Wielkie sekrety praktyki

CZĘŚĆ CZWARTA

WIELKIE SEKRETY PRAKTYKI, CZYLI URZECZYWISTNIENIE NAUKI
WPROWADZENIE

Wzniosłe nauki Kabały i Magii obiecują człowiekowi wyjątkową, realną, skuteczną i sprawczą moc – i należy uważać je za fałszywe i próżne, jeśli jej nie dają. „Sądźcie nauczycieli po ich dziełach” – rzekł Najwyższy Mistrz. Ta reguła osądu jest nieomylna.
Jeśli chcesz, abym uwierzył w to, co wiesz – pokaż, co czynisz.

Bóg, aby wynieść człowieka do moralnego wyzwolenia, skrywa się przed nim i jakby pozostawia mu rządy nad światem. Pozwala się odgadywać poprzez wzniosłości i harmonie natury, aby człowiek mógł się stopniowo udoskonalać, coraz wyżej wynosząc ideę, jaką tworzy o jej Autorze.

Człowiek zna Boga tylko przez imiona, jakie nadaje Temu Bytowi bytów, i rozpoznaje Go jedynie przez obrazy, które usiłuje naszkicować. Jest zatem w pewien sposób twórcą Tego, który go stworzył. Uważa siebie za zwierciadło Boga i, bez końca powiększając własny miraż, sądzi, że zdoła naszkicować w nieskończonej przestrzeni cień Tego, który jest bez ciała, bez cienia i bez przestrzeni.

STWORZYĆ BOGA, STWORZYĆ SIEBIE, UCZYNIĆ SIĘ NIEZALEŻNYM, NIEŚMIERTELNYM I BEZ CIERPIENIA – oto program śmielszy niż sen Prometeusza. Jego brzmienie jest zuchwałe aż po bezbożność, a myśl – ambitna aż po szaleństwo. Otóż program ten jest paradoksalny jedynie w swojej formie, która daje się opacznie i bluźnierczo rozumieć. W pewnym sensie jest on całkowicie rozsądny, a nauka adeptów obiecuje go urzeczywistnić i doprowadzić do doskonałości.

Człowiek w istocie stwarza sobie Boga odpowiadającego jego własnej inteligencji i dobroci; nie potrafi wznieść ideału wyżej, niż pozwala na to jego rozwój moralny. Bóg, którego adoruje, jest zawsze powiększonym odbiciem jego samego. Pojąć absolut dobroci i sprawiedliwości – to samemu być ponad miarę sprawiedliwym i dobrym.

Cnoty moralne ducha są bogactwem – i najwspanialszym z bogactw. Trzeba je zdobywać trudem i zmaganiem. Można wysunąć zastrzeżenie: nierówność uzdolnień; niektóre dzieci rodzą się z ustrojami bliższymi doskonałości. Powinniśmy jednak wierzyć, że ustroje te są wynikiem bardziej zaawansowanej pracy Natury, a dzieci w nie wyposażone zdobyły je – jeśli nie własnym wysiłkiem, to przynajmniej dzięki nagromadzonej pracy istot ludzkich, z którymi ich istnienie jest związane. To sekret Natury, a Natura niczego nie czyni przypadkiem; posiadanie bardziej rozwiniętych zdolności intelektualnych, podobnie jak posiadanie pieniędzy i ziemi, stanowi niezbywalne prawo przekazu i dziedziczenia.

Tak – człowiek jest wezwany do dopełnienia dzieła swego Stwórcy, a każda chwila, którą zużywa na doskonalenie się lub samozniszczenie, rozstrzyga na całą wieczność. To przez zdobycie rozumu wiecznie przejrzystego i woli wiecznie sprawiedliwej ustanawia on siebie jako żyjącego dla życia wiecznego – albowiem z niesprawiedliwości i błędu nie przetrwa nic poza karą ich nieładu. Zrozumieć dobro to chcieć go, a na płaszczyźnie sprawiedliwości – chcieć znaczy czynić. Dlatego właśnie Ewangelia mówi, że ludzie będą sądzeni według swoich uczynków.

Nasze uczynki czynią nas takimi, jakimi jesteśmy, do tego stopnia, że – jak rzekliśmy – nawet nasze ciało doznaje modyfikacji, a czasem całkowitej zmiany formy wskutek naszych nawyków. Forma, którą się zdobywa albo której się poddaje, staje się opatrznością albo fatum na całe istnienie. Te dziwne postacie, jakie Egipcjanie nadawali ludzkim symbolom boskości, przedstawiają formy fatalne. Tyfon ma głowę krokodyla. Skazany jest, by nieustannie jeść, aby napełniać swój brzuch hipopotama. Tak oto, przez swą chciwość i brzydotę, poświęcony jest wiecznemu zniszczeniu.

Człowiek może zabijać lub ożywiać swoje władze przez zaniedbanie albo nadużycie. Może też stworzyć sobie nowe zdolności przez dobre użycie tych, które otrzymał od Natury. Często mówi się, że uczuciami nie da się rozkazywać, że wiara nie jest dla wszystkich możliwa, że charakteru nie da się na nowo ukształtować. Wszystkie te twierdzenia są prawdziwe jedynie dla gnuśnych lub przewrotnych. Można uczynić siebie wiernym, pobożnym, kochającym, oddanym – kiedy szczerze tego się pragnie. Można dać duchowi spokój słuszności, a woli wszechmoc sprawiedliwości. Można panować w Niebie mocą wiary, na ziemi – mocą nauki. Człowiek, który umie rozkazywać sobie, jest królem całej Natury.

W tej ostatniej księdze niebawem przedstawimy, jakimi środkami prawdziwi wtajemniczeni stawali się panami życia, jak zwyciężali smutek i śmierć; jak dokonują na sobie i innych przemiany Proteusza; jak posługują się wróżebną mocą Apolloniosa; jak czynią złoto Rajmunda Lulla i Flamela; jak – by odnowić swą młodość – posiadają sekrety Postela Zmartwychwstałego oraz te, które przypisywano pieczy Cagliostra. Krótko mówiąc, wypowiemy ostatnie słowo magii.

ROZDZIAŁ I

O PRZEMIANIE – RÓŻDŻKA KIRKE – KĄPIEL MEDEI – MAGIA POKONANA WŁASNYMI ORĘŻAMI – WIELKI ARKAN JEZUITÓW I TAJEMNICA ICH SIŁY

Biblia opowiada nam, że król Nabuchodonozor, u szczytu swej potęgi i pychy, został nagle przemieniony w zwierzę.
Uciekł na pustkowia, zaczął jeść trawę, pozwolił rosnąć swojej brodzie i włosom, jak również paznokciom, i pozostał w tym stanie przez siedem lat.

W naszym Dogme et rituel de la haute magie powiedzieliśmy, co sądzimy o tajemnicach likantropii, czyli metamorfozach ludzi w wilkołaki.

Każdy zna baśń o Kirke i rozumie jej alegorię.

Fatalny ascendent jednej osoby nad drugą to prawdziwa różdżka Kirke.

Wiadomo, że niemal wszystkie ludzkie fizjonomie noszą podobieństwo do takiego czy innego zwierzęcia, to znaczy podpis wyspecjalizowanego instynktu.
Otóż instynkty równoważą się instynktami przeciwnymi, a panują nad nimi instynkty silniejsze.

Aby panować nad owcami, pies gra na ich lęku przed wilkami.
Jeśli jesteś psem i chcesz, by pokochał cię śliczny mały kot, masz tylko jeden środek: przeobrazić się w kota.

Ale jak? Przez obserwację, naśladownictwo i wyobraźnię. Wierzymy, że tym razem nasz obrazowy język zostanie zrozumiany, i polecamy to objawienie wszystkim, którzy pragną magnetyzować: to najgłębsza ze wszystkich tajemnic ich sztuki.
Oto formuła w terminach technicznych:
„Spolaryzować własne światło zwierzęce w zrównoważonym antagonizmie z biegunem przeciwnym.”
Albo:
Skoncentrować w sobie szczególne jakości absorpcji, by skierować ich promienie ku ognisku absorbującemu – i na odwrót.

Tym rządem nad naszą polaryzacją magnetyczną można kierować przy pomocy owych form zwierzęcych, o których mówiliśmy; posłużą do unieruchomienia wyobraźni.

Dajmy przykład:
Chcesz działać magnetycznie na osobę spolaryzowaną tak jak ty, co – jeśli jesteś magnetyzerem – odgadniesz przy pierwszym kontakcie; tylko że ta osoba jest nieco słabsza od ciebie – mysz, podczas gdy ty jesteś szczurem. Stań się kotem, a ją pochwycisz.

W jednej z owych znakomitych opowieści, których może nie wymyślił, ale opowiedział lepiej niż ktokolwiek, Perrault wprowadza na scenę kota, który chytrze skłania ogra, by ten zamienił się w mysz – a skoro tylko to się dokona, kot miażdży mysz zębami. Bajki babci Gąski, podobnie jak Złoty osioł Apulejusza, są być może prawdziwymi legendami magicznymi i skrywają pod płaszczem dziecinnych baśni groźne sekrety nauki.

Wiado­mo powszechnie, że magnetyzerzy nadają czystej wodzie własności i smak wina, likierów i wszelkich dawek leków samym nałożeniem rąk, to znaczy wolą wyrażoną znakiem.
Wiadomo też, że ci, którzy oswajają dzikie zwierzęta, zwyciężają lwy, czyniąc się mentalnie i magnetycznie silniejszymi i dzikszymi od lwów.

Jules Gérard, nieustraszony myśliwy lwa afrykańskiego, zostałby pożarty, gdyby się bał. Lecz aby nie bać się lwa, trzeba wysiłkiem wyobraźni i woli uczynić siebie silniejszym i bardziej dzikim niż samo zwierzę. Trzeba powiedzieć sobie: To ja jestem lwem, a w mojej obecności to zwierzę jest tylko psem, który powinien drżeć przede mną.

Fourier wyobrażał sobie anty-lwy; Jules Gérard urzeczywistnił tę chimeryczną wizję marzyciela falansteryjskiego¹.

– Ale – powie ktoś – aby nie bać się lwów, wystarczy być człowiekiem odważnym i dobrze uzbrojonym.
Nie, to nie wystarczy. Trzeba znać siebie na wylot, by umieć obliczać skoki zwierzęcia, odgadywać jego podstępy, unikać pazurów, przewidywać ruchy – słowem, być arcymistrzem w „lwiectwie”, jak rzekłby znakomity La Fontaine.

Zwierzęta są żywymi symbolami instynktów i namiętności ludzi. Jeśli uczynisz człowieka bojaźliwym, przemienisz go w zająca. Jeśli przeciwnie – popchniesz go do srogości, uczynisz zeń tygrysa.

Różdżką Kirke jest moc fascynacji, jaką posiada kobieta; a przemiana towarzyszy Odyseusza w wieprze wcale nie jest opowieścią właściwą jedynie tamtym czasom.

Lecz żadnej metamorfozy nie dokonuje się bez zniszczenia. Aby przemienić jastrzębia w gołębicę, trzeba go najpierw zabić, potem pociąć na pieces [= na kawałki], tak by zniszczyć choćby najmniejszy ślad jego pierwszej postaci, a następnie wygotować w magicznej kąpieli Medei.

Obserwujmy, jak postępują nowożytni hierofanci, by dopełnić odrodzenia człowieka; jak na przykład w religii katolickiej zabierają się do przemiany człowieka mniej lub bardziej słabego i namiętnego w stoickiego misjonarza Towarzystwa Jezusowego.

Oto wielki sekret tego czcigodnego i strasznego Zakonu – zawsze niezrozumianego, często zniesławianego, a zawsze suwerennego.

Czytaj uważnie księgę zatytułowaną Ćwiczenia św. Ignacego i zauważ, z jaką mocą magiczną ten człowiek geniuszu doprowadza do urzeczywistnienia wiary.

Nakazuje on swoim uczniom widzieć, dotykać, wąchać, smakować rzeczy niewidzialne. Pragnie, by zmysły zostały podczas modlitwy wywyższone aż do dobrowolnej halucynacji.

Medytujesz nad misterium wiary; św. Ignacy najpierw chce, byś stworzył miejsce, wyśnił je, zobaczył, dotknął. Jeśli to piekło – każe ci dotykać płonących skał, pływać w ciemnościach gęstych jak smoła, kładzie ciekłą siarkę na twój język, wypełnia nozdrza wstrętnym fetorem, ukazuje przerażające męki i sprawia, że słyszysz jęki nieludzkie w swej agonii; nakazuje twojej woli wytwarzać to wszystko poprzez uparte ćwiczenia. Każdy realizuje to na swój sposób, zawsze jednak w sposób najlepiej do niego przemawiający. To nie odurzenie haszyszem, które służyło niegdyś nikczemnościom Starca z Gór; to sen bez snu, halucynacja bez obłędu, wizja rozumna i chciana – realne dzieło inteligencji i wiary. Odtąd, kiedy głosi, jezuita może powiedzieć: „Co widziały nasze oczy, co słyszały nasze uszy i czego dotykały nasze ręce – to wam zwiastujemy.” Tak wyszkolony jezuita pozostaje w komunii z kręgiem woli wyćwiczonych jak jego własna; w konsekwencji każdy z ojców jest tak silny jak Towarzystwo, a Towarzystwo jest silniejsze niż świat.

¹ Fourier był socjalistą, autorem rodzaju „utopii”; podstawową jednostką społeczną był u niego phalanstère (falanster).

ROZDZIAŁ II

JAK ZACHOWAĆ I ODNAWIĆ MŁODOŚĆ – TAJEMNICE CAGLIOSTRA – MOŻLIWOŚĆ WSKRZESZENIA – PRZYKŁAD WILLIAMA POSTELA, ZWANEGO ZMARTWYCHWSTAŁYM – OPOWIEŚĆ O CUDOTWÓRCZYM RZEMIEŚLNIKU, ITD.

Wiadomo, że trzeźwe, umiarkowanie pracowite i zupełnie regularne życie zwykle przedłuża egzystencję; lecz naszym zdaniem jest to niewiele więcej niż przedłużenie starości, a ma się prawo oczekiwać od nauki, którą wyznajemy, innych przywilejów i innych sekretów.
Być długo młodym, a nawet znów stać się młodym – to wydawałoby się pożądane i cenne dla większości ludzi. Czy to możliwe? Zbadamy tę kwestię.

Słynny hrabia de Saint-Germain niewątpliwie nie żyje, ale nikt nigdy nie widział, by się zestarzał. Zawsze wyglądał na czterdzieści lat, a w okresie największej sławy utrzymywał, że ma ponad osiemdziesiąt.
Ninon de l’Enclos w bardzo podeszłym wieku była wciąż młoda, piękna i uwodzicielska. Umarła, nie zestarzawszy się.
Desbarrolles, słynny chiromanta, był dla wszystkich od dawna trzydziestopięciolatkiem. Jego akt urodzenia mówiłby co innego, gdyby śmiał go pokazać, ale nikt by w to nie uwierzył.
Cagliostro zawsze wyglądał na ten sam wiek. Utrzymywał, że posiada nie tylko eliksir, który na chwilę daje starcom całą krzepę młodości; chełpił się też, iż potrafi dokonywać fizycznej regeneracji środkami, które szczegółowo opisaliśmy i przeanalizowaliśmy w naszej Historii magii.

Cagliostro i hrabia de Saint-Germain przypisywali zachowanie swojej młodości istnieniu i użyciu panaceum, lekarstwa uniwersalnego daremnie poszukiwanego przez tylu hermetystów i alchemików.

Jeden z wtajemniczonych XVI wieku, poczciwy i uczony William Postel, nigdy nie twierdził, że posiada wielki arkan filozofii hermetycznej; a przecież po tym, jak widziano go starego i złamanego, pojawił się znowu z jasną cerą, bez zmarszczek, z czarną brodą i włosami, ciałem żwawym i krzepkim. Jego wrogowie utrzymywali, że malował się różem (rouged) i farbował włosy; szydercy i fałszywi uczeni muszą wszak znaleźć jakieś wyjaśnienie zjawisk, których nie rozumieją.

Wielkim magicznym środkiem zachowania młodości ciała jest nie dopuścić do starzenia się duszy przez staranne strzeżenie owej pierwotnej świeżości uczuć i myśli, którą zepsuty świat nazywa iluzjami, a którą my nazwiemy pierwotnymi mirażami wiecznej prawdy.
Wierzyć w szczęście na ziemi, w przyjaźń, w miłość, w macierzyńską Opatrzność, która liczy wszystkie nasze kroki i nagrodzi wszystkie nasze łzy – to, jak powie zepsuty świat, być doskonałym naiwniakiem; nie widzi on, że sam jest naiwniakiem, uważając się za silnego przez to, iż pozbawia się wszelkich rozkoszy duszy.

Wierzyć w dobro moralne – to posiadać to dobro: dlatego Zbawiciel świata obiecuje królestwo niebieskie tym, którzy staną się jako dzieci. Czym jest dzieciństwo? Wiekiem wiary. Dziecko nic jeszcze nie wie o życiu; i właśnie dlatego promieniuje ufnością nieśmiertelności. Czy może wątpić w oddanie, czułość, przyjaźń i miłość Opatrzności, kiedy jest w objęciach matki?
Stańcie się dziećmi sercem, a pozostaniecie młodzi ciałem.

Rzeczywistości Boga i natury nieskończenie przewyższają pięknem i dobrocią wszystkie ludzkie wyobrażenia. Stąd znudzeni światem to ludzie, którzy nigdy nie umieli być szczęśliwi; a rozczarowani dowodzą swymi wstrętami, że pili jedynie mętne strumienie. By cieszyć się nawet zwierzęcymi przyjemnościami życia, trzeba mieć zmysł moralny; a ci, którzy szkalują egzystencję, z pewnością jej nadużyli.

Wysoka magia, jak dowiedliśmy, sprowadza człowieka do praw czystej moralności. „Albo znajduje rzecz świętą, albo czyni ją świętą” – powiada adept: Vel sanctum invenit, vel sanctum facit; albowiem uczy nas, że aby być szczęśliwym, nawet na tym świecie, trzeba być świętym.

Być świętym! – łatwo powiedzieć; ale jak dać sobie wiarę, gdy się już nie wierzy? Jak na powrót odnaleźć smak cnoty w sercu wyblakłym od występku?
Trzeba się odwołać do czterech słów nauki: wiedzieć, ośmielić się, chcieć i milczeć.
Trzeba powściągnąć niechęci, studiować obowiązek i zacząć wykonywać go tak, jakby się go kochało.

Jesteś niewierzący i pragniesz uczynić się chrześcijaninem?
Wykonuj praktyki chrześcijanina, módl się regularnie, używając chrześcijańskich formuł; przystępuj do sakramentów tak, jakbyś miał wiarę – a wiara przyjdzie. Oto sekret jezuitów zawarty w Ćwiczeniach duchownych św. Ignacego.

Podobnymi ćwiczeniami głupiec, jeśli wytrwale będzie chciał, stałby się mędrcem.¹
Zmieniając nawyki duszy, z pewnością zmienia się nawyki ciała; mówiliśmy już o tym i wyjaśniliśmy metodę.

Co przede wszystkim postarza nas, czyniąc brzydkimi? Nienawiść i zgorzknienie, nieżyczliwe sądy o innych, wściekłości zranionej próżności, źle nasycone namiętności. Życzliwa i łagodna filozofia uchroniłaby nas od wszystkich tych złych rzeczy.
Jeśli przymkniemy oczy na wady bliźniego, a będziemy brać pod uwagę tylko jego zalety, znajdziemy dobroć i życzliwość wszędzie. Najbardziej przewrotny człowiek ma swoją dobrą stronę i łagodnieje, gdy umie się do niego podejść. Gdybyś nie miał nic wspólnego z wadami ludzi, nie zauważałbyś ich nawet. Przyjaźń i oddania, jakie rodzi, znajdują się nawet w więzieniach i na katorgach. Ohydny Lacenaire wiernie oddawał pożyczone pieniądze i nierzadko postępował z hojnością i dobrocią. Nie wątpię, że w życiu przestępczym Cartouche’a i Mandrina zdarzały się czyny cnoty, zdolne wycisnąć łzy z oczu. Nigdy nie było nikogo absolutnie złego ani absolutnie dobrego. „Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg” – rzekł najlepszy z Mistrzów.

Ta jakość w nas, którą nazywamy gorliwością o cnotę, bywa często niczym innym jak tyrańską, skrywaną miłością własną, zazdrością w przebraniu i dumnym instynktem sprzeciwu. „Kiedy widzimy jawne niełady i gorszących grzeszników” – mówią teologowie mistyczni – „wierzmy, że Bóg poddaje ich cięższym próbom niż te, którymi doświadcza nas; że z pewnością, bądź przynajmniej z wielkim prawdopodobieństwem, nie jesteśmy od nich lepsi i w ich miejscu postąpilibyśmy znacznie gorzej.”

Pokój! Pokój! – oto najwyższe dobro duszy, i po to przyszedł Chrystus na świat.
„Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania!” – wołali aniołowie niebios przy narodzeniu Zbawiciela.

Starzy ojcowie chrześcijaństwa liczyli ósmy grzech główny: był nim Smutek.
W istocie, dla prawdziwego chrześcijanina nawet pokuta nie jest smutkiem; jest pociechą, radością i triumfem. „Chciałem zła – a już go nie chcę; byłem umarły – i żyję.” Ojciec syna marnotrawnego kazał zabić tuczne cielę, bo syn powrócił. Co ma czynić? Łzy i zakłopotanie, bez wątpienia! lecz nade wszystko radość!

Jest tylko jedna rzecz smutna na świecie: grzech i głupota. Skoro zostaliśmy wybawieni, śmiejmy się i krzyczmy z radości, bo jesteśmy zbawieni, a wszyscy, którzy nas kochali za życia, radują się w niebie!

Nosimy w sobie wszyscy zasadę śmierci i zasadę nieśmiertelności. Śmierć to bydlę, a bydlę zawsze rodzi bydlęcą głupotę. Bóg nie kocha głupców, gdyż Jego Duch nazywa się Duchem rozumu. Głupota odpokutowuje cierpieniem i niewolą. Kij jest dla bydląt.

Cierpienie jest zawsze przestrogą. Tym gorzej dla tego, kto jej nie rozumie! Gdy Natura napina cugle – znaczy, że zbaczamy; gdy używa bata – niebezpieczeństwo jest bliskie. Biada więc temu, kto nie rozmyśla!

Kiedy dojrzeliśmy do śmierci, odchodzimy z życia bez żalu i nic nie skłoniłoby nas do powrotu; ale gdy śmierć jest przedwczesna, dusza żałuje życia i zręczny taumaturg mógłby ją przywołać do ciała. Księgi święte wskazują nam postępowanie, którego trzeba użyć w takim wypadku. Prorok Elizeusz i apostoł św. Paweł zastosowali je z powodzeniem. Zmarłego należy zmagnetyzować, kładąc stopy na jego stopach, dłonie na jego dłoniach, usta na jego ustach. Potem długo skupić całą wolę, przywoływać zbie­głą duszę wszystkimi czułymi myślami i pieszczotami umysłu, do jakich jesteśmy zdolni. Jeśli operator budzi w tej duszy wielką miłość lub wielki szacunek, jeśli w myśli, którą magnetycznie jej przekazuje, taumaturg zdoła ją przekonać, że życie jest jej jeszcze potrzebne i że czekają ją na dole szczęśliwe dni – z pewnością powróci, a dla człowieka zwyczajnej nauki śmierć pozorna okaże się jedynie letargiem.

Po takim właśnie letargu William Postel, przywołany do życia przez Matkę Joannę, pojawił się na nowo z młodością i nazywał się już tylko Postel Zmartwychwstały – Postellus restitutus.

W roku 1799 na przedmieściu Saint-Antoine w Paryżu był kowal podający się za adepta nauki hermetycznej. Nazywał się Leriche i uchodził za tego, który dokonywał cudownych uzdrowień, a nawet wskrzeszeń, przy pomocy lekarstwa uniwersalnego. Tancerka Opery, która weń wierzyła, przyszła pewnego dnia do niego i ze łzami powiedziała, że jej kochanek właśnie umarł. Pan Leriche poszedł z nią do domu zmarłego. Gdy wchodził, ktoś schodzący powiedział mu: „Nie ma sensu wchodzić na górę, on nie żyje od sześciu godzin.” – „Nieważne” – rzekł kowal – „skoro już tu jestem, zobaczę go.” wszedł na górę i znalazł zwłoki skute lodem we wszystkich częściach z wyjątkiem wgłębienia brzucha, gdzie – jak pomyślał – czuć było jeszcze odrobinę ciepła. Kazał rozniecić duży ogień, masował całe ciało gorącymi ręcznikami, nacierał je lekarstwem uniwersalnym rozpuszczonym w spirytusie. [Jego rzekome lekarstwo uniwersalne musiało być proszkiem zawierającym rtęć, podobnym do aptecznego kermesu – tzw. kermesu mineralnego.] Tymczasem kochanka zmarłego płakała i najczulszymi słowami przyzywała go do życia. Po półtorej godziny tych zabiegów Leriche przyłożył zwierciadło do twarzy chorego i stwierdził lekkie zaparowanie szkła. Wzmogli wysiłki i wkrótce uzyskali jeszcze wyraźniejszy znak życia. Położyli go wtedy do dobrze ogrzanego łóżka i po kilku godzinach został całkowicie przywrócony do życia. Nazywał się Candy. Od tego czasu żył, nigdy nie chorując. W 1845 roku wciąż był żywy i mieszkał przy Place du Chevalier du Guet 6. Opowiadał historię swego zmartwychwstania każdemu, kto chciał słuchać, i dawał wiele powodu do śmiechu lekarzom i mędrkom swojej dzielnicy. Zacny człowiek pocieszał się w tonie Galileusza i odpowiadał im: „Możecie się śmiać, ile chcecie. Wiem tylko tyle, że akt zgonu był podpisany i zezwolenie na pogrzeb wystawione; osiemnaście godzin później mieli mnie pochować – a oto jestem.”

¹ „Gdyby głupiec tylko wytrwał w swojej głupocie, stałby się mądry.” – William Blake.

ROZDZIAŁ III

WIELKI ARKAN ŚMIERCI

Często ogarnia nas smutek na myśl, że najpiękniejsze życie musi się skończyć, a zbliżanie się straszliwej nieznanej rzeczy, którą nazywa się śmiercią, zraża nas do wszystkich radości istnienia.
Po co się rodzić, skoro żyć trzeba tak krótko? Po co z taką troską wychowywać dzieci, które muszą umrzeć?-Tak brzmi pytanie ludzkiej niewiedzy w jej najczęstszych i najsmutniejszych wątpliwościach.

To samo, niejasno, może pytać samo siebie ludzki embrion w obliczu zbliżających się narodzin, które mają go wrzucić w nieznany świat, obdzierając go z ochronnej osłony.
Przestudiujmy tajemnicę narodzin, a posiądziemy klucz wielkiego arkanu śmierci!

Rzucony prawami Natury w łono kobiety, wcielony duch bardzo powoli się budzi i z trudem stwarza sobie organy, które później będą niezbędne, lecz które, rosnąc, potęgują jego niewygodę w obecnej sytuacji.
Najszczęśliwszy okres życia embrionu to ten, gdy – jak poczwarka – rozpościera wokół siebie błonę, która służy mu za schronienie i pływa wraz z nim w płynie odżywczym i chroniącym. Wtedy jest wolny i nie cierpi. Uczestniczy w życiu powszechnym i przyjmuje odcisk „pamięci Natury”, które później zdeterminują konfigurację jego ciała i kształt rysów. Ten szczęśliwy wiek można nazwać dzieciństwem embrionu.

Potem przychodzi młodość; forma ludzka staje się wyraźna i określa się płeć; w „jajeczku” macierzyńskim zachodzi ruch przypominający mgliste rojenia wieku następującego po dzieciństwie. Łożysko, które jest zewnętrznym i rzeczywistym ciałem płodu, czuje w sobie kiełkowanie czegoś nieznanego, co już dąży do jego rozbicia i ucieczki.
Dziecko wchodzi wtedy wyraźniej w życie snów. Jego mózg, działając jak zwierciadło mózgu matki, z taką siłą odtwarza jej wyobrażenia, że nadaje ich kształt własnym członkom. Matka jest dla niego w tym czasie tym, czym Bóg dla nas – nieznaną i niewidzialną Opatrznością, ku której tęskni, aż do utożsamienia się ze wszystkim, co ona podziwia. Trzyma się jej, żyje przez nią, choć jej nie widzi i nie umiałby jej nawet pojąć. Gdyby potrafił filozofować, może zaprzeczyłby osobowemu istnieniu i inteligencji tej matki, która jest dla niego póki co tylko fatalnym więzieniem i aparatem zachowawczym.

Po trochu jednak ta służebność go nuży; wierci się, cierpi, czuje, że jego życie ma się skończyć. Następuje godzina lęku i konwulsji; więzy pękają; czuje, że ma runąć w otchłań nieznanego. Dokonało się: spada, dławiony bólem, obejmuje go dziwny chłód, ostatnie westchnienie przemienia się w pierwszy krzyk; umarł dla życia embrionalnego – narodził się do życia ludzkiego!

W czasie życia embrionalnego zdawało mu się, że łożysko jest jego ciałem – i w istocie było jego szczególnym ciałem embrionalnym, ciałem bezużytecznym dla innego życia, które należało odrzucić jako rzecz nieczystą w chwili narodzin.
Ciało naszego życia ludzkiego jest jak druga osłona, nieprzydatna dla trzeciego życia – i dlatego odrzucamy je w chwili naszych drugich narodzin.

Życie ludzkie w porównaniu z życiem niebiańskim jest istotnie embrionem. Kiedy nasze złe namiętności nas zabijają, Natura dokonuje poronienia i rodzimy się przed czasem dla wieczności, co naraża nas na tę straszliwą rozpływalność, którą św. Jan nazywa drugą śmiercią.

Wedle stałej tradycji ekstazjów, „poronienia” życia ludzkiego pozostają unoszące się w atmosferze ziemskiej, której nie są w stanie przewyższyć, a która powoli je wchłania i topi. Mają postać ludzką, lecz zawsze okaleczoną i niepełną: temu brak ręki, tamtemu ramienia, jeden jest ledwie torsem, inny – bladą, toczącą się głową. Uniemożliwiła im wzniesienie się do nieba rana otrzymana podczas życia ludzkiego – rana moralna, która spowodowała deformację cielesną – i przez tę ranę, po trosze, wycieka cała ich egzystencja.

Wkrótce ich dusza moralna będzie naga i, by osłonić swój wstyd tworząc za wszelką cenę nową zasłonę, będzie zmuszona wlec się w „ciemność zewnętrzną” i powoli przechodzić przez „martwe morze”, uśpione wody pierwotnego chaosu. Te zranione dusze są larwami drugiego kształtowania embrionu; karmią swe powietrzne ciała oparami rozlanej krwi i lękają się ostrza miecza. Często przyczepiają się do ludzi występnych i żyją z ich życia, jak embrion żyje w łonie matki. W takich okolicznościach potrafią przybierać najbardziej przerażające postacie, by odzwierciedlić szalone pożądania tych, którzy je żywią – i to one ukazują się w figurach demonów nędznym operatorom bezimiennych dzieł czarnej magii.

Te larwy lękają się światła – nade wszystko światła umysłu. Błysk inteligencji wystarcza, by je unicestwić jak gromem i strącić w owo „Martwe Morze”, którego nie należy mylić z morzem w Palestynie tak zwanym. Wszystko, co tu odsłaniamy, należy do tradycji jasnowidzów i może utrzymać się wobec nauki jedynie w imię tej wyjątkowej filozofii, którą Paracelsus nazwał filozofią przenikliwości – philosophia sagax.

ROZDZIAŁ IV

ARCANUM ARCANORUM

Wielkie arkanum – to znaczy niewysłowiona i niewytłumaczalna tajemnica – jest absolutną znajomością dobra i zła.
„Gdy spożyjecie owoc tego drzewa, będziecie jak bogowie” – rzekł Wąż.
„Jeśli z niego zjecie, umrzecie” – odpowiedziała Mądrość Boża.

Tak więc dobro i zło rodzą owoc na jednym i tym samym drzewie, z jednego i tego samego korzenia.
Dobro uosobione – to Bóg.
Zło uosobione – to Diabeł.
Poznać sekret albo formułę Boga – to być Bogiem.
Poznać sekret albo formułę Diabła – to być Diabłem.

Chcieć być jednocześnie i Bogiem, i Diabłem – to wchłonąć w siebie najzupełniejszą antynomię, dwie najbardziej naprężone siły przeciwne; to chcieć zamknąć w sobie nieskończony antagonizm.
To wypić truciznę, która zgasiłaby słońca i strawiła światy.¹
To przywdziać trawiącą szatę Dejaniry.
To poświęcić się na najszybszą i najstraszliwszą ze wszystkich śmierci.

Biada temu, kto chce wiedzieć zbyt wiele! Bo jeśli nadmierna i zuchwała wiedza go nie zabije – uczyni go szalonym.

¹ Aluzja do Śiwy, patrona adeptów, który wypił truciznę powstałą przy ubijaniu „Mlecznego Oceanu” (por. Bhāgavata Purāṇa, ks. VIII, rozdz. 5–12). Zatem w tym ustępie Lévi – jak komentuje O.M. – w istocie mówi coś przeciwnego niż pozornie. Inaczej ten rozdział „Bądź dobry, a będziesz szczęśliwy” nie zasługiwałby na tytuł „Arcanum Arcanorum”.

Spożywać owoc Drzewa Poznania Dobra i Zła – to kojarzyć zło z dobrem i asymilować jedno do drugiego.
To okryć promienne oblicze Ozyrysa maską Tyfona.
To podnieść świętą zasłonę Izydy; to sprofanować sanktuarium.
Zuchwalec, który śmie spojrzeć na słońce bez osłony, staje się ślepy – i odtąd słońce jest dla niego czarne.

Nie wolno nam powiedzieć więcej na ten temat; zakończymy nasze objawienie figurą trzech pentakli. Te trzy gwiazdy wyjaśnią rzecz dostatecznie. Można je porównać z tą, którą umieściliśmy na początku naszej „Historii magii”. Łącząc wszystkie cztery, można dojść do zrozumienia Wielkiego Arkanum Arkanów.

Teraz pozostaje nam dopełnić dzieła, podając wielki klucz Williama Postela.

Tym kluczem jest Tarot. Są cztery kolory: buławy, kielichy, miecze, denary (pentakle), odpowiadające czterem stronom świata i czterem Istotom Żyjącym, czyli znakom symbolicznym, oraz liczbom i literom utworzonym w kręgu; następnie siedem znaków planetarnych, z oznaczeniem ich powtórzeń poprzez trzy kolory – dla zobrazowania świata przyrodzonego, ludzkiego i boskiego, których hieroglificzne emblematy składają się na dwadzieścia jeden atutów naszego Tarota.

W centrum pierścienia widnieje podwójny trójkąt tworzący Gwiazdę albo Pieczęć Salomona. Jest to triada religijno-metafizyczna, analogiczna do naturalnej triady powszechnego zrodzenia w zrównoważonej substancji.
Wokół trójkąta znajduje się krzyż dzielący krąg na cztery równe części – i w ten sposób symbole religii łączą się ze znakami geometrii; wiara dopełnia naukę, a nauka uznaje wiarę.

Za pomocą tego klucza można zrozumieć uniwersalną symbolikę świata starożytnego i dostrzec jej uderzające analogie z naszymi dogmatami. Rozpozna się wówczas, że boskie objawienie jest trwałe w naturze i w ludzkości. Poczuje się, że chrześcijaństwo wniosło do świątyni powszechnej światło i żar, sprowadzając do niej Ducha miłości – samo Życie Boga.

EPILOG

Dzięki Ci, mój Boże, że wezwałeś mnie do tego podziwu godnego światła! Ty, Najwyższa Inteligencjo i Absolutne Życie tych liczb i sił, które Tobie posłuszne zaludniają nieskończoność niewyczerpaną kreacją! Matematyka dowodzi Ciebie, harmonije Natury Ciebie głoszą, wszystkie formy, mijając, pozdrawiają Cię i wielbią!

Abraham Cię poznał, Hermes Cię odgadł, Pitagoras Cię obliczył, Platon – w każdym śnie swego geniuszu – do Ciebie dążył; lecz tylko jeden wtajemniczony, tylko jeden mędrzec objawił Cię dzieciom ziemi; jeden jedyny mógł o Tobie powiedzieć: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy.” Jemu więc chwała, skoro cała Jego chwała jest Twoja!

Wiesz, Ojcze mój, że ten, kto pisze te słowa, wiele walczył i wiele cierpiał; znosił ubóstwo, potwarz, wygnanie, więzienie, opuszczenie przez tych, których kochał – a przecież nigdy nie był nieszczęśliwy, skoro prawda i sprawiedliwość pozostawały mu pociechą!

Ty sam jesteś święty, o Boże prawych serc i prostych dusz, i Ty wiesz, czy kiedykolwiek mniemałem, iż jestem czysty w Twoich oczach! Jak wszyscy ludzie – byłem igraszką ludzkich namiętności. W końcu je zwyciężyłem – a raczej Ty zwyciężyłeś je we mnie; i dałeś mi na spoczynek głęboki pokój tych, którzy nie mają celu ani ambicji poza Tobą.

Kocham ludzkość, bo ludzie – o ile nie są bezrozumni – nigdy nie są źli inaczej niż przez błąd lub słabość. Ich naturalną skłonnością jest miłować dobro, i właśnie przez tę miłość, daną im jako oparcie we wszystkich próbach, muszą prędzej czy później zostać przyprowadzeni do kultu sprawiedliwości przez umiłowanie prawdy.

Niechaj teraz moje księgi idą, dokąd Twoja Opatrzność je pośle! Jeżeli zawierają słowa Twojej mądrości, będą silniejsze od zapomnienia. Jeśli przeciwnie – mieszczą jedynie błędy, wiem przynajmniej, że mój umiłowanie sprawiedliwości i prawdy je przeżyje – i że nieśmiertelność nie omieszka zachować pragnień i tęsknot mej duszy, którą stworzyłeś nieśmiertelną!

źródło: FOURTH PART – THE GREAT PRACTICAL SECRETS OR THE REALIZATION OF SCIENCE; THE EQUINOX Vol. I, No. 10: Jesień 1913.
CHAPTER I – OF TRANSFORMATION
CHAPTER II – HOW TO PRESERVE AND RENEW YOUTH
CHAPTER III – THE GRAND ARCANUM OF DEATH
CHAPTER IV – ARCANUM ARCANORUM