KSIĘGA II
TAJEMNICE MAGICZNE
ROZDZIAŁ I
TEORIA WOLI
Ludzkie życie i jego niezliczone trudności mają na celu, w porządku wiecznej mądrości, wychowanie woli człowieka.
Godność człowieka polega na czynieniu tego, co chce, oraz na chceniu dobra, w zgodzie z poznaniem prawdy.
Dobro w zgodzie z prawdą jest sprawiedliwością.
Sprawiedliwość jest praktyką rozumu.
Rozum jest dziełem rzeczywistości.
Rzeczywistość jest nauką prawdy.
Prawda jest ideą identyczną z bytem.
Człowiek dochodzi do absolutnej idei bytu dwiema drogami: doświadczeniem i hipotezą.
Hipoteza jest prawdopodobna, gdy wynika z nauki doświadczenia; jest nieprawdopodobna lub absurdalna, gdy przez nie zostaje odrzucona.
Doświadczenie jest nauką, a hipoteza – wiarą.
Prawdziwa nauka koniecznie uznaje wiarę; prawdziwa wiara koniecznie liczy się z nauką.
Pascal bluźnił przeciwko nauce, gdy powiedział, że rozumem człowiek nie może dojść do poznania żadnej prawdy.
W rzeczywistości Pascal umarł szalony.
Ale Voltaire bluźnił nie mniej przeciwko nauce, gdy stwierdził, że każda hipoteza wiary jest absurdem, i przyjął za zasadę rozumu jedynie świadectwo zmysłów.
Co więcej, ostatnim słowem Voltaire’a była ta sprzeczna formuła: „BÓG I WOLNOŚĆ”.
Bóg – to znaczy Najwyższy Pan – wyklucza wszelką ideę wolności, jak rozumiała ją szkoła Voltaire’a.
A Wolność – przez którą rozumie się absolutną niezależność od jakiegokolwiek pana – wyklucza wszelką ideę Boga.
Słowo BÓG wyraża najwyższą personifikację prawa, a co za tym idzie – obowiązku; a jeśli przez słowo WOLNOŚĆ zgodzisz się przyjąć nasze tłumaczenie: PRAWO DO WYKONYWANIA SWOJEGO OBOWIĄZKU, my z kolei przyjmiemy je za nasze motto i powtórzymy bez sprzeczności i bez błędu: „BÓG I WOLNOŚĆ”.
Ponieważ nie ma dla człowieka wolności innej niż ta, która wynika z prawdy i dobra, można powiedzieć, że zdobycie wolności jest wielkim dziełem ludzkiej duszy.
Człowiek, uwalniając się od swoich złych namiętności i ich niewoli, stwarza niejako samego siebie po raz drugi. Natura uczyniła go istotą żyjącą i cierpiącą; on czyni siebie szczęśliwym i nieśmiertelnym; staje się w ten sposób przedstawicielem boskości na ziemi i (względnie) sprawuje jej wszechmoc.
Aksjomaty
AKSJOMAT I
Nic nie opiera się woli człowieka, gdy zna on prawdę i chce dobra.
AKSJOMAT II
Chcieć zła – to chcieć śmierci. Przewrotna wola jest początkiem samobójstwa.
AKSJOMAT III
Chcieć dobra z przemocą – to chcieć zła, bo przemoc rodzi nieład, a nieład rodzi zło.
AKSJOMAT IV
Można, a nawet trzeba, przyjąć zło jako środek do dobra; ale nigdy nie wolno go chcieć ani czynić, inaczej niszczy się jedną ręką to, co buduje się drugą. Dobra wiara nigdy nie usprawiedliwia złych środków; poprawia je, gdy się ich doświadcza, i potępia, gdy się je podejmuje.
AKSJOMAT V
Aby mieć prawo do posiadania na zawsze, trzeba chcieć cierpliwie i długo.
AKSJOMAT VI
Przeżyć życie chcąc tego, czego nigdy nie można na zawsze posiadać, to abdykować z życia i przyjąć wieczność śmierci.
AKSJOMAT VII
Im więcej przeszkód pokonuje wola, tym jest silniejsza. Dlatego Chrystus wychwalał ubóstwo i cierpienie.
AKSJOMAT VIII
Gdy wola oddana jest absurdowi, zostaje potępiona przez wieczny rozum.
AKSJOMAT IX
Wola sprawiedliwego człowieka jest wolą samego Boga i prawem Natury.
AKSJOMAT X
To dzięki woli inteligencja widzi. Jeśli wola jest zdrowa, widzenie jest sprawiedliwe. Bóg rzekł: „Niech stanie się światłość!” i stała się światłość; wola mówi: „Niech świat będzie taki, jak chcę go widzieć!” i inteligencja widzi go tak, jak wola zapragnęła. To jest znaczenie słowa „Niech się stanie”, które potwierdza akty wiary.
AKSJOMAT XI
Tworząc dla siebie upiory, wprowadza się w świat wampiry, które trzeba karmić własną krwią, życiem, inteligencją i rozumem – nigdy ich nie zaspokajając.
AKSJOMAT XII
Potwierdzać i chcieć tego, co powinno być – to tworzyć; potwierdzać i chcieć tego, co nie powinno być – to niszczyć.
AKSJOMAT XIII
Światło jest elektrycznym ogniem oddanym przez Naturę na służbę woli; oświeca tych, którzy potrafią je używać, a pali tych, którzy go nadużywają.
AKSJOMAT XIV
Imperium świata jest imperium światła.
AKSJOMAT XV
Wielkie umysły, których wole są źle zrównoważone, są jak komety – niedoszłe słońca.
AKSJOMAT XVI
Nicnierobienie jest tak samo zgubne jak czynienie zła, lecz jest bardziej tchórzliwe. Najbardziej niewybaczalnym z grzechów śmiertelnych jest inercja.
AKSJOMAT XVII
Cierpieć – to pracować. Wielki ból zniesiony – to postęp dokonany. Ci, którzy wiele cierpią, żyją bardziej niż ci, którzy nie cierpią.
AKSJOMAT XVIII
Dobrowolna śmierć z oddania nie jest samobójstwem; jest apoteozą woli.
AKSJOMAT XIX
Strach jest niczym innym jak bezczynnością woli i dlatego opinia publiczna chłosta tchórzy.
AKSJOMAT XX
Uda ci się nie bać lwa, a lew będzie bał się ciebie. Powiedz cierpieniu: „Chcę, abyś był przyjemnością, więcej niż przyjemnością – szczęściem”.
AKSJOMAT XXI
Łańcuch z żelaza łatwiej zerwać niż łańcuch z kwiatów.
AKSJOMAT XXII
Zanim powiesz, że człowiek jest szczęśliwy lub nieszczęśliwy, sprawdź, co z niego uczynił kierunek jego woli: Tyberiusz codziennie umierał na Capri, podczas gdy Jezus dowiódł swej nieśmiertelności, a nawet boskości, na Kalwarii i na Krzyżu.
KSIĘGA II
TAJEMNICE MAGICZNE
ROZDZIAŁ II
MOC SŁOWA
To słowo stwarza formy; a formy z kolei oddziałują na słowo, aby je zmieniać i dopełniać.
Każde słowo prawdy jest początkiem aktu sprawiedliwości.
Pytają, czy człowiek może być czasem koniecznie zmuszony do zła. Tak – kiedy jego sąd jest fałszywy, a w konsekwencji jego słowo niesprawiedliwe.
Ale odpowiada się za fałszywy sąd tak samo, jak za zły czyn.
To, co fałszuje sąd, to egoizm i jego niesprawiedliwe próżności.
Słowo niesprawiedliwe, nie mogąc urzeczywistnić się przez stworzenie, urzeczywistnia się przez zniszczenie. Musi albo zabić, albo zostać zabite.
Gdyby mogło pozostać bez działania, byłoby największym z nieporządków – trwającym bluźnierstwem przeciwko prawdzie.
Takim jest to „puste słowo”, o którym Chrystus powiedział, że człowiek zda z niego rachunek w Dniu Sądu.
Słowo żartobliwe, dowcip, który rozwesela i daje radość – to nie jest słowo puste.
Piękno słowa jest blaskiem prawdy. Prawdziwe słowo jest zawsze piękne, a piękne słowo jest zawsze prawdziwe.
Dlatego dzieła sztuki są zawsze święte, gdy są piękne.
Cóż mnie obchodzi, że Anakreon śpiewał o Batyllusie, skoro w jego wierszach słyszę nuty tej boskiej harmonii, która jest wiecznym hymnem piękna?
Poezja jest czysta jak Słońce: rozpościera swój welon światła nad błędami ludzkości. Biada temu, kto chciałby zerwać welon, aby ujrzeć rzeczy brzydkie!
Sobór Trydencki postanowił, że wolno osobom mądrym i roztropnym czytać księgi starożytnych, nawet te nieprzyzwoite – ze względu na piękno formy.
Posąg Nerona czy Heliogabala wykonany jak arcydzieło Fidiasza – czyż nie byłby dziełem absolutnie pięknym i absolutnie dobrym?
A czyż nie zasługiwałby na potępienie ten, kto chciałby go zniszczyć dlatego, że przedstawia potwora?
Posągi prawdziwie gorszące to te, które są źle wyrzeźbione, a Wenus z Milo zostałaby zbezczeszczona, gdyby postawić ją obok niektórych Dziewic, które ośmielają się wystawiać w pewnych kościołach.
Zła bardziej urzeczywistnia się w źle napisanych książkach moralnych niż w poezji Katullusa czy w pomysłowych alegoriach Apulejusza.
Nie ma złych książek, poza tymi, które są źle pomyślane i źle wykonane.
Każde słowo piękna jest słowem prawdy. To światło skrystalizowane w mowie.
Ale aby mogło powstać i stać się widoczne nawet najjaśniejsze światło, potrzebny jest cień; a słowo twórcze, by stało się skuteczne, potrzebuje sprzeciwu.
Musi przejść próbę zaprzeczenia, szyderstwa, a następnie – jeszcze bardziej okrutną – próbę obojętności i zapomnienia.
Mistrz powiedział: „Jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, pozostaje samo; ale jeśli obumrze, wydaje obfity plon”.
Afirmacja i negacja muszą się więc połączyć, a z ich związku narodzi się prawda praktyczna, słowo rzeczywiste i postępujące.
To konieczność zmusza robotników, by za kamień węgielny wybrać to, co wcześniej wzgardzili i odrzucili.
Niech więc sprzeciw nigdy nie zniechęca ludzi inicjatywy! Ziemia jest potrzebna pługowi, a ziemia stawia opór, bo jest w pracy rodzenia. Broni się jak wszystkie dziewice; poczyna i rodzi powoli jak wszystkie matki.
Ty zaś, który chcesz zasadzić nową roślinę na polu inteligencji, zrozum i uszanuj skromność i opór ograniczonego doświadczenia i powolnego rozumu.
Kiedy nowe słowo przychodzi na świat, potrzebuje pieluszek i bandaży; geniusz je zrodził, ale to doświadczenie ma je karmić.
Nie lękaj się, że umrze z zaniedbania! Zapomnienie jest dla niego korzystnym czasem odpoczynku, a sprzeciwy pomagają mu wzrastać.
Gdy słońce wybucha w przestrzeni, stwarza światy albo przyciąga je ku sobie. Jedna iskra utrwalonego światła zapowiada wszechświat dla przestrzeni.
Cała magia jest w słowie, a to słowo wypowiedziane kabalistycznie jest silniejsze niż wszystkie moce Nieba, Ziemi i Piekła.
Imieniem Jod-He-Vau-He rozkazuje się Naturze; w imię Adonaj zdobywa się królestwa, a ukryte siły, które tworzą imperium Hermesa, wszystkie są posłuszne temu, kto umie właściwie wymówić niewymawialne imię Agla.
Aby właściwie wymawiać wielkie słowa Kabały, trzeba je wypowiadać z pełną inteligencją, z wolą, której nic nie powstrzymuje, z aktywnością, której nic nie zastrasza.
W magii „powiedzieć” – to „uczynić”; słowo zaczyna się od liter, kończy na czynach.
Nie pragnie się naprawdę czegoś, jeśli nie pragnie się tego całym sercem – aż do zerwania dla tego celu najdroższych przywiązań; i całą siłą – aż do ryzyka utraty zdrowia, majątku i życia.
To poprzez absolutne oddanie wiara dowodzi swej prawdy i konstytuuje samą siebie.
Ale człowiek uzbrojony w taką wiarę będzie zdolny przenosić góry.
Najbardziej zgubnym wrogiem naszych dusz jest bezczynność. Inercja odurza nas i usypia; ale sen inercji to rozkład i śmierć.
Władze duszy ludzkiej są jak fale oceanu. Aby zachowały świeżość, potrzebują soli i goryczy łez; potrzebują wichrów Niebios; potrzebują wstrząsu burzy.
Kiedy zamiast iść drogą postępu chcemy być niesieni – śpimy w objęciach śmierci.
Do nas skierowane są słowa, jakie usłyszał sparaliżowany w Ewangelii: „Weź łoże swoje i chodź!” To my mamy unieść śmierć i zanurzyć ją w życiu.
Rozważ tę wspaniałą i straszną metaforę św. Jana: Piekło to uśpiony ogień. To życie bez działania i bez postępu; to siarka w stagnacji: stagnum ignis et sulphuris.
Życie uśpione jest jak słowo próżne – i z tego właśnie ludzie będą musieli zdać rachunek w Dniu Sądu.
Inteligencja przemawia, a materia się porusza. Nie spocznie, dopóki nie przyjmie formy nadanej jej przez słowo.
Oto słowo chrześcijańskie – jak przez dziewiętnaście wieków zmuszało świat do pracy! Jakie bitwy gigantów! Ile błędów przedstawionych i obalonych! Ile rozczarowanego i rozdrażnionego chrześcijaństwa leży u podstaw protestantyzmu – od XVI do XVIII wieku!
Ludzki egoizm, rozpaczający po swoich klęskach, pobudzał wszystkie swe głupoty po kolei. Przyodziali Zbawiciela świata we wszelkie łachmany i każdą szyderczą purpurę.
Po Jezusie Inkwizytorze wynaleźli Jezusa sans-culotte!
Spróbuj zmierzyć wszystkie łzy i całą krew, która popłynęła; oblicz śmiało, ile jeszcze popłynie, zanim nadejdzie mesjańskie panowanie Boga-Człowieka, który podporządkuje wszystkie namiętności władzom, a wszystkie władze sprawiedliwości.
PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE!
Przez blisko dziewiętnaście stuleci to było wołanie siedmiuset milionów gardeł na całej ziemi, a Izraelici wciąż czekają na Mesjasza! On powiedział, że przyjdzie – i przyjdzie.
Przyszedł, by umrzeć, i obiecał powrócić, by żyć.
NIEBO JEST HARMONIĄ SZLACHETNYCH UCZUĆ.
PIEKŁO JEST KONFLIKTEM TCHÓRZLIWYCH INSTYNKTÓW.
Kiedy ludzkość, dzięki krwawemu i bolesnemu doświadczeniu, naprawdę zrozumie tę podwójną prawdę – wyrzeknie się Piekła egoizmu, aby wejść do Nieba poświęcenia i chrześcijańskiej miłości.
Lira Orfeusza uczyniła dziką Grecję cywilizowaną, a lira Amfiona zbudowała Tajemnicze Teby – bo harmonia jest prawdą. Cała Natura jest harmonią.
Ale Ewangelia nie jest lirą: to księga wiecznych zasad, które powinny i będą regulować wszystkie liry i wszystkie żywe harmonie wszechświata.
Dopóki świat nie zrozumie tych trzech słów: Prawda, Rozum, Sprawiedliwość oraz tych: Obowiązek, Hierarchia, Społeczeństwo – rewolucyjne hasło „Wolność, Równość, Braterstwo” będzie tylko potrójnym kłamstwem.
ROZDZIAŁ III
TAJEMNICZE WPŁYWY
Środkowa droga nie jest możliwa. Każdy człowiek jest albo dobry, albo zły. Obojętni, letni nie są dobrzy; są w konsekwencji źli i są najgorsi ze złych, ponieważ są imbecylami i tchórzami. Walka życia jest jak wojna domowa; ci, którzy pozostają neutralni, zdradzają obie strony jednakowo i rezygnują z prawa bycia zaliczonymi do dzieci ojczyzny.
Wszyscy wdychamy życie innych, i w pewnym sensie wydychamy na nich część własnego istnienia. Dobrzy i inteligentni ludzie są, nieświadomi tego, lekarzami ludzkości; głupi i źli ludzie to publiczni truci. Są osoby, w czyim towarzystwie człowiek odczuwa orzeźwienie.
Spójrz na tę młodą damę z towarzystwa! Gawędzi, śmieje się, ubiera jak wszyscy; cóż więc sprawia, że wszystko w niej jest lepsze i bardziej doskonałe? Nic nie jest bardziej naturalne od jej manier, nic bardziej szczere i szlachetnie wolne niż jej rozmowa. Przy niej wszystko powinno być w spokoju, z wyjątkiem złych uczuć – przy niej są one niemożliwe. Nie szuka serc, lecz przyciąga je do siebie i podnosi. Nie odurza, ona oczarowuje. Cała jej osobowość głosi doskonałość przyjemniejszą niż sama cnota. Jest bardziej wdzięczna niż wdzięk, jej czyny są łatwe i nie do podrobienia, jak piękna muzyka i poezja. To o niej powiedziała pewna urocza kobieta, zbyt przyjazna, by zostać jej rywalką, po balu: „Myślałam, że widzę Biblię szalejącą.”
A teraz spójrz na drugą stronę kartki! Zobacz tę inną kobietę, która udaje najściślejsze nabożeństwo i oburzyłaby się, gdyby usłyszała anioły śpiewające; lecz jej rozmowa jest złośliwa, spojrzenie wyniosłe i pogardliwe; gdy mówi o cnocie, czyni z niegodziwości coś urokliwego. Dla niej Bóg jest zazdrosnym mężem, i uważa za wielką cnotę, że go nie zdradza. Jej maksymy są przygnębiające, jej czyny wynikają bardziej z próżności niż z miłosierdzia, i można by powiedzieć po spotkaniu jej w kościele: „Widziałem diabła w modlitwie.”
Po opuszczeniu pierwszej czujemy w sobie miłość do wszystkiego, co piękne, dobre i szlachetne. Cieszymy się, że mogliśmy do niej powiedzieć wszystkie szlachetne rzeczy, którymi nas natchnęła, i że zostały one przez nią zatwierdzone. Mówimy sobie, że życie jest dobre, skoro Bóg obdarzył je takimi duszami jak jej; jesteśmy pełni odwagi i nadziei. Druga pozostawia cię osłabionym i zdezorientowanym, albo może, co gorsza, pełnym złych zamiarów; sprawia, że zaczynasz wątpić w honor, pobożność i obowiązek; w jej obecności ucieczka od nudy prowadzi jedynie drzwiami ku złym pragnieniom. Mówisz obmowę, by jej dogodzić, poniżasz się, by przypodobać się jej dumie, pozostajesz niezadowolony z niej i z siebie.
Żywe i zdecydowane odczucie tych różnych wpływów jest właściwe duchom dobrze zrównoważonym i delikatnym sumieniom, i to właśnie starzy pisarze ascetyczni nazywali mocą rozróżniania duchów.
„Jesteście strasznymi pocieszycielami” – rzekł Job do swoich rzekomych przyjaciół. W istocie to nikczemni raczej dręczą niż pocieszają. Mają zadziwiający takt do odnajdywania i wybierania najbardziej rozpaczliwych banałów. Płaczesz nad złamanym uczuciem? Jakże jesteś prosty! bawili się tobą, nie kochali cię. Z żalem przyznajesz, że twoje dziecko kuleje; w przyjacielskim tonie radzą, byś zauważył, że jest garbaty. Kaszle i to cię niepokoi? Tkliwie radzą, byś bardzo o nie dbał, być może jest chore na gruźlicę. Twoja żona choruje już długo? Rozchmurz się, umrze z tego!
Nadzieja i praca to przesłanie Nieba do nas przez głos wszystkich dobrych dusz. Rozpaczaj i umieraj, woła do nas Piekło w każdym słowie i ruchu, nawet we wszystkich przyjaznych czynach i pieszczotach niedoskonałych lub zdegenerowanych istot.
Jakakolwiek by nie była reputacja kogokolwiek i jakkolwiek przyjaźń tej osoby by się przejawiała, jeśli po spotkaniu z nią czujesz się gorzej usposobiony i słabszy – jest dla ciebie szkodliwa: unikaj jej.
Nasz podwójny magnetyzm wytwarza w nas dwa rodzaje sympatii. Potrzebujemy na przemian pochłaniać i emitować. Nasze serce kocha kontrasty, i niewiele jest kobiet, które kochały po kolei dwóch mężczyzn geniuszy.
Znajduje się spokój przez ochronę, jaką daje własne zmęczenie podziwem; to prawo równowagi; lecz czasem nawet wzniosłe natury zaskakiwane są kaprysami pospolitości. Człowiek, powiedział abbe Gerbert, jest cieniem Boga w ciele bestii; są w nim przyjaciele anioła i pochlebcy zwierzęcia. Anioł nas przyciąga; ale jeśli nie będziemy czujni, to bestia nas porywa: pociągnie nas nawet zgubnie, gdy chodzi o plugastwa; to znaczy, o zaspokojenia tego życia – żywiciela śmierci, które w języku bestii nazywa się „życiem prawdziwym”. W religii Ewangelia jest pewnym przewodnikiem; nie jest nim w sprawach świeckich, i jest wielu ludzi, którzy gdyby mieli rozstrzygać świecki następstwo po Jezusie Chrystusie, chętniej porozumieliby się z Judaszem Iskariotesem niż z św. Piotrem.
„Podziwiamy prawość” – powiedział Juvenal – „i zostawiamy je, by zamarzło na śmierć.” Gdyby pewien sławny człowiek, na przykład, nie zabiegał skandalicznie o bogactwo, czy ktoś pomyślałby kiedykolwiek o zapisaniu mu spadku dla jego starej muzy (muz)? Kto by mu zostawił spadki?
Cnota ma nasz podziw, nasz portfel jej nic nie zawdzięcza; ta wielka dama jest wystarczająco bogata bez nas. Wolelibyśmy dać na rzecz występku, jest taki biedny!
„Nie lubię żebraków, i daję tylko ubogim, którzy się wstydzą błagać” – powiedział pewnego dnia człowiek dowcipny. „Ale co im dajesz skoro ich nie znasz?” – „Daję im mój podziw i mój szacunek, i nie potrzebuję ich znać, by to uczynić.” „Po co ci więc tyle pieniędzy?” – zapytano innego, „nie masz dzieci ani obowiązków.” – „Mam moich biednych, i nie mogę powstrzymać się od dawaniu im ogromnych sum.” – „Poznaj ich ze mną, może też coś dam.” – „Och! znasz już niektórych z nich, nie mam wątpliwości. Mam siedmiu, którzy kosztują mnie ogromnie, a ósmy kosztuje więcej niż siedmiu pozostałych. Siedmiu to siedem grzechów głównych; ósmy to hazard.”
Inny dialog: – „Daj pan pięć franków, panie, umieram z głodu.” – „Imbecylu! umierasz z głodu, a chcesz, żebym zachęcał cię do tak złej drogi? Umierasz z głodu i masz bezwstyd, by to przyznać. Chcesz uczynić mnie współwinowajcą twojej niezdolności, pomocnikiem twojego samobójstwa. Chcesz nagrodzić nędzę. Za kogo mnie masz? Myślisz, że jestem łobuzem jak ty?…”
I jeszcze inny: – „Przy okazji, stary, mógłbyś pożyczyć mi tysiąc funtów? Chcę uwieść uczciwą kobietę.” – „Ach! to złe, ale przyjacielowi niczego nie odmówię. Proszę bardzo. Gdy ci się uda, możesz mi podać jej adres.” To się nazywa w Anglii, i gdzie indziej, maniery gentlemana.
„Człowiek honoru, który jest bez pracy kradnie, a nie żebrze!” – odpowiedział pewnego dnia Cartouche przechodniowi proszącemu o jałmużnę. Jest to tak samo emfatyczne jak słowo, które tradycja łączy z Cambronne, i być może sławny złodziej i wielki generał obaj naprawdę odpowiedzieli w ten sposób.
To ten sam Cartouche, który z własnej woli i bez proszenia ofiarował kiedyś dwadzieścia tysięcy funtów upadłemu. Trzeba właściwie postępować wobec braci swoich.
Wzajemna pomoc jest prawem natury. Pomagać tym, którzy są do nas podobni, to pomagać sobie. Lecz ponad wzajemną pomocą wyrasta prawo świętsze i większe: jest to pomoc powszechna, to dobroczynność.
Wszyscy podziwiamy i kochamy św. Wincentego a Paulo, ale mamy też ukrytą słabość dla sprytu, obecności ducha i, przede wszystkim, śmiałości Cartouche’a.
Jawni wspólnicy naszych namiętności mogą nas obrzydzać przez upokarzanie; na własne ryzyko i niebezpieczeństwo nasza duma nauczy nas, jak się im oprzeć. Ale co jest dla nas bardziej niebezpieczne niż nasi obłudni i ukryci wspólnicy? Podążają za nami jak żal, oczekują nas jak przepaść, otaczają nas jak zapatrzenie. Tłumaczymy ich, aby wytłumaczyć samych siebie, bronimy ich, by bronić siebie, usprawiedliwiamy ich, by usprawiedliwić siebie, i w końcu im ulegamy, bo musimy, bo nie mamy siły przeciwstawić się naszym skłonnościom, bo brak nam woli, by to uczynić.
Posiedli nas oni, jak mówi Paracelsus, i tam, gdzie zechcą nas poprowadzić, pójdziemy. Są naszymi złymi aniołami. Wiemy to w głębi naszej świadomości; ale znosimy ich, staliśmy się ich sługami, aby i oni stali się naszymi.
Nasze namiętności traktowane czułością i pieścionkiem stały się niewolniczymi paniami; a ci, którzy służą naszym namiętnościom – nasi lokaje, i nasi panowie.
Wydychamy nasze myśli i wdychamy myśli innych odciśnięte w świetle astralnym, które stało się ich elektromagnetyczną atmosferą: i tak towarzystwo złych jest mniej zgubne dla dobrych niż towarzystwo pospolitych, tchórzliwych i letnich istot. Silna antypatia łatwo nas ostrzega i ratuje przed kontaktem z grubymi występkami; nie jest tak w przypadku zamaskowanych występków – występków do pewnego stopnia rozcieńczonych i stających się prawie urokliwymi. Uczciwa kobieta odczuje jedynie wstręt w towarzystwie prostytutki, lecz ma wszelkie powody bać się uwodzeń kokieterii.
Wiadomo, że szaleństwo jest zaraźliwe, lecz szaleni są szczególnie niebezpieczni, gdy są mili i sympatyczni. Wchodzi się powoli w ich krąg myśli, kończy się zrozumieniem ich przesady, uczestniczy się w ich entuzjazmie, przyzwyczaja się do ich zagubionej logiki, kończy się znajdując, że nie są tak szaleni, jak się na początku wydawało. Stąd do uwierzenia, że tylko oni mają rację – jest już tylko krok. Podobają się nam, aprobujemy ich, stajemy się tak szaleni jak oni.
Uczucia są wolne i mogą opierać się na rozumie, lecz sympatie są sprawą fatalizmu i bardzo często nieracjonalne. Zależą od mniej lub bardziej zrównoważonych przyciągań świetlnych magnetyzmów i działają na ludzi tak jak na zwierzęta. Głupio można znaleźć przyjemność w towarzystwie osoby, w której nie ma nic miłego, ponieważ jest się tajemniczo przyciąganym i zdominowanym przez nią. I wystarczy często, że te dziwne sympatie zaczęły się od żywych antypatii; płyny wzajemnie się odpychały na początku, a potem zrównoważyły.
Równoważąca specjalność plastycznego medium każdej osoby jest tym, co Paracelsus nazywa jej ascendantem, i on daje nazwę flagum szczególnemu odblaskowi habitualnych idei każdego w świetle uniwersalnym.
Poznaje się ascendent danej osoby przez wrażliwe wróżenie flagum i przez wytrwałe skierowanie woli. Kieruje się aktywną stronę własnego ascendentu ku biernej stronie ascendentu innego, gdy pragnie się chwycić tego drugiego i go zdominować.
Astralny ascendent został odkryty przez innych magów, którzy dali mu nazwę tourbillon (wir, wirowisko). To, mówią oni, prąd wyspecjalizowanego światła, zawsze reprezentujący ten sam krąg obrazów, a w konsekwencji determinujący i determinowany przez wrażenia. Te wiry istnieją dla ludzi jak dla gwiazd. „Gwiazdy” – mówił Paracelsus – „wydychają swoją świetlistą duszę i przyciągają wzajemnie swoje promieniowanie. Dusza ziemi, więźniarka fatalnych praw grawitacji, wyzwala się przez specjalizację i przechodzi przez instynkt zwierząt, by dotrzeć do rozumu człowieka. Część aktywna tej woli jest niema, ale zachowuje w zapisie sekrety Natury. Część wolna nie może już odczytać tego fatalnego zapisu bez natychmiastowej utraty swej wolności. Nie przechodzi się z niemej i wegetatywnej kontemplacji do wolnej drżącej myśli bez zmiany otoczenia i organów. Stąd bierze się zapomnienie towarzyszące narodzinom i blade reminiscencje naszych słabowitych intuicji, zawsze analogiczne do wizji naszych ekstaz i naszych snów.”
To objawienie wielkiego mistrza medycyny okultystycznej rzuca ostre światło na wszystkie zjawiska somnambulizmu i wróżbiarstwa. Tam także, dla tego kto umie je znaleźć, jest prawdziwy klucz ewokacji i komunikacji z fluidalną duszą ziemi.
Osoby, których niebezpieczny wpływ daje się odczuć jednym tylko dotknięciem, to ci, którzy wchodzą w skład stowarzyszenia fluidalnego, lub którzy dobrowolnie bądź mimowolnie korzystają z prądu astralnego światła, który się zabłąkał. Ci, na przykład, którzy żyją w izolacji, pozbawieni wszelkiej łączności z ludzkością, i którzy na co dzień znajdują się w fluidalnej sympatii z dużą liczbą zwierząt, jak to zwykle bywa u pasterzy, są opanowani przez demona, którego imię jest Legion; oni z kolei panują despotycznie nad fluidalnymi duszami stad, które powierzone są ich opiece: w konsekwencji ich życzliwość lub niechęć sprawia, że ich bydło prosperuje lub umiera; i ten wpływ sympatyczności zwierzęcej może być wywierany przez nich na ludzkich plastycznych medium, które są źle broniące się, z powodu słabej woli lub ograniczonego rozumu.
Tak wyjaśniają się czary, które zwykle czynią pasterze, i jeszcze do niedawna zjawiska z Probostwa Cideville.
Cideville to mała wioska w Normandii, gdzie kilka lat temu wystąpiły zjawiska podobne do tych, które potem zaistniały pod wpływem p. Home’a. M. de Mirville badał je uważnie, a M. Gougenet Desmousseaux przytoczył wszystkie szczegóły w książce, wydanej w 1854 r., zatytułowanej „Mœurs et pratiques des démons”. Najbardziej godne uwagi u tego ostatniego autora jest to, że zdaje się on wyczuwać istnienie medium plastycznego lub ciała fluidalnego. „Z pewnością nie mamy dwóch dusz” – powiedział – „ale być może mamy dwa ciała.” Wszystko, co mówi, zdaje się w rzeczywistości potwierdzać tę hipotezę. Widzieć pasterza, którego fluidalna forma nawiedza Probostwo, i który został zraniony na odległość od ciosów zadanych jego astralnej larwie.
Zapytamy tu panów de Mirville’a i Gougenet Desmousseaux, czy biorą tego pasterza za diabła, i czy diabła takiego, jak oni go pojmują, da się zadrapać lub zranić z daleka. Wówczas, w Normandii, magnetyczne choroby medium były ledwie znane, i nieszczęsny lunatyk, który powinien być pielęgnowany i leczony, został surowo potraktowany, a nawet pobity, nie w swoim fluidalnym ukazaniu się, lecz w swej własnej osobie, przez samego wikarego. To, trzeba przyznać, osobliwy rodzaj egzorcyzmu! Jeśli te gwałty naprawdę miały miejsce, i jeśli można je przypisać duchownemu, którego się uważa, i który może być, o ile wiemy, bardzo dobry i bardzo szanowny, przyznajmy, że tacy pisarze jak panowie de Mirville i Gougenet Desmousseaux czynią się nie małymi jego wspólnikami!
Prawa życia fizycznego są nieubłagane, i w swojej naturze zwierzęcej człowiek rodzi się niewolnikiem fatum; to przez wysiłki przeciw instynktom może zdobyć wolność moralną. Możliwe są dla nas dwie różne egzystencje na ziemi; jedna fatalna, druga wolna. Byt fatalny jest zabawką lub instrumentem siły, której on nie kieruje. Teraz, kiedy instrumenty fatum spotykają się i zderzają, silniejszy łamie lub zabiera słabszego; prawdziwie wyzwolone istoty nie boją się ani czarów, ani tajemniczych wpływów.
Możesz odpowiedzieć, że spotkanie z Kainem może być zgubne dla Abla. Zaiste; ale taka fatum jest korzyścią dla czystego i świętego ofiary, jest jedynie nieszczęściem dla zabójcy.
Tak jak wśród sprawiedliwych istnieje wielka wspólnota cnót i zasług, tak wśród złych istnieje absolutna solidarność fatalnej winy i koniecznego karania. Zbrodnia tkwi w skłonnościach serca. Okoliczności, które prawie zawsze są niezależne od woli, są jedynymi przyczynami ciężkości czynów. Gdyby fatum uczyniło Nerona niewolnikiem, stałby się aktorem lub gladiatorem i nie spaliłby Rzymu: czyż miałoby mu się za to dziękować?
Neron był wspólnikiem całego narodu rzymskiego, i ci, którzy powinni byli go powstrzymać, ponosili pełną odpowiedzialność za szały tego potwora. Seneka, Burrus, Thrasea, Corbulon – ich jest prawdziwa wina tego strasznego panowania; wielcy ludzie, którzy byli albo samolubni, albo nieudolni! Jedyną rzeczą, której umieli, było umierać.
Gdyby jeden z niedźwiedzi z Ogrodu Zoologicznego uciekł i pożarł kilka osób, czy winiono by niedźwiedzia czy jego opiekunów?
Kto wyzwala się z powszechnych błędów ludzkości, jest zmuszony zapłacić okup proporcjonalny do sumy tych błędów: Sokrates płaci za Anytusa, a Jezus musiał cierpieć mękę, której strach odpowiadał całej zdradzie Judasza.
Tak więc, płacąc długi fatum, ciężko zdobyta wolność kupuje panowanie nad światem; do niej należy wiązać i rozwiązywać. Bóg włożył w jej ręce klucze Nieba i Piekła.
Wy, mężczyźni, którzy porzucacie bestie samym sobie, życzycie sobie zostać przez nie pożartymi.
Tłum, niewolnik fatum, może cieszyć się wolnością jedynie przez absolutne posłuszeństwo wobec woli ludzi wolnych; powinien pracować dla tych, którzy za nich odpowiadają.
Ale gdy bestia rządzi bestiami, gdy ślepy prowadzi ślepego, gdy przewodnik podlega fatum tak samo jak masy, czego można się spodziewać? Czymże innym niż najgorsze katastrofy? W tym nie będziemy nigdy rozczarowani.
Przez przyjęcie anarchicznych dogmatów 1789 roku, Ludwik XVI wprowadził państwo na fatalny stok. Od tej chwili wszystkie zbrodnie Rewolucji spadły na niego samego; on jedyny zawiódł w swym obowiązku. Robespierre i Marat tylko uczynili to, co im polecono. Gwardie i Montagnards zabili się wzajemnie w toczącym się fatum, a ich gwałtowne śmierci były tyleż koniecznymi katastrofami; w owym okresie była tylko jedna wielka i godziwa egzekucja, naprawdę święta, naprawdę pokutna: króla. Zasada królewska upadłaby, gdyby ta zbyt słaba cena uciekła. Lecz transakcja między porządkiem a chaosem była niemożliwa. Nie dziedziczy się po zabitych; okrada się ich; i Rewolucja zrehabilitowała Ludwika XVI przez jego zamordowanie. Po tylu ustępstwach, tylu słabościach, tylu niegodnych poniżeniach, ten człowiek, po raz drugi poświęcony przez nieszczęście, mógł przynajmniej powiedzieć, gdy szedł na szafot: „Rewolucja jest potępiona, a ja wciąż jestem królem Francji!”
Być sprawiedliwym to cierpieć za wszystkich tych, którzy sprawiedliwi nie są, ale to jest życie: być złym to cierpieć dla siebie bez zdobywania życia; to oszukiwać się, czynić zło i zdobywać wieczną śmierć.
Podsumowując: wpływy fatalne są wpływami śmierci. Wpływy żywe są wpływami życia. W zależności od tego, czy jesteśmy słabsi czy silniejsi w życiu, przyciągamy lub odpychamy czary. Ta okultystyczna siła jest nader realna, ale inteligencja i cnota zawsze znajdą środki, by uniknąć jej obsesji i jej ataków.
ROZDZIAŁ IV
TAJEMNICE PERWERSJI
Równowaga ludzka składa się z dwóch przyciągań: jednego ku śmierci, drugiego ku życiu. Fatalność jest zawrotem głowy, który wciąga nas w przepaść; wolność jest rozumnym wysiłkiem, który unosi nas ponad fatalne przyciągania śmierci. Czym jest grzech śmiertelny? Jest apostazją od naszej własnej wolności; jest porzuceniem siebie prawu inercji. Niesprawiedliwy czyn jest układem z niesprawiedliwością; otóż każda niesprawiedliwość jest abdykacją rozumu. Od tego momentu upadamy pod panowanie siły, której reakcje zawsze miażdżą wszystko, co jest niezrównoważone.
Miłość zła i formalne przyzwolenie woli na niesprawiedliwość są ostatnimi wysiłkami dogasającej woli. Człowiek, cokolwiek by uczynił, jest czymś więcej niż bydlęciem i nie może poddać się fatalności jak bydlę. Musi wybierać. Musi kochać. Dusza rozpaczająca, która mniema, że kocha śmierć, jest jeszcze bardziej żywa niż dusza bez miłości. Aktywność dla zła może i powinna sprowadzić człowieka z powrotem ku dobru – poprzez odwet i reakcję. Prawdziwe zło, to, dla którego nie ma lekarstwa, to inercja.
Przepaści łaski odpowiadają przepaściom przewrotności. Bóg często uczynił świętymi łotrów, lecz nigdy nie uczynił niczego z letnimi i tchórzliwymi.
Pod groźbą potępienia trzeba pracować, trzeba działać. Natura zresztą o to dba: jeśli nie chcemy iść naprzód z całą naszą odwagą ku życiu, popycha nas z całą swą siłą ku śmierci. Pociąga tych, którzy nie chcą iść.
Człowiek, którego można nazwać wielkim prorokiem pijaków f Edgar Poe, ten wzniosły szaleniec, ten geniusz przejrzystej ekstrawagancji – przedstawił z przerażającą realnością koszmary przewrotności.
„Zabiłem starca, bo miał zez.” „Uczyniłem to, bo nie powinienem był tego uczynić.”
Oto straszna antystrofa wobec credo quia absurdum Tertuliana.
Wyzwać Boga i znieważyć Go – to ostateczny akt wiary. „Umarli Cię, Panie, nie chwalą” – rzekł Psalmista; a można by dodać, jeśli śmieć: „Umarli Cię nie bluźnią.”
„O mój synu!” – powiedział ojciec, pochylając się nad łożem dziecka, które zapadło w letarg po gwałtownym napadzie delirium: – „obelżyj mnie znowu, bij mnie, gryź mnie, będę czuł, że żyjesz, ale nie pozostawaj na zawsze w przerażającej ciszy grobu!”
Wielkie przestępstwo zawsze przychodzi, by zaprotestować przeciw wielkiej letniości. Sto tysięcy dobrych kapłanów, gdyby ich miłość była bardziej czynna, mogłoby zapobiec zbrodni nędznika Vergera. Kościół ma prawo sądzić, potępiać i karać duchownego, który wywołuje zgorszenie; ale nie ma prawa pozostawiać go szaleństwom rozpaczy i pokusom nędzy oraz głodu.
Nic nie jest tak przerażające jak nicość, i gdyby można było kiedykolwiek sformułować jej pojęcie, gdyby można ją było przyjąć, Piekło stałoby się rzeczą pożądaną.
Dlatego sama Natura poszukuje i nakłada ekspiację jako lekarstwo; dlatego kara jest oczyszczeniem, jak tak dobrze zrozumiał wielki katolik, hrabia Józef de Maistre; dlatego kara śmierci jest prawem naturalnym i nigdy nie zniknie z praw ludzkich. Plama morderstwa byłaby nieusuwalna, gdyby Bóg nie uświęcał szubienicy; władza boska, złożona przez społeczeństwo i przywłaszczona przez zbrodniarzy, należałaby do nich bez sporu. Zabójstwo stałoby się wtedy cnotą, gdyby wykonywało odwet oburzonej natury. Zemsta prywatna zaprotestowałaby przeciw nieobecności publicznej ekspiacji, a z odłamków złamanego miecza sprawiedliwości anarchia wykułaby swoje sztylety.
„Gdyby Bóg zlikwidował Piekło, ludzie uczyniliby inne, aby Mu się sprzeciwić” – powiedział nam pewnego dnia dobry kapłan. Miał rację: i dlatego właśnie Piekło tak pragnie być zniesione. Emancypacja! – to krzyk każdego występku. Emancypacja morderstwa przez zniesienie kary śmierci; emancypacja prostytucji i dzieciobójstwa przez zniesienie małżeństwa; emancypacja lenistwa i grabieży przez zniesienie własności… Tak krąży wir przewrotności, aż dociera do tej najwyższej i tajemnej formuły: emancypacja śmierci przez zniesienie życia!
To przez zwycięstwa pracy ucieka się od fatalności cierpienia. To, co nazywamy śmiercią, jest jedynie wiecznym rodzeniem Natury. Niestrudzenie pochłania ona i bierze z powrotem do swego łona wszystko, co nie narodziło się z ducha. Materia, sama w sobie bezwładna, może istnieć jedynie dzięki ruchowi wieczystemu, a duch, z natury lotny, może trwać jedynie przez utrwalenie się. Emancypacja od praw fatalności przez wolne przyjęcie ducha ku prawdzie i dobru jest tym, co Ewangelia nazywa narodzeniem duchowym; ponowne wchłonięcie w wieczne łono Natury jest drugą śmiercią.
Istoty nieemancypowane są przyciągane ku tej drugiej śmierci przez fatalną grawitację; jedno ciągnie drugie, jak to Boski Michał Anioł pokazał tak jasno w swym wielkim obrazie Sądu Ostatecznego; kurczowo trzymają się jak tonący, a wolne duchy muszą walczyć energicznie przeciw nim, aby ich lot nie został przez nich powstrzymany, aby nie zostały wciągnięte z powrotem do Piekła.
Ta wojna jest tak stara jak świat; Grecy przedstawiali ją w symbolach Erosa i Anterosa, Hebrajczycy w antagonizmie Kaina i Abla. Jest to wojna Tytanów i Bogów. Dwie armie są wszędzie niewidzialne, zdyscyplinowane i zawsze gotowe do ataku lub kontrataku. Prostoduszni ludzie po obu stronach, zdumieni natychmiastowym i jednomyślnym oporem, jaki napotykają, zaczynają wierzyć w wielkie spiski zręcznie zorganizowane, w ukryte, wszechmocne stowarzyszenia. Eugène Sue wymyśla Rodina; duchowni mówią o iluminatach i masonach; Wroński marzy o swoich bandach mistyków – a nie ma w tym nic prawdziwego i poważnego, prócz koniecznej walki porządku z chaosem, instynktów z rozumem; rezultatem tej walki jest równowaga w postępie, a diabeł zawsze przyczynia się, mimo siebie, do chwały św. Michała.
Miłość cielesna jest najbardziej przewrotną ze wszystkich namiętności fatalnych. Jest anarchistą anarchistów; nie zna ani prawa, ani obowiązku, ani prawdy, ani sprawiedliwości. Kazałaby dziewicy stąpać po trupach jej rodziców. Jest to niepohamowane upojenie; szalona furia. Jest to zawrót głowy fatalności, szukającej nowych ofiar; kanibaliczne upicie Saturna, który chce zostać ojcem, aby mieć więcej dzieci do pożarcia. Zwyciężyć miłość – to zatriumfować nad całą Naturą. Podporządkować ją sprawiedliwości – to zrehabilitować życie, poświęcając je nieśmiertelności; tak więc największymi dziełami objawienia chrześcijańskiego są stworzenie dobrowolnego dziewictwa i uświęcenie małżeństwa.
Dopóki miłość jest jedynie pragnieniem i rozkoszą, jest śmiertelna. Aby uczynić się wieczną, musi stać się ofiarą, bo wtedy staje się mocą i cnotą. To walka Erosa i Anterosa wytwarza równowagę świata.
Wszystko, co nadmiernie pobudza wrażliwość, prowadzi do zepsucia i zbrodni. Łzy domagają się krwi. Z wielkimi emocjami jest jak z mocnym napojem: używać ich stale to nadużywać. Otóż każde nadużycie emocji wypacza zmysł moralny; szuka się ich dla nich samych; poświęca się wszystko, by je dla siebie zdobyć. Kobieta romantyczna łatwo stanie się bohaterką Old Bailey. Może nawet dojść do opłakanej i nieodwracalnej niedorzeczności zabicia samej siebie, by podziwiać siebie i współczuć sobie, widząc, jak umiera!
Nawyki romantyczne prowadzą kobiety do histerii, mężczyzn do melancholii. Manfred, René, Lélia – to typy przewrotności tym głębszej, że bronią swej chorej pychy i czynią z niej poezję swego obłędu. Człowiek pyta siebie z przerażeniem, jaki potwór mógłby się narodzić ze związku Manfreda i Lélii!
Utrata zmysłu moralnego jest prawdziwym obłędem; człowiek, który przede wszystkim nie słucha sprawiedliwości, nie należy już do siebie; chodzi bez światła w nocy swego istnienia; chwieje się jak we śnie, ofiara koszmaru swoich namiętności.
Gwałtowne prądy życia instynktownego i słabe opory woli tworzą antagonizm tak wyraźny, że kabaliści wysunęli hipotezę nadpłodzenia dusz; to znaczy wierzyli w obecność w jednym ciele kilku dusz, które toczą ze sobą spór, a często usiłują je zniszczyć. Bardzo podobnie jak rozbitkowie Meduzy, gdy kłócili się o zbyt małą tratwę, starali się ją zatopić.
Jest pewne, że czyniąc się sługą jakiegokolwiek prądu – instynktów czy nawet idei – wyrzeka się swojej osobowości i staje się niewolnikiem tego wielościowego ducha, którego Ewangelia nazywa legionem. Artyści dobrze to wiedzą. Ich częste ewokacje światła uniwersalnego osłabiają ich. Stają się medium, to znaczy chorymi. Im bardziej sukces wywyższa ich w opinii publicznej, tym bardziej ich osobowość maleje. Stają się kapryśni, zawistni, gniewni. Nie dopuszczają, by jakakolwiek zasługa, nawet w innej dziedzinie, została postawiona obok ich; a stawszy się niesprawiedliwymi, rezygnują nawet z grzeczności. Aby uniknąć tej fatalności, naprawdę wielcy ludzie izolują się od wszelkiego towarzystwa, wiedząc, że to śmierć wolności. Ratują się dumą niepopularności od zanieczyszczenia nikczemnej gawiedzi. Gdyby Balzac był za życia człowiekiem kliki lub partii, nie pozostałby po śmierci wielkim i uniwersalnym geniuszem naszej epoki.
Światło nie oświeca ani rzeczy nieczułych, ani zamkniętych oczu, a przynajmniej oświeca je tylko ku pożytkowi tych, którzy widzą. Słowo z Księgi Rodzaju: „Niech się stanie światłość!” – jest okrzykiem zwycięstwa, którym rozum triumfuje nad ciemnością. To słowo jest wzniosłe w skutku, bo wyraża po prostu największą i najcudowniejszą rzecz na świecie: stworzenie rozumu przez niego samego, kiedy, skupiając swoje moce, równoważąc swe władze, mówi: pragnę unieśmiertelnić się widokiem prawdy wiecznej. Niech się stanie światłość! – i staje się światłość. Światłość, wieczna jak Bóg, rozpoczyna się każdego dnia dla wszystkich oczu, które są otwarte, by ją widzieć. Prawda będzie wiecznie wynalazkiem i dziełem geniuszu; woła: niech się stanie światłość! – i geniusz istnieje, bo światłość istnieje. Geniusz jest nieśmiertelny, ponieważ rozumie, że światłość jest wieczna. Geniusz kontempluje prawdę jako swoje dzieło, ponieważ jest zwycięzcą światłości, a nieśmiertelność jest triumfem światłości, bo będzie nagrodą i koroną geniuszu.
Lecz nie wszystkie duchy widzą słusznie, bo nie wszystkie serca chcą sprawiedliwie. Są dusze, dla których prawdziwe światło zdaje się nie mieć prawa istnieć. Zadowalają się fosforycznymi wizjami, poronionymi światłościami, halucynacjami myśli; i kochając te widma, boją się dnia, który je rozproszy, bo czują, że dzień nie dla ich oczu stworzony pogrążyłby ich z powrotem w głębszą ciemność. Tak to głupcy najpierw się boją, potem oczerniają, znieważają, ścigają i potępiają mędrców. Trzeba im współczuć i przebaczać, bo nie wiedzą, co czynią.
Prawdziwa światłość uspokaja i nasyca duszę; halucynacja przeciwnie – męczy ją i dręczy. Zadowolenia szaleństwa są jak gastronomiczne sny głodnych, które ostrzą ich głód, nigdy go nie zaspokajając. Stąd rodzą się rozdrażnienia i niepokoje, zniechęcenia i rozpacze. – „Życie jest zawsze kłamstwem dla nas” – mówią uczniowie Wertera – „i dlatego chcemy umrzeć!” Biedne dzieci, nie śmierci wam potrzeba, lecz życia. Odkąd jesteście na świecie, umieracie codziennie; czyż z okrutnej przyjemności unicestwienia chcecie żądać lekarstwa na unicestwienie waszej przyjemności? Nie, życie nigdy was nie oszukało – jeszcze nie żyliście. To, co braliście za życie, to tylko halucynacje i sny pierwszego snu śmierci!
Wszyscy wielcy zbrodniarze świadomie się halucynowali; a ci, którzy świadomie się halucynują, mogą fatalnie zostać wielkimi zbrodniarzami. Nasze osobiste światło, wyspecjalizowane, wydobyte, określone przez nasze własne przytłaczające uczucie, jest zalążkiem naszego raju albo naszego piekła. Każdy z nas (w pewnym sensie) poczyna, rodzi i żywi swego dobrego lub złego anioła. Poczęcie prawdy rodzi w nas dobrego geniusza; celowe kłamstwo wysiaduje i wychowuje koszmary i widma. Każdy musi żywić swoje dzieci; a nasze życie zużywa się na rzecz naszych myśli. Szczęśliwi ci, którzy odnajdują nieśmiertelność w dziełach swej duszy! Biada tym, którzy wyniszczają się, by karmić kłamstwo i tuczyć śmierć! bo każdy zbierze plon swojego siewu.
Są istoty niespokojne i udręczone, których wpływ jest niepokojący, a rozmowa zgubna. W ich obecności człowiek czuje się rozdrażniony, a opuszczając ich – rozgniewany; a jednak, przez tajemną przewrotność, szuka ich, aby doświadczyć tego niepokoju i rozkoszować się złymi emocjami, jakie mu dają. Takie osoby cierpią na zaraźliwe choroby ducha przewrotności.
Duch przewrotności ma zawsze za swój tajny motyw pragnienie zniszczenia, a jego ostatecznym celem jest samobójstwo. Morderca Éliábide, wedle własnego wyznania, odczuwał nie tylko dziką potrzebę zabicia krewnych i przyjaciół, lecz nawet pragnął – jak sam powiedział na procesie – rozsadzić glob jak pieczony kasztan. Lacenaire, który spędzał dni na knuciu morderstw, aby mieć środki na spędzanie nocy w haniebnych orgiach lub w podnieceniu hazardem, chełpił się głośno, że żył. Nazywał to życiem i śpiewał hymn do gilotyny, którą nazywał swoją piękną narzeczoną, a świat pełen był imbecyli, którzy podziwiali tego nędznika! Alfred de Musset, zanim zagasił się w pijaństwie, zmarnował jeden z najpiękniejszych talentów swego stulecia w pieśniach zimnej ironii i powszechnego wstrętu. Nieszczęśnik został oczarowany oddechem głęboko przewrotnej kobiety, która po tym, jak go zabiła, przysiadła jak ghul na jego ciele i rozdarła jego całun. Pewnego dnia zapytaliśmy młodego pisarza tej szkoły, co dowodzi jego literatura. Odpowiedział szczerze i prosto: że trzeba rozpaczać i umrzeć. Cóż za apostolstwo i jaka nauka! Ale to są konieczne i regularne wnioski ducha przewrotności: nieustannie dążyć do samobójstwa, oczerniać życie i naturę, codziennie wzywać śmierci, nie mogąc umrzeć. To jest wieczne Piekło, kara Szatana, tego mitologicznego wcielenia ducha przewrotności; prawdziwym tłumaczeniem na francuski greckiego słowa Diabolos, czyli diabeł, jest le pervers – przewrotny.
Oto tajemnica, której rozpustnicy nie podejrzewają: nie można cieszyć się nawet materialnymi przyjemnościami życia inaczej, jak mocą zmysłu moralnego. Rozkosz jest muzyką wewnętrznych harmonii; zmysły są tylko jej instrumentami, instrumentami fałszującymi w zetknięciu z duszą zepsutą. Źli nie mogą niczego czuć, bo niczego nie mogą kochać: aby kochać, trzeba być dobrym. W konsekwencji dla nich wszystko jest puste i zdaje im się, że Natura jest bezpłodna, bo sami są bezpłodni; wątpią we wszystko, bo niczego nie znają; bluźnią wszystkiemu, bo niczego nie smakują; pieszczą, aby poniżać; piją, aby się upić; śpią, aby zapomnieć; budzą się, aby znosić śmiertelną nudę: tak będzie żył, a raczej tak będzie codziennie umierał każdy, kto uwalnia się od wszelkiego prawa i obowiązku, aby uczynić się niewolnikiem swych namiętności. Świat i sama wieczność stają się bezużyteczne dla tego, kto uczynił się bezużytecznym dla świata i dla wieczności.
Nasza wola, działając bezpośrednio na nasze medium plastyczne, to znaczy na tę część życia astralnego, która jest w nas wyspecjalizowana i która służy nam do asymilacji i konfiguracji elementów koniecznych dla naszego istnienia; nasza wola – sprawiedliwa lub niesprawiedliwa, harmonijna lub przewrotna – kształtuje medium na swój obraz i daje mu piękno zgodne z tym, co nas przyciąga. Tak więc potworność moralna rodzi brzydotę fizyczną; albowiem medium astralne, ten wewnętrzny architekt naszego cielesnego gmachu, nieustannie go modyfikuje stosownie do naszych realnych lub urojonych potrzeb. Powiększa brzuch i szczęki żarłocznego, ścieńcza wargi skąpca, czyni spojrzenia kobiet nieczystych bezwstydnymi, a spojrzenia zawistnych i złośliwych – jadowitymi. Gdy egoizm zwyciężył w duszy, spojrzenie staje się zimne, rysy twarde: harmonia form znika, a według absorpcyjnej lub emisyjnej specjalności tego egoizmu, członki wysychają lub obciążają się tłuszczem.
Natura, czyniąc z naszego ciała portret naszej duszy, zapewnia jego podobieństwo na zawsze i niestrudzenie je retuszuje. Wy, piękne kobiety, które nie jesteście dobre, bądźcie pewne, że nie pozostaniecie długo piękne. Piękno jest pożyczką, jaką Natura daje cnocie. Jeśli cnota nie będzie gotowa, gdy przyjdzie termin, wierzycielka bezlitośnie odbierze swój kapitał.
Przewrotność, modyfikując organizm, którego równowagę niszczy, stwarza zarazem fatalność potrzeb, które popychają go ku własnemu zniszczeniu, ku śmierci. Im mniej człowiek przewrotny doznaje rozkoszy, tym bardziej jej pragnie. Wino jest jak woda dla pijaka, złoto topnieje w rękach hazardzisty; Messalina wyczerpuje się, nie będąc syta. Rozkosz, która im umyka, zamienia się dla nich w długie rozdrażnienie i pożądanie. Im bardziej mordercze są ich ekscesy, tym bardziej zdaje im się, że najwyższe szczęście jest już blisko… Jeszcze jeden kielich mocnego trunku, jeszcze jeden spazm, jeszcze jedna gwałtowność zadana Naturze… Ach! nareszcie, oto rozkosz, oto życie… i ich pożądanie, w paroksyzmie swego nienasyconego głodu, gaśnie na zawsze w śmierci.
źródło: THE EQUINOX Vol. I, No. 10: Jesień 1913.