Tajemna doktryna Khmerów

TAJEMNA DOKTRYNA KHMERÓW
Paul Brunton

Opuść ciernisty gąszcz i wspinaj się po kruchej bambusowej drabinie. Kilka drewnianych stopni prowadzi do dużej chaty krytej trawą. Ta ostatnia zbudowana jest na palach wbitych na około dwa metry w ziemię – to sposób wznoszenia domów, który dominuje we wschodnich wioskach Kambodży. W rejonach, gdzie uprawa roli wspierana jest przez rzekę Mekong, zarówno domy, jak i ich mieszkańcy byliby zalewani przez wielkie doroczne powodzie, gdyby nie ta podniesiona architektura. Na rozległych obszarach leśnych jest ona również skuteczną ochroną przed dzikimi tygrysami, które nie wahają się próbować wdrapać do lekko zbudowanych chat.

W tym niewielkim wykarczowanym miejscu, wśród gęstych drzew i zarośli, osiedlili się mnisi, którzy niedawno powrócili – po setkach lat nieobecności – by zamieszkać w cieniu Wat, wielkiej świątyni Angkoru. Postawili niewielką wioskę i dziś, po odczekaniu na złagodzenie upalnego popołudnia, wchodzę tam jako ich gość.

Mnisi siedzą po turecku, uśmiechając się. Ich oczy mają skośne, mongoloidalne kształty, kości policzkowe są wysokie, a szczupłe, niskie sylwetki szczelnie otulone są żółtym płótnem. Jedni trzymają w dłoniach wachlarze, inni pochylają ogolone głowy nad palmowymi księgami. Tu i ówdzie stoją miedziane spluwaczki – wilgotny klimat sprzyja astmie. Pojawia się dziki z wyglądu człowiek, który mamrocze niezrozumiale; dawniej ogłosił się „Królem Angkoru” i dziś wszyscy tak go żartobliwie nazywają. Jego umysł jest już nieco chory, biedak, i ilustruje on poważne niebezpieczeństwa, jakie grożą tym, którzy niewłaściwie praktykują jogę.

Na zewnątrz chłopiec układa stos z martwych gałęzi i podpala. Inny napełnia dwa gliniane naczynia wodą z pobliskiego stawu, zarzuca je na kij i niesie na ramionach do chaty. Pierwszy z chłopców wlewa trochę wody do czarnej żelaznej miski i stawia ją nad ogniem. Wkrótce przynosi nam herbatę – to wonny, bezmleczny napar, który pijemy z maleńkich miseczek. Życie tych ludzi jest prymitywne i surowe – nie posiadają prawie nic. Są historycznymi potomkami Khmerów, którzy wznieśli Angkor, ale moje powtarzane pytania ujawniają, że dziś posiadają jedynie żałosne resztki dawnej kultury. To garść tradycji przemieszanych z niepełną wiedzą o hinajańskiej odmianie buddyzmu, który dotarł tu z Cejlonu tuż przed upadkiem imperium kambodżańskiego. Najstarszy z mnichów opowiada mi więcej o ich tradycji:

„Nasze przekazy mówią, że trzy rasy zmieszały swoją krew w Kambudży (Kambodży). Pierwsi mieszkańcy to dzikie plemiona, które do dziś żyją tam, gdzie nie dotarła stopa białego człowieka. Ich ziemie strzeżone są przez zatrute strzały wetknięte w ziemię, a także przez ogromne tygrysy, nosorożce i dzikie słonie, które zamieszkują te lasy. Nasza pierwotna religia przetrwała wśród nich pod postacią zrujnowanych świątyń, traktowanych niczym talizmany. Ta religia, wraz z ustrojem, została nam dana przez wielkiego władcę-mędrca Svajambhuvę, który przybył zza zachodniego morza. To on ustanowił kult BRA, Najwyższej Istoty.

Inne ludy, które się tu osiedliły, to Chińczycy i Hindusi. Bramini nauczyli naszych królów oddawać cześć bogom Śiwie i Wisznu oraz uczynili z sanskrytu drugi język dworski. Tak wielka była ich władza, że nawet dziś, po wiekach buddyzmu, potomkowie tych braminów prowadzą najważniejsze królewskie ceremonie według rytuałów hinduskich. Widziałeś w królewskim pałacu w Phnom-Penh miecz z ciemnej stali inkrustowanej złotem. Strzegą go dniem i nocą ci bramini. Wierzymy, że jeśli pojawi się na nim nawet ślad rdzy, Khmerów spotka nieszczęście. Ten miecz należał do naszego wielkiego króla Dźajawarmana, który zbudował Angkor, rozszerzył granice imperium, a mimo to panował nad sobą jak mędrzec. Znał tajemnice zarówno hinduizmu, jak i buddyzmu mahajany, które współistniały w naszym kraju. W rzeczy samej, buddyzm mahajany rozprzestrzenił się u nas wcześniej niż dotarł do Chin”.

Popołudnie przemija. Wieczorne światło ogarnia całą scenerię. Strumień czerwieniejących promieni igra w oknach i na podłodze. Widać zęby mnichów, niektóre lśniące, inne ciemne od betelu. Przenosimy się do większej budowli na wieczorne obrzędy. W świetle kadzideł, przy złotym wizerunku ich wiary, śpiewane są długie litanie. Wychodzę i samotnie przesiaduję w wielkiej świątyni Angkoru, chłonąc jej uświęconą ciemność.

Jestem zwolennikiem współczesnego podejścia, które – jak dowiodła nauka – czyni erę tajemniczości czymś przestarzałym. Wiedza, której nie można zweryfikować, nie zasługuje na wiarę, a nadmiar zapewnień o posiadaniu „tajemnic” otwiera drzwi oszustwu. Kto nie potrafi przedstawić dowodów, nie powinien przemawiać do publiczności. Takie zasady zwykle stosowałem w swoich pracach, nawet jeśli zmuszało mnie to do przemilczenia najcenniejszych osobistych doświadczeń i opisywania pomniejszych mistyków jako rzekomo największych mędrców. Skoro więc łamię dziś tę zasadę, czynię to z dwóch powodów: szkoda byłoby przemilczeć coś, co mogłoby zainteresować wielu ludzi, a poza tym polityczna wrogość naraziła głowę mojego informatora na niebezpieczeństwo. Dość powiedzieć, że gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej spotkałem człowieka noszącego szatę Wielkiego Lamy, który na początku nie przyznawał się do żadnej wiedzy, ale w końcu przełamał milczenie. Część jego opowieści o Angkorze warto tutaj odtworzyć, choć to są jego, a nie moje twierdzenia.

Jesteś pierwszym białym, który od wielu lat oddał mi pokłon. Jestem tym głęboko wzruszony… Klucz do zrozumienia tajemnicy Angkoru wymaga trzykrotnego obrotu. Po pierwsze, istnieje tajna tradycja, która połączyła i zjednoczyła hinduizm – religię wielu bogów – oraz buddyzm – religię bez Boga. Po drugie, istnieje nieprzerwana linia mędrców, którzy nauczali tej doktryny jako prawdziwej i ostatecznej prawdy o życiu. Po trzecie, istnieje związek pomiędzy Angkorem, południowymi Indiami a Tybetem. W tych trzech krainach był czas, gdy obie te wiary współistniały w pełnej harmonii, z wymiennymi obrzędami, symbolami i dogmatami. Sama tradycja była dostępna tylko dla wąskiego kręgu mędrców i ich najbliższych uczniów – masy ludzkie były za mało rozwinięte umysłowo, by ją pojąć. Wedanta i mahajana są zniekształceniami tej czystej doktryny, ale spośród wszystkich systemów to one są jej najbliższe.

Jej głównym dogmatem było wykazanie istnienia jednej uniwersalnej Zasady Życia, którą mędrcy nazywali ‘Pierwszym’ lub ‘Początkiem’. Sama w sobie nie ma kształtu, nie dzieli się na części, jest całkowicie bezosobowa – jak ludzki umysł w głębokim śnie. A jednak jest źródłem każdej formy, istoty, osoby i substancji, jaka pojawiła się we wszechświecie. Nawet umysł z niej pochodzi. W khmerskiej doktrynie nie było miejsca ani potrzeby na osobowego Boga, choć religia ludowa przyjmowała wielu ograniczonych bogów, zależnych od Pierwszego tak samo jak najsłabszy człowiek. Oprócz tych bogów mędrcy dali ludziom symbole odpowiednie do czci – musiały one jak najwierniej przedstawiać Pierwszego. Były trzy takie symbole. Słońce wybrano, bo każdy mógł zrozumieć, że to ono tworzy, podtrzymuje i niszczy życie na ziemi. Od najmniejszej komórki po największą gwiazdę wszystko istnieje dzięki energii słońca. Nawet kamień, drewno i metal istnieją dzięki słońcu. Mędrcy wiedzieli także, że umysł człowieka czerpie z tej samej siły, co zmusza go do wielokrotnych reinkarnacji. Lud Angkoru czcił Światło jak boga, a rytuał ku czci słońca odprawiano na szerokich dziedzińcach świątynnych otwartych na niebo.

Drugim symbolem był męski organ płciowy, przedstawiany jako stożkowata wieża na świątyniach lub pojedyncza kolumna w centrum budowli. Dla Zachodu to symbol dziwny i nieakceptowany, ale Khmerowie byli uczeni, by widzieć w nim źródło życia. Orient, jak i ludy prymitywne, nie wstydzą się naturalnych organów i funkcji tak bardzo jak ludzie Zachodu. Co więcej, świątynie Angkoru nigdy nie łączyły tego symbolu z kultem zmysłowości – istnienie tego symbolu nie uwłaczało im. Arabski podróżnik Sulaiman, który odwiedził Kambodżę w 851 roku, pisał: ‘Wszelkie napoje alkoholowe i rozwiązłość są tam zakazane. W miastach i w całym imperium nie znajdzie się osoby uzależnionej od rozpusty’.

Trzecim symbolem był wąż – na Zachodzie kojarzony ze złem, ale dla adeptów Angkoru symbolizował coś innego. Po pierwsze, wąż co pewien czas zrzuca skórę i ‘odradza się’, ukazując tajemnicę przemian i odnowy Natury, a tym samym Pierwszego. Po drugie, leżąc w norze, wąż zwykle zwija się w okrąg – a okrąg nie ma początku ani końca – co wskazuje na nieskończoność i wieczność Pierwszego. Po trzecie, w oczach węża tkwi niezwykła hipnotyczna siła. W dawnych misteriach adept inicjował ucznia w stan, w którym mógł on doświadczyć przebłysku swojego pochodzenia poprzez proces hipnozy. Dlatego na wszystkich świątyniach Angkoru można znaleźć wizerunki węży, a na jeziorze Pra Neak Da jest wyspa, na której stoi mała świątynia całkowicie otoczona przez dwa wielkie kamienne węże.

Linia mędrców, która przeniknęła tajemnicę Pierwszego i dała ludziom te symbole, przenosiła swoją siedzibę z epoki na epokę. Od VI do XIII wieku kwitła w Angkorze, ale przez siedemset lat wcześniej rozwijała się w południowych Indiach. Ślady tej dawnej siedziby istnieją w architekturze i rzeźbie Angkoru. Nawet alfabet, którego używali najwyżsi bramini, jest pochodzenia południowoindyjskiego. Ale koło Karmy się obróciło, imperium kambodżańskie upadło gwałtownie niczym imperium rzymskie. Władcy oślepli od bogactwa i podbojów, lekceważyli rady mędrców, którzy opuścili kraj i przenieśli się do Tybetu.

Zapytasz, czy byli to ci sami adepci, o których pisała H.P. Bławatska? Gdy była młoda i uciekła od męża, przypadkowo spotkała grupę rosyjskich buddystów w Kambalu, którzy wędrowali okrężną drogą do Dalajlamy w Tybecie. Dołączyła do nich, by uciec od męża. Jeden z nich był adeptem – zaopiekował się nią, chronił i zabrał do Lhasy. Tam została inicjowana w tajną tradycję. Zwiedziła także inne rejony Tybetu i Indii. Zanim ruiny Angkoru były znane na Zachodzie, wysłano ją tam, by kontynuowała studia i zdobyła szczególne doświadczenie przez medytację w świątyniach. H.P.B. miała trudności w podróży przez nieprzebyte dżungle, lecz znosiła wszystko dzielnie. Wkrótce została przedstawiona współuczniowi, który został później Wielkim Lamą i doradcą Dalajlamy. Był synem mongolskiego księcia, lecz publicznie nazywano go „Piorunem”, czyli „Dorjé”. Zainteresowany Rosją, przyjął później nazwisko „Dorjief”. Po śmierci ich guru H.P.B. polecono przekazać elementarne fragmenty tej tajnej tradycji Zachodowi, a Dorjief miał towarzyszyć jej z życzliwą uwagą. Dorjief dał jej rady, wyjechała do Ameryki i założyła Towarzystwo Teozoficzne. Jej guru zabronił jej ujawniać jego imię. Wiedziała znacznie więcej niż przekazała – bała się jednak mówić zbyt dużo, dlatego często zmyślała historie, przeplatając prawdę wymyślonymi wątkami. Była krzywdzona przez przeciwników, choć jedyną jej ambicją była pomoc ludzkości. Jej społeczeństwo i tak przysłużyło się Zachodowi przez otwarcie go na wschodnie prawdy. Jednak misja ta się zakończyła – stąd obecny upadek ruchu. Nowe narzędzie przejmie tę pracę w roku 1939 i da światu wyższe objawienie, na które ludzkość jest już gotowa. Początek tej pracy będzie cichy i niezauważalny, jak zasianie ziarna. Mija 108 lat od urodzin H.P.B. – tyle jest kroków na ścieżce do Nirwany. Wśród wszystkich joginów Himalajów 108 to najświętsza liczba. Jest też kabbalistycznie powiązana z rokiem 1939. Ten rok będzie świadkiem opuszczenia Tybetu przez adeptów. Ich lokalizacja zawsze była tajemnicą, nawet dla większości Wielkich Lamów. Tybet utracił już dla nich wartość, jego izolacja gwałtownie zanika, a władcy przestali im być wierni. Opuścili Tybet dokładnie siedemset lat po swoim przybyciu.

źródło:  The Secret Doctrine of the Khmers by Paul Brunton;  The Modern Mystic, October 1939.