J. G.
Autorka poniższej relacji jest nam dobrze znana jako korespondentka od wielu lat. — Red.
Kiedy byłam ośmioletnim dzieckiem, przeprowadziliśmy się do domu mojej babki w mieście S——– w północnej Iowie. Był to solidny, dobrze zbudowany dom: dwupiętrowy, o podwójnie tynkowanych ścianach i mocnych kamiennych fundamentach. W tamtym zimnym, zimowym klimacie, gdzie termometr często spadał do dwudziestu stopni poniżej zera, domy budowano porządnie.
Moja babka zmarła w tym domu poprzedniej zimy, a mój młodszy brat zmarł na krótko przed tym, jak wyprowadziliśmy się z naszej farmy. Miałam jeszcze starszego brata i dwie starsze siostry.
Wkrótce po naszej przeprowadzce do tego domu — właściwie zaledwie po ośmiu miesiącach — moja najbliższa wiekiem starsza siostra, trzynastoletnia dziewczynka, zmarła po krótkiej chorobie. W tamtych czasach, w 1897 roku, w małych miasteczkach na Zachodzie, przedsiębiorca pogrzebowy przychodził do domu, aby przygotować ciało zmarłego.
Wieczorem w dniu śmierci mojej siostry siedzieliśmy z matką i bratem przy stole w jadalni. Frontowe drzwi, niezwykle ciężkie, miały dzwonek, który zawsze dźwięczał, ilekroć je otwierano i zamykano. Prowadziły do holu, z którego wewnętrzne schody wiodły do pokojów na piętrze. Inne drzwi otwierały się do jadalni.
Mój ojciec i starsza siostra wyszli załatwić jakieś sprawy. Usłyszeliśmy, jak otwierają się drzwi, dzwonek zadźwięczał, a potem drzwi zamknęły się z charakterystycznym wstrząsem, jak zwykle. Następnie usłyszeliśmy ciężkie kroki, podobne do kroków starszego mężczyzny, wchodzącego po schodach. Przy każdym kroku coś jak metalowy łańcuch pobrzękiwało i brzęczało.
Moja matka drgnęła i zawołała:
— To pan Stahlberg.
Wszyscy pozostaliśmy na swoich miejscach, nie chcąc iść na górę, kiedy on był tam zajęty swoją czynnością. Czas mijał i matka głośno zaczęła się zastanawiać, dlaczego trwa to tak długo. Wreszcie usłyszeliśmy dzwonek u drzwi.
Kiedy poszliśmy otworzyć, zastaliśmy pana Stahlberga.
— Czy czegoś pan zapomniał? — zapytała matka.
Był Niemcem i mówił łamaną angielszczyzną.
— Nie, ja dopiero w tej minucie przyszedłem — odpowiedział.
— Ale słyszałam, jak pan wchodził na górę, jestem tego pewna — powiedziała matka.
Bardzo się zirytował i stanowczo utrzymywał, że właśnie przyszedł. Kilka minut później wrócili moja siostra i ojciec. Nikt nie wszedł do domu ani nie wchodził po tamtych schodach.
Tajemnica owych kroków i metalicznego szczęku nigdy nie została rozwiązana.
Cztery lata później, w 1901 roku, zmarła moja starsza siostra.
Uderzenie w dom
Moja matka, której zdrowie było bardzo kruche, wracała do sił po chorobie i leżała na kanapie na dole, w pokoju, który nazywaliśmy salonikiem. Była ciepła noc wczesnej jesieni, trawa była jeszcze zielona i było dostatecznie ciepło, by zostawić drzwi otwarte, choć drzwi z siatką trzymaliśmy zamknięte na haczyk.
Miałam małego psa, który spał w kuchni. Ojciec był w domu przyjaciela. Było około ósmej wieczorem.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, w bok domu uderzył najpotężniejszy cios. Okna zadrżały, choć były solidnie osadzone. Jak już mówiłam, dom miał masywną konstrukcję. Brzmiało to dokładnie tak, jakby ciężki wóz w pełnym pędzie wpadł na dom.
Matka bardzo się przestraszyła i kazała mi szybko wybiec na zewnątrz, aby sprawdzić, co uderzyło w dom. Zrobiłam to, obiegając prędko dom od strony graniczącej z ulicą. Świecił jasny księżyc, ale nie było widać ani żywej duszy, ani żadnego śladu czegokolwiek — żadnego znaku na domu. Wszystko było absolutnie spokojne.
Weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi z siatką. Chwilę później usłyszałam, jak tylne drzwi otwierają się i zamykają. Pomyślałam, że musiałam je zostawić otwarte i że pies wyszedł. Pobiegłam z powrotem do kuchni i znalazłam psa śpiącego oraz drzwi zamknięte od wewnątrz na haczyk.
Pokój, który budził lęk
Mijały lata i stary dom wydawał się spokojny, choć nocami zawsze słyszałam kroki. Zawsze jednak przypisywano to mojej wyobraźni.
Jeden pokój szczególnie — mała sypialnia, której używaliśmy jako składziku — wywierał na mnie złowrogie wrażenie. Jeśli byłam sama w domu i czytałam tam książkę, co było moim ulubionym zajęciem, narastało we mnie uczucie grozy. Rosło i rosło, aż w końcu nie mogłam już tego znieść i wypadałam jak dzikie stworzenie ze schodów, a potem na dwór.
Latem 1911 roku przygotowywałam się do wyjazdu za granicę na studia. Był początek sierpnia, ciepły, jasny, piękny dzień, z bezchmurnym niebem. Odwiedzała nas moja ciotka i wszyscy siedzieliśmy przy południowym posiłku.
Mój ojciec pracował wcześniej na dachu, naprawiając murowany komin, i zostawił tam coś w rodzaju rusztowania, a także młotek i narzędzia.
Nagle nad naszymi głowami rozległ się najstraszliwszy łoskot. Brzmiało to tak, jakby cały komin zawalił się i spadał na niższy dach. Mój ojciec, który był zadeklarowanym sceptykiem wobec wszelkich „nadprzyrodzonych” manifestacji, zawołał:
— Na Boga, komin się wali!
On pierwszy wybiegł na zewnątrz, a za nim moja matka, ciotka i ja. Wszyscy staliśmy tam, wpatrując się w dach. Gdy wybiegaliśmy, usłyszeliśmy głośne dudnienie, jakby ciężki młotek albo cegła odbijały się od jednego dachu do drugiego, a potem szelest suchych liści, jakby cegły uderzyły o ziemię.
Wszyscy to zauważyliśmy.
Ku naszemu zdumieniu nic jednak nie było naruszone. Żadne cegły nie spadły, młotek się nie przesunął, nie było żadnego dźwięku ani śladu czegokolwiek nie na swoim miejscu. Mój ojciec wyglądał na tak zakłopotanego, jak tylko mężczyzna może wyglądać. Wszyscy byliśmy nieco wstrząśnięci, bo hałas był tak ogromny, że w pełni spodziewaliśmy się zobaczyć cegły porozrzucane po trawie.
Najdziwniejszy ze wszystkiego był odgłos przedmiotów spadających na suche liście. A przecież żadnych suchych liści nie było, ponieważ trwało pełne lato i wokół domu znajdowała się tylko trawa.
Jedyne możliwe powiązanie, jakie kiedykolwiek potrafiłam znaleźć dla tego dźwięku, było takie, że w listopadzie zmarła starsza siostra mojej matki, kobieta o wyraźnych zdolnościach psychicznych. Był to już czas jesieni i opadłych liści.
Dawna historia domu
Dopiero gdy byłam znacznie starsza, matka powiedziała mi, że pierwotny właściciel domu popełnił samobójstwo: wrócił pewnego dnia do domu, poszedł na górę i poderżnął sobie gardło. Kiedy zapytałam, w którym pokoju to się stało, matka odpowiedziała, że ludzie mówili jej, iż była to mała sypialnia po wschodniej stronie.
Przed śmiercią mojego dziadka, a także przed śmiercią mojego młodszego brata, matka słyszała osobliwy dźwięk, bardzo podobny do odgłosu ogromnej ilości piór zrzuconych na dach domu. Był to głuchy, stłumiony dźwięk. Za pierwszym razem, gdy go usłyszała, nie zwróciła na niego uwagi, lecz kiedy usłyszała go ponownie, a potem nastąpiła śmierć kolejnego członka rodziny, zapamiętała to.
Głośny trzask, który wszyscy słyszeliśmy, mógł być w jakiś sposób związany z takim „ostrzeżeniem”.
Próba wyjaśnienia
Moja własna teoria dotycząca tych niewytłumaczalnych dźwięków jest taka, że są one odpowiednikiem eksplozji energii. W innym medium, na innej płaszczyźnie, podejmowany jest jakiś wysiłek; rezultat brzmi dla naszych uszu jak głośny huk, łoskot albo stuknięcie. Rzeczywista próba mogła jednak przypominać to, co dzieje się — w małym stopniu — gdy coś wybucha w laboratorium.
Być może po drugiej stronie istnieją eksperymentatorzy, których doświadczenia także czasem chybiają celu, podobnie jak zdarza się to eksperymentatorom na ziemi.
Czekam, by przejść do następnego życia, gdzie — jestem o tym przekonany — wszystkie nasze przywiązania i miłość będą takie jak na tej ziemi, lecz wolne od materialnych ograniczeń i z możliwością rozwoju od tego etapu, który osiągnęliśmy tutaj.
– Sir Oliver Lodge
źródło: I Lived in a Haunted House; Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, September 1953.