W drodze do Passchendaele

Mortimer Noyes

Dnia 3 listopada 1917 roku 1. Batalion, w którym służyłem wówczas jako podporucznik, przesuwał się za dnia do rejonu koncentracji przed atakiem na grzbiet Passchendaele.

Maszerowałem na czele swojego plutonu. Po mojej lewej stronie szedł Gordon, zastępca dowódcy kompanii, a po prawej — mój sierżant. Wszyscy trzej rozmawialiśmy swobodnie, maszerując w odprężonym szyku.

Było około godziny 11.30 przed południem.

Po naszej lewej stronie nadjechała ciężarówka wojskowa z oznaką korpusu. Zauważyłem mimochodem, że był to pojazd amunicyjny z baterii oblężniczej. Po chwili, już z większym zainteresowaniem, rozpoznałem, że należy do tej samej baterii, w której służył mój brat.

Nie był on ani żołnierzem zawodowym, ani poborowym, lecz ochotnikiem. Ponieważ miał kilkuletnie doświadczenie jako kierowca, przydzielono go jako „kierowcę transportu motorowego” w kolumnie amunicyjnej.

Ciężarówka zwolniła i ku mojej wielkiej radości zobaczyłem głowę oraz twarz mojego brata wychylające się z drzwi kierowcy. Jego ramię uniosło się w geście powitania.

Usłyszałem bardzo wyraźnie jego głos:

— Trzymaj się, Den, stary druhu — powodzenia — wszystko będzie dobrze. Niech cię Bóg błogosławi. Nie mogę się zatrzymać.

Ciężarówka przyspieszyła i zniknęła nam z oczu, jadąc dalej drogą.

Gordon zapytał:

— Kto to był, ten wesoły chłop, Taffy?

Kiedy mu powiedziałem, odparł:

— Cóż, mógł się zatrzymać. Głupio zrobił, że tego nie zrobił.

Komentarz mojego sierżanta brzmiał:

— Pański brat, sir? Prawdziwy ciemnowłosy Walijczyk, nie ma co. Zupełnie niepodobny do pana, sir.

W tamtym czasie miałem włosy określane potocznie jako rude.

Weszliśmy do akcji, a dwa dni później wyszło z niej czterech oficerów i mniej niż stu żołnierzy pozostałych stopni. Nie zostałem ciężko ranny, lecz mocno mną wstrząsnęło, a ponadto byłem lekko zatruty gazem.

Gordon zmarł w moich ramionach w ciągu godziny od rozpoczęcia naszego natarcia. Mój sierżant zginął nieco później.

Gdy tylko mogłem po bitwie, napisałem do brata, aby powiedzieć mu, że wciąż jestem „na powierzchni ziemi”, i dodałem, że moim zdaniem mógł zatrzymać się choć na krótkie słowo i uścisk dłoni, kiedy mijał mnie na drodze do St. Julien.

Jego odpowiedź zdumiała mnie.

W dniu i o godzinie, o których mowa, był bardzo zajęty w okolicach Cambrai, oddalonych o sześćdziesiąt–siedemdziesiąt mil. Napisał, że gdyby takie zdarzenie rzeczywiście miało miejsce, z całą pewnością „zdławiłby stary autobus”, czyli zatrzymał ciężarówkę, wysiadł i znalazł chwilę na krótką pogawędkę oraz uścisk dłoni.

W późniejszych latach on i ja kilkakrotnie rozmawialiśmy o tym wydarzeniu, lecz nie potrafiliśmy znaleźć żadnego wyjaśnienia poza bardzo silną więzią uczucia i współodczuwania, jaka zawsze istniała między nami i trwała aż do jego śmierci w 1946 roku. I od tamtej pory nadal trwa.

Dwie uwagi

Być może warto dodać dwie uwagi.

Po pierwsze: sierżant Preston, który należał do owych „dziesięciu procent” mających pozostać na tyłach, gdy reszta z nas ruszała do bitwy, był bardzo przywiązany do Gordona. Tuż przed wymarszem batalionu podszedł do niego i życzył mu powodzenia. Gordon odpowiedział:

— Dziękuję. Wiem, co mnie czeka.

Jest to jednak tylko relacja ze słyszenia i jako taka może zostać pominięta.

Po drugie: w dniu szturmu godzina „zero” przypadała na 6.05 rano, a oddziały miały pozostawać w gotowości dziesięć minut wcześniej. Mój sierżant i ja obeszliśmy resztki plutonu — połowa ludzi stała się ofiarami ostrzału już w nocy — i staliśmy, rozmawiając ze sobą.

Wskazałem mu samotny komin w wiosce Passchendaele, odcinający się na tle wschodniego nieba, i przypomniałem, że właśnie ku temu kominowi mamy się kierować.

Powiedział, że go widzi i że tam dotrze.

Wtedy nagle chwycił mnie za ramię i naglącym głosem powiedział:

— Sir, pan i ja obaj zobaczymy wschód słońca, ale tylko jeden z nas zobaczy jeszcze zachód. I nie potrafię powiedzieć który — nie potrafię powiedzieć który.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, odezwały się działa i ruszyliśmy do natarcia.

Trzecia uwaga

Trzecia uwaga. Kilka miesięcy temu rozmawiałem o zdarzeniu z moim bratem z pewnym moim wujem, kapłanem Kościoła Anglii. Nie był on oczywiście w żaden sposób zaskoczony pojawieniem się mojego brata przede mną, wyraził jednak opinię, że niezwykłe było to, iż Gordon i mój sierżant również widzieli całe zajście.

Być może powodem było to, że obaj byli „psychiczni” i „fey”, to znaczy obdarzeni przeczuciem śmierci.

Wszystkie osoby, o których wspomniałem, są albo były Walijczykami bądź ludźmi walijskiego pochodzenia.

Nie mam świadka, który mógłby to potwierdzić, lecz to, co napisałem, jest prostą prawdą.


Wszystkie nazwiska w powyższym artykule są pseudonimami; prawdziwe nazwiska zostały przekazane redakcji w zaufaniu. — Red.

źródło: On the Road to Passchendaele;  Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, May 1953.