i na zachód jesienią. Innym ważnym gwiazdozbiorem były Griagaltahan – Plejady. Nadprzyrodzone moce napływały z nieba i z głównych kierunków świata. Dawna rymowanka brzmi:

„Dun an uinneag tuaith,
’s gu math an uinneag deas ;
’s dùin uinneag na b-airde ’n iar
le’d’ dhùailing cèin riabh a’n’ aird’ le ear.” *

„Zamknij okno od północy, i szybko zamknij od południa; zamknij okno od zachodu, bo z wschodu zło nigdy nie przychodziło.”

Północ była domem strasznych istot: olbrzymów i demonów. Może to być zamglone wspomnienie „tajemnic” kultu saturnicznego, dotyczącego sił podziemnych. Zachód należał do wróżek, czyli Sidh (Shee). W chrześcijańskich czasach kontakt z nimi uznawano za grzeszny. Te „wróżki” nie przypominały słodkich postaci z bajek, lecz były to potężne istoty o ogromnej sile i wzroście, często wojownicy i amazonki, którzy żyli pełnią radości i potęgi, z ogromnym entuzjazmem. Dla zwykłych ludzi okazywali czasem pobłażliwość.

Na wschodzie znajdował się Raj Górski, a na południu mieszkały dobre anielskie istoty, które pomagały i wspierały ludzkość. Najgorsze miejsce – północ – zarezerwowano dla ludzi niegodziwych i zwierząt, a nawet samobójców. Do dziś przetrwało wiele przesądów związanych z kierunkami świata: powinno się zawsze kręcić po domu „deiseil”, nigdy „widdershins”. Przy wróżeniu z lotu ptaków, znaczenie miało to, czy leciały w prawo czy w lewo; rybacy wychodzący w morze również zawsze zawracali w prawo.

Celtowie, jak wszystkie ludy, wierzyli w liczne nadprzyrodzone istoty i duchy. Były już wspomniane wróżki Sidh. Wierzono także w Gruagach, wróżki ludzkiego wzrostu, a niejedna kobieta ulegała ich urokowi. Była także osobliwa postać żeńska – Bean Sidh (banshee), czyli „Kobieta Pokoju”, która przywiązywała się do rodzin i wieszczyła śmierć. Gumla był samotnym młodzieńcem, wróżką, nieszczęśliwym w miłości. Bodachan Sabhail to „mały człowiek ze stodoły”, skrzat lub gnom, często opiekun gospodarstwa. Mógł przypominać leprechauna, wesołego duszka. Był także nieszkodliwy, nieco głupkowaty Brollachan. Wiele jezior miało swojego Kelpie – groźnego wodnego potwora.

Cailleachan Dubh, „czarne stare wiedźmy”, to odpychające czarownice, które po pijackich orgiach uprawiały sabaty. Byli też śmiałkowie, którzy nie stronili od kontaktów z istotami z obu światów, zwłaszcza gdy spotykali piękne maighdean mhara – syreny. Te istoty namiętnie kochały rybaków i marynarzy, a dzieci z takich związków były pół ludźmi, pół istotami z drugiej strony.

Były jeszcze inne istoty i różne odmiany istot nadprzyrodzonych, lecz ten krótki szkic świata dawnych wierzeń daje pojęcie o bogactwie duchowego życia, jakie charakteryzowało przeszłość.

(Ciąg dalszy nastąpi)

źródło: Out of the Celtic Twilight I. ODDS AND ENDS IN THE FOLKLORE OF THE  AEL by Ion D. Aulay;