Wizje hipnagogiczne

Phyllis Collard

Często zastanawiałam się, jakie miejsce można przyznać tym osobliwym doświadczeniom pośród zjawisk psychizmu. Dla mnie zdolność widzenia tych obrazów zawsze była cenną właściwością, i sądzę, że nadano im błędną nazwę, ponieważ nie wydaje mi się, aby miały cokolwiek wspólnego ze snem.

Pojawiają się one przed spokojnym umysłem, lecz nie przed umysłem udręczonym — przynajmniej takie jest moje doświadczenie. Nazwałam je obrazami, ale jest to określenie bardzo nieadekwatne. Czasami przypomina to nieco oglądanie następstwa pięknych form na ekranie kinematografu. Jest to przedstawienie trójwymiarowe i dla mnie jasne jest, że je obserwuję, a nie świadomie tworzę.

Często zaskakują mnie i zachwycają swoim pięknem oraz oryginalnością. Barwa jest cudowna ponad wszystko, co potrafię opisać, choć niekiedy ukazują się w czerni i bieli. Zazwyczaj wydaje mi się, że widzę je w czystym, jasnym, krystalicznym świetle; czasem są opalizujące, jakby oglądane przez tęczę. Od czasu do czasu przedstawiane są bokiem albo do góry nogami.

Różnorodność jest nieskończona. Są tam winiety — urocze, fantastyczne albo komiczne. Są wnętrza, krajobrazy wiejskie i górskie, pejzaże morskie, wspaniałe sceny śnieżne. Wraz z pojawieniem się krajobrazów i wnętrz zyskuję nową zdolność — zdolność podróżowania.

Choć nadal mam świadomość, że jakiś aspekt mnie samej pozostaje w ciele, wyruszam na wyprawy badawcze przez domy, ulice i wiejskie drogi albo błądzę nawami ogromnych katedr. Podczas tych podróży spotykam ludzi, lecz jeśli można powiedzieć, że oni — albo, jeśli już o to chodzi, „ja” — w ogóle tam są, to z pewnością pozostaję dla nich niewidzialna.

Pamiętam, jak stanęłam twarzą w twarz z gromadą śmiejących się dzieci, które ku mojemu rozczarowaniu po prostu przeszły przeze mnie. W każdym razie moje poczucie obecności w tych scenach jest tak żywe, że muszę sobie przypominać, iż mogę wejść do domów niewidziana i że nie muszę zatrzymywać się, by otwierać drzwi, lecz mogę przez nie przechodzić.

Doświadczenia te można dzielić z innymi. Pamiętam, że gdy byliśmy dziećmi, mój brat i ja, leżąc w łóżkach w sąsiadujących pokojach przy otwartych drzwiach, zwykliśmy „wyruszać na wyprawy” razem. Nie ciągnęły się jednak za nami żadne obłoki chwały. W istocie, w porównaniu z moimi późniejszymi przygodami, podróże te były wyraźnie przyziemne.

Nie jest to prawdziwa podróż astralna w takim sensie, w jakim ją rozumiem, choć być może mogłaby być do niej wstępem, gdyby tylko znało się następny krok tego procesu.

Pewne osobliwe doświadczenie, które kiedyś miałam, zdaje się to sugerować. Uporczywie powracającym zjawiskiem jest to, że znajduję się na ulicy — czasem przystrojonej flagami, czasem opuszczonej i mokrej od deszczu. Przemierzam, jak się wydaje, całe mile tych ulic i czuję się nimi skrajnie znużona.

Próbuję wtedy unieść się ponad domy, co okazuje się bardzo trudne, ponieważ im wyżej się wznoszę, tym wyższe stają się domy. Przy okazji, o której mowa, po czymś, co wydawało się ogromnym wysiłkiem woli, odkryłam, że unoszę się całkowicie poza ciałem, blisko szczytu wieży kościelnej.

Nade mną były białe chmury na letnim niebie. Moja wolność nie trwała długo, ponieważ zdarzenie to tak mnie zaskoczyło, że opadłam z powrotem do łóżka. Wydawało się to autentycznym doświadczeniem: byłam „na zewnątrz”, o tyle że moja świadomość na jedną chwilę została najwyraźniej uwolniona od fizycznego mózgu.

Ale dokąd właściwie dotarłam? W mojej sypialni była noc; na chorągiewkę pogodową na szczycie tamtej wieży świeciło słońce.

Ciemniejsze chwile

Bywają też chwile mroczniejsze. Pewnego razu, podczas wojny, znów byłam „na zewnątrz”. Była noc, a wzgórze na polu bitwy było tracone albo zdobywane. Panował zamęt dział i ludzi, dymu oraz wielkich błysków na niebie. W tym tumulcie usłyszałam wyraźnie tylko jedną rzecz — głos chłopca, pełen udręki, wołający:

— Matko! Matko! Matko!

Jest to przejmujące wspomnienie. Nic więcej nie pamiętam, ale zawsze miałam nadzieję, że jakiś aspekt mnie samej, mogący być użyteczny, był tam, aby dać pociechę.

Nie wszystkie doświadczenia są tak „przyziemne” jak te. Jako przykład czegoś, co bardzo trudno ująć w słowa, mogę podać, że kiedyś znalazłam się — z nieopisanym poczuciem szczęścia i wolności — idąc korytarzem zbudowanym z przezroczystych, opalizujących płaszczyzn ustawionych pod różnymi kątami względem siebie.

Przypominało to trochę przebywanie wewnątrz pryzmatu, choć układ płaszczyzn był bardziej złożony. I choć efekt był jak ze szkła albo kryształu, nie było w tym nic stałego. Jednocześnie, bez żadnego wysiłku wyobraźni, obserwowałam tę rzecz z zewnątrz.

Czy to sen, czy coś innego?

Kiedy mówię innym ludziom o tych wizjach, odpowiadają mi — chyba że przypadkiem sami doświadczają podobnych zjawisk — że śniłam. Ja mówię, że te rzeczy nie są snami. Moi przyjaciele powtarzają, że są, albo mówią mi, że to moja wyobraźnia.

Oczywiście są one wytworem wyobraźni; podobnie jak stała Plancka i Opactwo Westminsterskie. I tak kręcimy się w kółko.

Wiem, choć mam na to tylko własne słowo, że te przygody nie są snami. Nie mają ani odczucia, ani wyglądu snów. Psycholog zakłada istnienie osobistej nieświadomości, w której przechowywane jest wszystko, czego doświadczyliśmy, a czego nie zapamiętaliśmy.

Jeśli ta nieświadomość jest krainą, po której człowiek wędruje, to jak wielkie pragnienie doświadczenia musiało zawsze w nas istnieć i jak niepoprawnymi kolekcjonerami zjawisk musieliśmy być, nie wiedząc o tym. Co więcej, jak wiele interesujących i — zdawałoby się — godnych zapamiętania rzeczy zostało doświadczonych, a potem zapomnianych.

Nie sądzę jednak, aby wyjaśnienie było aż tak proste.

Jeśli wizje mają znaczenie, nie wiem, jakie. O ile potrafię stwierdzić, nie stanowią dowodu na nic poza własnym pięknem i dziwnością. Czasem próbowałam je przedstawiać, lecz najdelikatniejsza technika i najczystsze barwy, jakimi rozporządza artysta, nie są w stanie dać o nich najmniejszego pojęcia.

Co do tego, co właściwie „widzi”, zupełnie nie potrafię powiedzieć. Nie jest to oko, ponieważ oko jest zazwyczaj — choć nie zawsze — zamknięte. Koncentrując się na tym problemie, gdy wizje trwały, czasami myślałam, że człowiek widzi jakimś organem znajdującym się w tylnej części głowy.

Skłonna jestem sądzić, że widzenie tych rzeczy w ciemności nie jest zjawiskiem oderwanym, lecz nasileniem czegoś, co istnieje zawsze. W chwilach spokojnej refleksji albo przy jakiejkolwiek przerwie w sprawach życia codziennego jestem świadoma przestrzeni wypełnionej delikatną, barwną fatamorganą, dla której ściany nie stanowią przeszkody. Wiem też, że kontemplacja jej — choć kusząca — jest pokusą, której trzeba się oprzeć, jeśli praca dnia ma zostać wykonana.

Odkryłam na drodze eksperymentu, że można utrzymywać w umyśle wybrany obraz myślowy równocześnie z wizjami i całkowicie niezależnie od nich. Mam świadomość świadomego tworzenia oraz kontrolowania obrazu myślowego, podczas gdy tamte obrazy wydają się automatyczne i obiektywne.

źródło: Hypnagogic Visions;  Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, September 1953.