Kosmiczne siły i duchowe moce

Każdy pamięta straszliwą katastrofę parowca „Titanic”, który został zniszczony przez górę lodową. Góra lodowa unosi się na wodzie, lecz nie zauważa się, że jej wielka część ukryta jest pod powierzchnią. Tak właśnie jest z każdą kosmiczną siłą: dostrzega się tylko część, a poza tym rozciąga się ona w bezmiar. Dlatego teologowie mówią też, że pierwotna siła – Bóg – tkwi w pełni w każdej kropli deszczu i stanowi podstawę wszystkiego.

„Rzecz sama w sobie”, która istnieje za naturą widzialną i której nowsi filozofowie poszukują, sądząc, że pod różnymi nazwami ją poznali, jest ową niewidzialną częścią całokształtu natury, którą dzisiejsi okultyści badają. Mamy przecież przed oczyma tylko niewielką część kosmosu; to, co znajduje się poza nią, zwykle jedynie przeczuwają śmiertelnicy pozbawieni jasnowidzenia.

Jak krótkowzroczne jest zatem ze strony uczonych mężów mniemać, że przy swym znikomym poznaniu natury mogą ustanawiać prawa ważne na wszystkie czasy! Przecież byłoby to równoznaczne z abdykacją pojęcia Boga! A my dopiero stoimy u początku głębszego poznania świata. Zwłaszcza dziś dopiero zaczynamy pojmować, że wszystko, co zachodzi w stworzeniu widzialnym, należy również do naszego własnego wnętrza. Zaledwie doszliśmy do tego, by choć w pewnej mierze rozumieć Hindusów, którzy już przed tysiącami lat poznali, że „my i to”, tzn. świat, oraz „tamto”, tzn. Bóg – jesteśmy jednym.

A przecież tak właśnie jest. Wiemy dziś, że cały zodiak, krąg zwierzy, znajduje się także w naszym ciele i że zachodzą między tymi zjawiskami przedziwne odpowiedniości. Pojmujemy więc również, że dzięki astrologii można uzyskać niespodziewane wyjaśnienia dotyczące istoty, charakteru i losu ludzkiej jednostki. Oczywiście i w tym zakresie wciąż tkwimy w bardzo skromnych początkach. Trzeba być wykształconym teozoficznie, aby móc wysnuwać pewne wnioski. Tylko takie szkolenie budzi zmysły wewnętrzne i jedynie przez intuicję dochodzi się do prawdy.

W nas są dwa potężne zasady: życie i myśl. Życie wchodzi w nas poprzez oddech. Życie oznacza inwolucję, tzn. zwrócenie kosmicznej myśli ku wnętrzu; ono kształtuje formę wszystkich rzeczy, lecz myśl określa ich charakter, ich istotę. Myśl jest koniecznym dopełnieniem „życia” i prowadzi do „indywidualności”, gdy panuje nad życiem i prowadzi je ku wyższemu rozwojowi. Jest bramą do królestwa zmysłów wewnętrznych.

Jeśli niższe „ja” („osobowość”) ma rozwinąć się ku wyższemu, ku „indywidualności”, objawia się to tym, że ustaje oddech niższego „ja”. Nazywa się to „mistyczną śmiercią”. Wówczas zaczyna się wyższy, duchowy oddech – „oddech indywidualny” (jak mówi „Mazdaznan”) – i inwolucja ustępuje ewolucji. „Ja” staje się duszą samoświadomości i może powiedzieć: „Jestem”. „Duszę” reprezentuje odcinek kręgosłupa między łopatkami. Gdy iskra świadomości wznosi się na tę wysokość, porzuca się wszelkie myśli o egoizmie, odosobnieniu i odrębności. Człowiek staje się mądry i dobry.

Dlatego modlitwy i rozważania są tak pożyteczne: wzmacniają moc myśli, niezbędną, by „życie” przemieniać – „naturę” („to, co kobiece”) przez „łaskę”. Dopiero z połączenia obu rodzi się wyższy typ człowieka, pochodzący z Ducha, nie z krwi. Życie staje się wówczas życiem Chrystusowym!

„A to jest życie wieczne – mówi Biblia – aby poznali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.”

Wielki nauczyciel ducha, Nizier Philippe z Lyonu, powiedział: „Jeśli są dwie osoby, z których jedna się modli, a druga nie – ta, która się modli, czyni wielki pożytek w niewidzialnym, ponieważ karmi pewne duchowe istoty, które żyją jedynie ludzkimi modlitwami”.

Modlitwą można zmienić swój los (karmę). Pobożna modlitwa jest wyższą wolą duszy, zjednoczoną z wolą wyższej siły w kosmosie. Im głębsza i bardziej wewnętrzna modlitwa, tym wyższa moc zostaje przywołana – aż po moc Bożą.

Los przedstawiano u dawnych (u Pitagorasa, który przejął to od Chińczyków) liczbą 5, ludzki wolę – liczbą 4, a Bożą Opatrzność – liczbą 3. Na tym opiera się zresztą twierdzenie matematyczne, że kwadrat przeciwprostokątnej równy jest sumie kwadratów przyprostokątnych: kwadrat z 3 to 9, z 4 to 16, razem 25 – a kwadrat z 5 to również 25. To znaczy, że karmę można unieważnić przez wolę złączoną z łaską.

Wewnętrzne pokusy („chleba naszego powszedniego” w „Ojcze nasz”!) zwykły ukazywać się w obrazach astralnych trzykrotnie. Najpierw można je odeprzeć wolą; za trzecim razem – jedynie pomocą z góry, gdyż siła złej karmy nagromadzonej w poprzednich życiach oddziałuje na nas coraz silniej. Dopiero gdy zostanie przełamana potężniejszą mocą dobrej woli, znika na zawsze. Wiadomo to już z baśni, w których ów proces tak często rozgrywa się w zasłoniętej formie. W gnozie i w Kościele katolickim łaskę przedstawia Maria, depcząca smoka zła – losu, grzechu pierworodnego, czasu, przeszłości.

W astronomii życie nosi nazwę Leo, Lew. Jest to także imię Chrystusa – już Budda nazywany był „Człowiekiem-Lwem”. Bóg-Słońce Chrystus po swej śmierci ziemskiej wszedł całkowicie w kosmos, i dlatego można powiedzieć: „zwyciężył Lew z pokolenia Judy”.

Odwiecznie-Męskie  (słońce, Chrystus, Syn) jest (poprzez „śakti”) związane z Odwiecznie-Kobiecym (Marią, Gwiazdą Morza, Izydą, Dziewicą Świata, pra-materią). Życie („to, co kobiece”) jest formą Boga, a zatem jedynym możliwym przedmiotem poznania, podczas gdy duch („to, co męskie”) jest treścią. Oboje w Bogu stanowi jedno. Nazywa się to bytem, istotą. Bóg jest duchem-podmiotem i duchem-przedmiotem, albo – jak definiował Boga Arystoteles – noesis noeseos, poznanie poznania, wiedza wiedzy, synteza wszystkich pojęć, idea wszystkich idei.

Gdy współczesna nauka obraca się wokół praw, tzn. relacji, chce objaśnić formę, objawienie prazasady; istota jednak pozostaje przed nią wciąż zakryta. Ta staje się jawna tylko poprzez mistykę. Dlatego też w gruncie rzeczy nie może istnieć nauka o Bogu – nauka ma przecież do czynienia właśnie ze zjawiskami. Teologia jest niczym innym, jak zestawieniem różnych nauk cząstkowych, które zajmują się tym, jak ludzie usiłowali uczynić pojmowalnym to, co niepojmowalne, połączonym z widzeniami wielkich jasnowidzów, proroków, twórców religii itp.

W Chrystusie jedynie – według ujęcia okultystycznego – jest pełna jedność: jest On jedynym zjawiskiem, które zarazem ma pełnię istoty. Jest osobą i rzeczą jednocześnie, tzn. bytem absolutnie duchowym i – w najlepszym sensie – absolutnie realno-rzeczowym; kosmiczną siłą i wybitnie duchową mocą, Odwiecznie-Męskim i Odwiecznie-Kobiecym. Dlatego studiowanie Jego osoby, chrystologia, jest tak konieczne, choć tematu nigdy w pełni nie wyczerpiemy. Ciało Chrystusa było najdoskonalszym wytworem świata: wszystkie kosmiczne siły i wszystkie duchowe moce zjednoczyły się, by osiągnąć ideał doskonałości. W Nim osoba i rzecz stanowiły jedno.

Tak też kosmiczne moce działają nad każdym z nas. Życie, oddech, forma (płeć) łączy się z intelektem. Życie biegnie z góry w dół, rozum – z dołu ku górze. Duch wznosi materię, a my mamy możliwość stopniowo przyjąć w siebie ducha Chrystusowego, tak by gościć w sobie pełnię Jego chwały – Słowo.

Wielki oddech, tchnienie (jak nazywają je Upaniszady i Purany) sprawia ruch; wywodzi się z akaszy, która rodzi dźwięk. Dźwięk powstaje przez ruch materii. Każdemu ruchowi w kosmosie odpowiada pewien ton, dlatego pitagorejczycy mówili o „muzyce sfer”. Rozumiemy więc, jak Bóstwo przejawiające się w przestrzeni może być nazwane Logosem, tj. Słowem. Świat jest Jego świętym słowem. W każdym człowieku „Słowo” spoczywa ukryte – tak samo jak w kosmosie – a jego nowe narodzenie dokonuje się jedynie przez zastosowanie tego Słowa. Dźwięk kształtuje formę i znowu ją niszczy. Hindus ma dla tego święte słowo Aum, które wolno wymawiać tylko z oddaniem i czystością duszy. Drgania, które przychodzą z góry, same w sobie są czyste; lecz gdy natrafiają na nieczystość, powstaje dysharmonia.

Dlatego dawni bogowie mieli tajemne imiona, znane jedynie wtajemniczonym i skrzętnie ukrywane przed uszami profanów. Nawet miasta i osoby miewały okultystyczne imiona. Gdy stawały się powszechnie znane, groziło nieszczęście i imię trzeba było zmienić. Z baśni ludowych pamiętamy, jak wielką rolę odgrywają w nich tajne imiona. W dźwiękach tkwi moc magiczna. Stąd i w „Ojcze nasz” znajdujemy słowa: „Święć się Imię Twoje!”

Każdy okultysta zna moc mantr, gdy są właściwie intonowane. Coś z tego przechowało się nawet w dzisiejszej wojskowej komendzie. Łatwo też zauważyć, kto jest „panem tonu”, mistrzem dźwięku, a kto nie. Ton głosu zawsze zdradza duszę. Niejeden dopiero w decydującej chwili znajduje siłę, by myśl, która ma wywrzeć wrażenie, wypowiedzieć z emfatyczną mocą – i dzięki temu osiągnąć cel. W takim wypadku posługuje się akaszą, nagromadzoną w nim i w świecie.

Odpowiednie ćwiczenia oddechowe wspierają tę moc, ponieważ tchnienie wywodzi się z pradziwięku i harmonizuje ciało, tj. właściwie je stroi. Określone rytmicznie wykonywane ćwiczenia samogłoskowe powodują przestrojenie duszy. Stosowano je szczególnie w misteriach Mitry u dawnych Persów, a dziś znów odgrywają rolę w systemie Mazdaznan. „Oddech jest życiem” – mówi Mazdaznan. Ton, słowo, tchnienie, oddech, duch (pneuma) są pierwotnie tym samym: wolą Bóstwa. Kto więc przyjmuje w siebie wolę Boga, ten przemienia ciało fizyczne przez Atmę, jedno z wielkich boskich prazasad. W ten sposób boski człowiek zrodzony z ducha kształtuje się stopniowo w jednostce (dźiwa), chłonąc w siebie wieczne prawa kosmosu – monada jednostkowa staje się boską monadą wszechświata.

Brahma spoczywa wtedy jak rosa na kwiacie lotosu w ludzkiej duszy. Lotos jest symbolem twórczego ognia, z którego powstaje świat. Jego płatki oznaczają płomienie. W ich środku znajduje się Logos (Mahat), inteligencja świata. Atma, praogień, leży u podstaw każdego atomu; akasza tworzy jego formę. Dźiwa to nazwa Atmy z punktu widzenia jej indywidualizacji w każdej duszy.

Wiele płomieni ognia wychodzących od Logosu, które igrają poprzez kosmos niczym syczący wielki wąż, to dewowie – bóstwa natury, duchowe osobowości, „bogowie”, aniołowie, którym powierzono budowę i podtrzymywanie kosmosu. Gdy Hindusi mówili o swoich bogach – Indrze, Agnim i innych – mieli na myśli właśnie takie duchowe moce. Nie są one bynajmniej „personifikacjami sił przyrody”, jak u nas zwykło się twierdzić. Raczej dewowie są jakby niewidzialnym jądrem wielkich sił natury, które widzimy. Rzeczy świata zmysłowego są tylko zagęszczonymi duchowymi istotami świata wyższego.

Gdy jako jasnowidz wnikamy w wyższe regiony, możemy oglądać praobrazy rzeczy – platońskie idee. To są naprawdę istności, nie zaś cienie, same pojęcia czy widma. Jeżeli w ogóle coś poznajemy, to tylko dlatego, że otrzymujemy pewną intuicję tych praobrazów.

Są one również w nas – poprzez rozmaite płomienie ognia słońca. Przyjmuje się siedem wielkich promieni słonecznych, oznaczających różne barwy. Każda z siedmiu zasad (składników) ciała przedstawiona jest przez płomień ognia, który jest wielką Atmą w sercu. W ten sposób można pojąć, jak zasadnicze części (zasady, „ciała”) człowieka wiążą się ze światem duchowym: są zagęszczonymi praobrazami krainy ducha. Przy ciele fizycznym pracują istoty, które tworzą naturę mineralną; ciało eteryczne kształtują istoty działające w królestwie roślin; zmysłowy „ciało-dusza” (astralne) – istoty władające królestwem zwierząt. Wszystkie światy współdziałają, by utworzyć ten organiczny konglomerat, który nazywamy „człowiekiem”.

Można też powiedzieć: każda jednostka przedstawia określony rytm w kosmosie albo liczbę. Wiadomo, że pitagorejczycy wszystko opierali na systemie liczb. Skoro kosmos jest tchnieniem Ducha Świętego, to pojedynczy człowiek jest organizmem złożonym z różnych drgań, pochodzących z rozmaitych królestw natury. Każda osobowość i jej indywidualność (niższa i wyższa postać duszy) dają się pomyśleć jako bardzo złożony rytm, który drga we wszystkich najdrobniejszych cząstkach tej materii. Rytm jest jednością, lecz pełniej przejawia się w subtelniejszych materiach niż w gęstszych. Różne stany świadomości i czynności duszy są ruchami w tych różnych rodzajach materii. Pożądania i potrzeby są aktywnością rytmu indywidualnego poprzez eter psychiczny i eter fizyczny; myśli natomiast są ruchami w subtelniejszym eterze mentalnym.

W każdym z tych rodzajów eteru rytm ma własne pole sił. Te pola oddziałują na siebie – podobnie jak pole magnetyczne na masy innych magnesów albo żelaza czy stali – i odwrotnie: tamte masy znów oddziałują na pole. (Por. Hübbe-Schleiden, Diene dem Ewigen!, s. 131.)

Gdy „ja” pozostaje w kontakcie z wyższymi drganiami, uczestniczy harmonijnie w wielkim koncercie świata. Jeśli jednak podąża za ruchami opóźniającymi, które pochodzą od pewnych sił – nazywamy je „złymi”, bo zrazu wywołują dysonans – wówczas powstaje zakłócenie, które – gdy wypływa równocześnie z wielu źródeł – może spowodować spór, wojnę albo katastrofę naturalną (trzęsienie ziemi, powodzie itd.).

TONY I DYSHARMONIE
Tony albo dysharmonie przekształcają się w zjawiska świetlne, tak że jasnowidz może natychmiast rozpoznać rytm danej osoby. Sam w Londynie, w roku 1895, widziałem, jak muzyka w wielkiej sali wywoływała piękne układy barw. W sztucznie zaciemnionym pomieszczeniu powstawały prawdziwe budowle, świetliste kopuły barwnych tonów przy dźwiękach muzyki Beethovena. A mój przyjaciel, genialny Frater Desiderius, znany artysta z Monte Cassino, zwrócił mi kiedyś uwagę, że dźwięki chóru pielgrzymów w Tannhäuserze odpowiadają rytmowi czterobocznej piramidy.

Liczba, drganie, ton, barwa, duch – to właśnie istota człowieka.

Trzeba napełnić się zdumieniem i czcią, gdy rozważa się, ile trudu kosztuje stworzenie jednego człowieka i jego dalszy rozwój. Tylko przez zgodne współdziałanie wszystkich sił kosmosu powstaje to cudowne dzieło.

Również duch czasu i „duch narodu” istnieją tylko dlatego, że aniołowie przenoszą swoją istotę, swój charakter na określony czas bądź naród. Pojedyncza jednostka jest nieświadomie przez takie istności kształtowana, a narody i okresy historii są przez nie prowadzone i nadzorowane. Jeśli wybucha wojna, to w wyższych regionach już dawno wszystko zostało rozstrzygnięte, a niższe kosmiczne moce przemierzają świat jako „wściekła armia”, aby rozniecać namiętności.

Wola jednostki jest ograniczona, dopóki nie potrafi ona stać się panem samej siebie. Dopiero po pokonaniu „smoka” człowiek staje się panem losu.

Ciało astralne jawi się w okultyzmie jako smok. Dlatego ludy stojące nisko, które za miarę swoich działań biorą wyłącznie własne żądze, słusznie mają smoka jako symbol. Gdy spoglądają w zaświaty, widzą powietrze pełne smoków – oglądają własne przeciwobrazy. Tak samo narody stojące wyżej mają w herbach szlachetne zwierzęta, jak słonecznego orła, słonecznego lwa czy słonecznego rumaka; podobnie wspólnoty chrześcijańskie wzięły krzyż na swoje sztandary.

W historii kamieniem milowym było to, że cesarz Konstantyn przed 1600 laty przymocował święty krzyż i znak Chrystusa do labarum. Tą czynnością rozpoczęła się nowa epoka. Dawny młot Thora – znak minionej ery świeckiej, egoistycznej siły działania – został przemieniony w symbol męsko-żeńskiej jedności, odkupienia jednostki przez Boga-Człowieka w nas.

Wciąż dziś trwamy w tej epoce. Trzeba jednak potraktować symbol poważnie: powinniśmy rozwijać rozum (manas) i rozszerzać go ku intuicji. Do tego potrzebne jest pełne zdrowie ciała. Było wielu mistyków, którzy mieli wewnętrzne wizje – ale ich dusza cierpiała wskutek chorego ciała, a ich wizje często były wątpliwej natury.

Bez przeniknięcia wszystkich wewnętrznych ciał przez prądy trzech Logoi człowiek nie może osiągnąć pełni mocy ducha. Mistyka musi stać się magią, tzn. wewnętrzne widzenie musi zostać przekształcone przez moralną wolę w czyn zbawczy. „Na początku był czyn” – mówi Faust; może lepiej byłoby powiedzieć: „Na końcu był czyn”. On jest koroną budowli, błyszczącym klejnotem w złotej koronie człowieka.

W okultystycznej powieści Bulwera The Coming Race opisane jest przyszłe pokolenie. Znajdujemy tam duchową moc emanującą z ciała: Vril. Dzięki niej każdy może się uchronić przed wszelkim niebezpieczeństwem. To prana, nagromadzony przez moralną wzniosłość zasób siły, zaczerpnięty z eteru i przechowywany wewnątrz człowieka. To należy zdobyć. Wtedy staje się człowiek „białym magiem”.

To samo wyrażone jest w modlitwie, zaczerpniętej z psalmów, którą odmawia Kościół katolicki: mantram spiritu principali confirma me! – „Utwierdź mnie w duchu książęcym”, a może lepiej po niemiecku: „przez wzniosłość duszy wzmocnij mnie”, tzn. daj mi z góry moc bohatera, która tak przeniknie moją duszę, że stanę się panem wszystkich moich wrogów, a nade wszystko będę jak król panował nad swoim niższym „ja”. Persowie mieli na to słowo Querenao – majestat, blask, boską siłę, Ducha Świętego.

Blavatsky donosi w swojej niezwykle interesującej książce o osobliwych plemionach w Indiach (wyd. Jaeger, Lipsk), że istnieje tam pradawna rasa, która strasznym magnetyzmem emanującym z ich ciał potrafi zabić człowieka na odległość. Kto obrazi dzikusa z tego złego, karłowatego ludu, ten wkrótce zwykle więdnie i umiera. Dzieje się to przez „czarną magię”, mianowicie dlatego, że drgania siły spływające z góry zostają przez złą wolę ludzi przemienione w truciznę.

Na tym opiera się także czarownictwo średniowiecza. Na tym też opiera się „urok złego oka”. I dziś jeszcze wiele osób cierpi wskutek tak wytworzonej – przez gniew, nienawiść i tłumiony gniew – trucizny, stając się „nerwowe”.

„Stara wąż” musi być jednak wypędzona albo przemieniona w „węża mądrości”.

Trzeba stać się „czystym głupcem”, Parsifalem. Należy we wszystkim dostrzegać iskrę boskiego płomienia. Dopóki nie potrafimy być bezosobowi, działać bezosobowo, kochać bezosobowo, wciąż pozostajemy w „sali nauki”. Najlepszym środkiem, aby zdobyć owo przewyższające małe „ja” bezosobowe, duchowe centrum siły, jest cześć dla przedmiotu nadzmysłowego, najlepiej dla świętej istoty, jak Chrystus.

Wielu teozofów sądzi dziś, że mogą z tego zrezygnować. Ale obawiam się, że pewnego dnia zostaną tak przypchnięci do muru, iż będą musieli albo przyznać się do takiej czci, albo przez duchową pychę zostaną zmuszeni obrać „lewą ścieżkę”. Lepiej trzymać się religii i dziecięco przestrzegać jej ceremonii, kierując serce ku Bogu, niż mniemać, że stoi się na to zbyt wysoko.

„Lepiej jest złożyć w ofierze kwiat czy zwykły liść bóstwu wiejskiemu (w Indiach) – mówi Annie Besant – jako najuboższy z niewiedzących, niż być wielkim geniuszem intelektualnym, czczonym przez świat, a zbyt pysznie unosić się, by się ukłonić przed czymś wyższym i większym niż własny rozum – zbyt pochłoniętym własną mocą intelektu, by ugiąć kolana przed życiem duchowym. A przecież duch jest tak bardzo ponad intelekt, jak intelekt ponad zmysły. Życie duchowe jest wyższe niż wszystkie inne i każdy z nas może nim żyć, bo duch spoczywa w najgłębszej świątyni serca każdego człowieka i nikt nie może zaprzeczyć Jego obecności w każdym z nas.”

Niedorzeczne jest również szydzić z kogoś, że trzyma się jeszcze praktyk religijnych, które my już porzuciliśmy. Katolicki chłop, który klęczy przed Madonną, ma zupełną rację. Nie zrozumiałby uczonego wykładu teozofa. Ale posąg, dzięki nieustannym modlitwom pobożnego ludu czy rzesz pielgrzymów, może być tak napełniony duchową substancją, że oddziałuje korzystnie na duszę. Nikt nie powinien pozwalać, by „nowoczesny” powierzchowny duch materialnej nieprawdy zasugerował mu odrzucenie uczuć duchowych, które w nim samym się budzą. Ceremonie mają moc magiczną, bo symbolicznie zwracają się ku wyższym stronom człowieka. Symbolika jest wyższą prawdą.

Drgania, jakie wywołuje dobrze celebrowana msza katolicka, są wyczuwalne dla każdego, kto zachował swego ducha nietkniętego przez „ducha świata”.

Natura non facit saltus – „natura nie czyni skoków”; także w życiu duchowym nie należy chcieć przeskakiwać wielu stopni naraz. Kto idzie powoli, idzie bezpiecznie. Kto kieruje swego ducha ku Najwyższemu, może w życiu wykonywać rzeczy trywialne, a sam nie stanie się trywialny. Święci osiągnęli taki stan, że nawet przy najbardziej zewnętrznych czynnościach byli skupieni w Bogu.

Sam widziałem raz, jak w klasztorze benedyktynów bracia zakonni zbierali szparagi i przy tym nieustannie odmawiali „Ave Maria”. Tak, u niektórych świętych klasztornych „Vril” był już tak rozwinięty, że potrafili nosić wodę w sicie.

Kiedy rozwijają się boskie siły, człowiek staje się panem natury – tak jak jest panem szabatu.

Wieczne Słowo i poszukiwanie jedności
„Kiedy – mówi wielki flamandzki mistyk Ruysbroeck – w miłości wychodzimy ponad wszystkie rzeczy i umieramy dla wszelkiego poznawania w niewiedzy i ciemności, wtedy zostajemy dopełnieni i przemienieni przez wieczne Słowo, które jest obrazem Ojca. I w tym opróżnieniu naszego ducha otrzymujemy niepojętą jasność, która nas otacza i przenika, podobnie jak powietrze przenikane jest przez blask słońca.”

„Cień Boga rozświetla naszą wewnętrzną pustynię; na świętej górze jednak, w ziemi obiecanej, nie ma cienia, choć jest tam słońce, które oświetla naszą pustynię i także wysokie góry. Dopóki więc wędrujemy jak cienie, nie możemy widzieć słońca jako takiego. Nasze poznanie jest raczej w przypowieściach i zagadkach – mówi św. Paweł. Jednak cień zostaje dostatecznie rozjaśniony przez blask słońca, abyśmy mogli nauczyć się rozróżniania w każdej cnocie i wszelkiej prawdy, potrzebnej naszemu śmiertelnemu stanowi.

„Jeśli mamy stać się jedno z jasnością, musimy podążać za słońcem, porzucić samych siebie w nie-mądrości, a wtedy słońce pociągnie nasze ślepe oczy ku swej jasności, gdzie posiądziemy jedność z Bogiem.”

To znaczy: powinniśmy porzucić daremne dążenia małej osobowości, niższego „ja”, i poprzez duchową ciemność, która nas wtedy ogarnia niczym tunel, dojść do większej bezosobowości. Wtedy najwyższa możliwa moc duchowa, duch Chrystusa, wlewa się w nas. Wówczas znajdujemy „jaśniejący kamień”, o którym mówi Jan w Apokalipsie, i imię, którego nikt nie zna, poza tym, kto je otrzymuje.

To tajemne imię jest „wyższym Ja”, boską istotą, która czeka w wyższych sferach, aż złączymy się z nią, aby zostać „ubóstwionymi” i osiągnąć lumen gloriae. Od „Ojca” wyszliśmy i do niego powracamy. Życie jest jak wędrówka Odyseusza, który tułając się, musi przeżyć wszelkie przygody, nim powróci na ojczyste wybrzeża, albo jak przygody poszukiwacza Graala, Parsifala, który błądzi, aż zdobędzie zamek Graala.

Mistrz Klingsor próbuje jednak każdą duszę wciągnąć w swoje sieci. Służą mu również kosmiczne moce, a duchowe siły go podtrzymują. Ale swoją moc obraca ku złemu. Próbuje obrócić koło w przeciwną stronę. Chce „dobre prawo” zamienić w prawo sprzeciwu. Jest „częścią tej siły, która zawsze zła pragnie – a jednak zawsze dobro stwarza”. Szuka przede wszystkim ludzi szlachetnej natury. Nikt, kto pragnie wznieść się ku górze, nie zostaje oszczędzony od ciężkich pokus. Ale nikt też nie ginie, jeśli nie z własnej winy. Przy sterze siedzą wysokie istoty. Statek może się chwiać, lecz nie zatonie: fluctuat nec mergitur („falami miotany, lecz nie tonie”).

Kiedy Budda znalazł oświecenie, powiedział: „obróciłem koło prawa”. Do tej pory świat podążał ustalonym biegiem; Budda jednak zmienił jego kurs. To samo można powiedzieć – w jeszcze wyższym stopniu – o Chrystusie. On obrócił duchową oś całego świata. „Zwycięsko dopełniony” był jego poprzednikiem, lecz Chrystus przyniósł pełnię. Przez niego wydarzyło się to niepojęte zdarzenie.

Dlatego można także powiedzieć: od czasów chrześcijaństwa możliwe stało się pojednanie duszy i ducha przez to, że duch Chrystusa i moc Chrystusa przejęły przewodnictwo. Dusza – według apostoła Pawła – jest pośredniczką między ciałem a nieśmiertelnym duchem. Jest jak morze (saivala w języku gockim), niespokojne i przez to niepewne. Chrystus jednak chodził po wodzie i podtrzymał tonącego Piotra.

On także dziś stoi w łódce naszej duszy i ucisza fale, jeśli się do niego zwrócimy. „O cokolwiek prosić będziecie Ojca w imię moje, da wam” – powiedział. Chodzi tylko o właściwe wykonanie.

Dzięki najnowszym badaniom okultystycznym odkryliśmy wielkie prawa ducha, które od tysięcy lat były strzeżone w tajemnicy. Do nas należy, by obrócić koło dobrego prawa, tak abyśmy czynili postępy. Musimy wszyscy stać się białymi magami. Chrystus sam powiedział: „jeszcze większe cuda uczynicie niż ja”.

Nie chodzi tu o piękne idealistyczne frazesy czy ckliwość uczuciową, lecz o rzeczywistość. Jedność, czyli Boga, musimy wnieść w samych siebie. Wszystkie religie, wszystkie filozofie, wszystkie nauki dostarczają nam do tego materiału. Ale „ja” samo musi wybrać to, co mu służy. Każdy musi wypełnić własne dharma. Co inni mówią i czynią, musi być dla niego obojętne. Jest swoim własnym prawodawcą i musi nauczyć się stać o własnych siłach. Każdy człowiek jest gatunkiem samym w sobie.

Chrystus mówi o nowym narodzeniu. Dokonuje się ono przez świadome działanie „ja”, które trzy niższe zasady (ciało fizyczne, ciało eteryczne, ciało astralne) przemienia w Atma, Buddhi, Manas, trzy boskie zasady. To jest wyższa alchemia.

Stary angielski okultysta Robert Fludd (de Fluctibus, †1637) twierdził według dawnych średniowiecznych przekazów: Makrokosmos dzieli się na trzy główne regiony: Empyreum, „górny region” (Atma–Buddhi–Manas), Aethereum (region astralny), pośredni, i region elementarny. Każdy z nich wypełnia ogień niebieski i przenika go nieskończone morze światła astralnego, którego jakość i ilość zmniejsza się im dalej od centralnego słońca.

Te siły świetlne, które przenikają całą przestrzeń i stanowią wewnętrzne jądro poszczególnych wytworów natury, wszystkie są zgromadzone w człowieku. Ale tylko „adept” potrafi właściwie z nich korzystać.

W „aurze” każdego człowieka rozpoznaje się wpływ określonych gwiazd oraz słońca jako materii astralnej i prany. Każdy rodzi się z określonym typem astralnym, tak że istnieją ludzie-słońca, synowie Marsa, ludzie-księżyca itd. To, które ciało niebieskie w nim przeważa, określa jego charakter. Człowiek księżycowy ma np. w sobie coś miękkiego, marzycielskiego, przesądnego, sentymentalnego, kobiecego, kapryśnego – w przeciwieństwie do materialistycznego człowieka ziemi.

Każdy musi początkowo żyć zgodnie ze swoimi predyspozycjami. Ale doskonałość osiąga się dopiero wtedy, gdy najwyższy intelekt wznosi się ponad naturalne skłonności – z pomocą „łaski”.

Współcześni teozofowie zwykli odrzucać dawny „teizm”, ponieważ zbyt mechanistycznie patrzą na wszystko „od dołu”. A przecież za mechanizmem istnieje także całkowicie wolne działanie z góry poprzez Ducha–Miłość. Tego nie wolno zapominać. Gdzie jest miłość, tam jest wolność.

Zbliżamy się do nowej fazy życia teozoficznego, mianowicie do teozofii religijnej. „Stary Bóg wciąż żyje.” I dziś jeszcze prawdą jest zdanie: pierwsi będą ostatnimi. Kto zamiast mechanistycznego pojmowania życia powróci do nadzmysłowego, w tym wraz z mądrością obudzi się iskra boskiej miłości.

„Prawdziwa miłość jest tylko ta, która we wszystkich swoich fazach jest napędzającym dążeniem do doskonałości i która nie tylko uszlachetnia i dopełnia radość istnienia, lecz którą można w pewnym sensie nazwać samą radością oczyszczoną przez cierpienie, radością mądrości – dążeniem także do istnienia, do przemienionego, pełnego pokoju istnienia, aż wreszcie ‘jedność’ jako absolutne Bycie zostanie urzeczywistniona.”
(Hübbe-Schleiden: Lust, Leid und Liebe. Ein Beitrag zum Darwinismus. Brunszwik 1891).

Byt jest syntezą życia, radości i miłości. Dlatego o każdym niedoskonałym człowieku można powiedzieć: żyje, ale nie „jest”.

Dziś istnieje wiele metod stosowanych, by duszę rozszerzyć i wynieść wyżej. „Nowa myśl”, „Mazdaznan” i inne, które obiecują uczynić człowieka zdrowym. Może i ja mogę tu na koniec podać mały wkład do praktycznej aplikacji, wart wypróbowania.

Należy pościć, a potem wziąć „kąpiel harmonii”, tj. ciepłą kąpiel (w wannie siedzącej) według metody Voigtsa (w Westheim koło Augsburga), polegającą na tym, że przez stopniowe dolewanie (przez drugą osobę) woda staje się coraz cieplejsza, a potem znowu chłodniejsza. Po masażu brzucha i natarciu znakomitym zielonym olejem funkcjonalnym Gottlieba (Heidelberg) należy udać się na spoczynek, wyłączyć wszystkie myśli i zapaść w zdrowy głęboki sen (sushupti). Po przebudzeniu wzmocniony, człowiek kieruje swe najwyższe uczucia ku istocie, od której oczekuje uzdrowienia, np. ku Chrystusowi.

Trzeba przedstawić sobie Chrystusa duchowo, fizycznie, i wyobrazić, że wstępuje on do naszego najwyższego principium („jajko auriczne”, „ciało kauzalne”); potem wyobrazić sobie, jak przenika wszystkie nasze wewnętrzne ciała i wreszcie całkowicie wypełnia ciało fizyczne. Należy być głęboko przekonanym, że kosmiczny Chrystus żyje w nas w pełni, i myśleć z oddaniem: „Żyję, już nie ja, lecz Chrystus żyje we mnie”.

Następnie trzeba przywołać przed oczy swój najgorszy nawyk, którego pragniemy się pozbyć, i pomyśleć: nie chcę go już mieć. „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”. Pokonałem go… Mam ducha Chrystusa, mam miłość Chrystusa, mam moc Chrystusa, mam wolę Chrystusa.

W ten sposób można z czasem zniszczyć wszystko, co niedoskonałe, stopniowo zmyć wszystkie brzydkie plamy. Z każdym zwycięstwem nad niższym ja, wyższe Ja staje się potężniejsze.

Przez drogę oczyszczenia dochodzi się do drogi oświecenia, a w końcu do zjednoczenia. Jedność jest ostatecznym celem: przez „ukrzyżowanie” osobowości, a następnie przez ofiarę „indywidualności” dociera się do prawdziwego „Ja”, do pełni.

Zwątpienie i głupota młodego Parsifala stają się autentyczną „wolnością dzieci Bożych”. Wtedy pojawia się również Repanse de Schoye, królewska rozdawczyni niebiańskich radości, kapłanka Graala, z świętym kielichem. Przybywa radość i pokój. Dobra nowina napełnia bractwo Graala, bo osiągnęło ono wewnętrzne widzenie.

Każdy z braci otrzymał swoje własne imię okultystyczne, zapisane w gwiazdach i czytelne tylko dla wtajemniczonych.

W księdze życia zapisane jest to imię. Brzmi ono cudownym tonem, jak z utraconego raju. Czasem w głębokim śnie dusza zdaje się je słabo słyszeć. Ale pustka dnia znowu je rozprasza.

Rycerz Graala jednak podąża za tajemniczym brzmieniem, które zdaje się dochodzić z dalekiej dali; jedzie i jedzie, popychany tęsknotą – aż słyszy je coraz bliżej i bliżej. Kto raz usłyszał ten głos, zapomina o wszystkim. Wyrusza, słucha i idzie za nim. Godziny nikt nie zna, kiedy ujrzy Graala: lecz gdy wybije – godzina losu – wtedy wraz z powołaniem do służby Graalowi słyszy się także utracone słowo.

źródło: Kosmische Gewalten und geistige Kräfte; Neue Lotusbluten – 6 Jahrgang 1913.