Żądanie, by każda wiadomość z zaświatów uwierzytelniała się wzniosłą mądrością albo zdumiewającym objawieniem, jest – choć związek ten nie od razu rzuca się w oczy – spuścizną po wierze w wieczne piekło. Dopóki zakładano, że niezliczone charaktery i drogi ludzkiego życia rozchodzą się w chwili, którą nazywamy śmiercią, w nagłym rozgałęzieniu, pozostawiającym po jednej stronie brak nadziei, a po drugiej brak wszelkiej skazy, wszyscy wierzący w ów popularny dogmat – albo raczej wszyscy, którzy wyraźnie mu nie zaprzeczali (a była to liczba znacznie większa) – musieli uważać swoich zmarłych za nagle przemienionych przez samo przejście z tego świata, wyniesionych do wzniosłości myśli i zajęć całkowicie niepodobnych do ich charakteru za życia.
Aż do tej chwili człowiek opłakujący zmarłego mógł dość wyraźnie dostrzegać moralne i intelektualne braki żony czy brata, być może nawet zbyt wyraźnie; lecz dopuścić możliwość ich dalszego istnienia oznaczałoby odjąć wszelką nadzieję tej drogiej, a przecież ułomnej istocie, której obraz powracał wciąż wraz z tęsknym westchnieniem: „Ach, gdybym był go bardziej kochał.” Wypadek lub gorączka, które zabrały go z oczu żywych, musiały więc – jak sądzono – obdarzyć go wszelką dobrocią i wszelką mądrością. Tak dawniej przypuszczano, że wybór jest tylko między Niebem a Piekłem; dziś nadal zakłada się, że wybór zachodzi między Niebem a nicością. Dla mnie jedną z najcenniejszych nauk spirytualizmu jest to, że obala on przekonanie, które nie ma innej podstawy niż porzucony, a jednak wciąż niedawny przesąd; przekonanie odrzucane – w swoim praktycznym oddziaływaniu – przez naukę starożytnego Kościoła niemal równie stanowczo, jak przez nowoczesną myśl najbardziej wrogą wszelkim Kościołom. Świat niewidzialny z pewnością musi być równie zróżnicowany jak świat widzialny, a prawdopodobnie znacznie bardziej. Zmiana, którą nazywamy śmiercią, uwalnia człowieka od pewnych niebezpieczeństw i pokus, lecz nie dokonuje żadnej magicznej przemiany; przypuszczać zaś, że ci, którzy przez nią przeszli, jeśli dalej żyją, przestają błądzić, znaczy zapominać o wszystkich lekcjach doświadczenia i wyciągać wnioski bez przesłanek.
Kiedy z drugiej strony zakładamy, że jeśli mają oni coś wartościowego do przekazania, to musi to być coś, co potrafimy od razu zrozumieć, sprzeciwiamy się doświadczeniu i wyciągamy wnioski wbrew dowodom. Żądanie ucznia szkolnego, by wykazano mu intelektualną przewagę wieku nad młodością, jest łagodnym odpowiednikiem tego, czego domagają się ludzie zakładający, że gdyby wiadomości od zmarłych były tym, za co się podają, to dawałyby nam wiedzę, którą moglibyśmy natychmiast zastosować i ocenić. Jeśli większa część tego, co czyni pięćdziesięcioletniego człowieka lepiej przygotowanym do radzenia sobie z problemami życia niż siedemnastoletniego młodzieńca, byłaby czymś zupełnie niemożliwym do przekazania temu drugiemu w sposób dla niego zrozumiały – jeśli wyobrazimy go sobie żądającego na to dowodu – to tym bardziej dotyczy to tego stanu duchowej dojrzałości, który ludzie błędnie nazywają śmiercią.
Że wiadomości, które przychodzą do nas od tych, których nazywamy umarłymi, często rozczarowują brakiem owego smaku indywidualności, przywoływanego przez imiona mające je uwierzytelniać – to w pełni przyznaję; co więcej, bardzo chciałbym to mocno podkreślić każdemu, kto zwraca się ku temu kanałowi komunikacji w nadziei na słowo od swoich bliskich. Chciałbym nawet owo ostrzeżenie rozszerzyć. Ci, którzy opuścili nasze warunki istnienia, kiedy przemawiają do nas naszym językiem, pozostawiają czasem mylne wrażenia; a gdy przekazują informacje lub rady dotyczące spraw doczesnych, wkraczają na obszar, który w pewnym sensie oglądają z daleka. A kiedy mówią nam o własnym doświadczeniu, przekazują informacje, które z konieczności są dla nas niejasne i abstrakcyjne. Niejasne i abstrakcyjne, bez wątpienia, a jednak zarazem nasycone czymś intensywnie osobistym. Z obu stron wydaje się to wymykać możliwości skutecznego przekazu. Ponieważ jednak próbuję raz na zawsze podzielić się swoją wiedzą z tymi, których może ona pocieszyć albo wspomóc, postaram się opowiedzieć wszystko, co da się powiedzieć o tym, co z tych wiadomości zyskałem.
Przyniosły mi one głębokie poczucie zarówno ciągłości naszego istnienia tu i potem, jak też pewnego odwrócenia – w jakimś sensie pozornie z tą ciągłością sprzecznego – pragnień i żalów. Objawienie to ma także swój mroczny aspekt. Dla mnie jego najsmutniejszą częścią jest odkrycie, że ci, którzy nie wierzyli w Boskość na tym świecie, mogą nieść tę niewiarę dalej.
Komunikaty z kimś, kogo nigdy nie znałem za życia ziemskiego i którego nawet imienia nie znam, zmusiły mnie do uznania, że ateizm może przetrwać nasze przejście w niewidzialne, a przynajmniej że gorzka uraza wobec jakiegokolwiek możliwego rozporządcy ziemskiego losu stanowi jedyny ślad czegoś, co można by nazwać wiarą w istnienie Boga. Nie mogę jednak powiedzieć nawet tyle, nie dodając, że do przekazów tej nieznanej istoty przylgnęło wrażenie czegoś przemijającego i chwiejnego, i że kiedy zwracam się ku innym, mówiącym o nieskończonej nadziei, odczuwam znacznie głębszą trwałość uczucia, podobnie jak odczuwałem ją również w ziemskich relacjach. Tu jednak kontrast wydaje się silniejszy. W jakiś sposób, którego nie sposób opisać, siła zaprzeczenia wydaje się osłabiona, choć oczywiście musi ono zyskiwać coś przez sam fakt swego źródła. Inne zaś komunikaty, także pochodzące od osoby, która za życia była niewierząca, otwierają przede mną nowe możliwości ujrzenia Boskości tam. Gdy ów mówca obudził się do tego, co określił jako doświadczenie, „które najlepiej oddaje słowo Niebo”, użył swojej nowej wolności, by zadać najwyższej mądrości – jak się zdaje, po raz pierwszy mu objawionej – pytanie dotyczące nauki. Za życia, przypuszczam (nigdy go nie widziałem), troszczył się głównie o naukę. To właśnie przez ten kanał, jak się zdawało, Najwyższy miał mu się objawić. Żadnych szczegółów owej wiedzy naukowej, którą w ten sposób otrzymał, nie można było przekazać; tylko rezultat w postaci intensywnej radości z tego nauczania, pozostawiający w moim umyśle wrażenie, że umiłowanie prawdy fizycznej może – z pewnych punktów widzenia – być wstępem do umiłowania wszelkiej prawdy, w stopniu dotąd dla mnie niewyobrażalnym. A jednak zarazem błędy tego, co nazywa się życiem nienagannym, zostały mu ukazane z żywością zupełnie obcą, zdawałoby się, umysłowi zajętemu badaniem nauki. „Moje zaniedbania wydają mi się czasem kolosalne.” Nie mogły przesłonić tamtego nauczania, lecz nawet w nowej radości nie mógł o nich zapomnieć.
Nic nie zostało mi przez te wiadomości silniej wbite w pamięć niż trwałość wszystkich prawdziwych ziemskich zainteresowań. „Zainteresowania pogłębiają się, a sympatie rozszerzają.” „Ten świat jest bardziej społeczny, niż się spodziewałem.” Osoba, która napisała to przeze mnie, mówiła o dawnych więzach zachowujących swoją bliskość, o więzach rodzinnych odnowionych i umocnionych, o dawnych znajomościach trafnie nazwanych, dawnych pragnieniach wciąż odczuwanych, dawnych nadziejach wciąż pielęgnowanych. Spotkania w świecie duchów opisywano tak, jak byłyby opisywane na ziemi, z pewnym umiarem najbardziej właściwym tej naturze. „Nie zachwyt – wzrastający pokój” – tak brzmiała odpowiedź na pytanie pozbawione tego umiarkowania w oczekiwaniu. Powiedziano mi, że to, czego najbardziej pragnęli, przychodziło wolniej, niż przedstawiały to sobie nasze ziemskie nadzieje. Wiedziałem, że chodzi o poznanie Boskości, nad nadzieją którego często razem rozmyślaliśmy w dawnych latach. Jestem pewien, że nikt nie mógłby odnaleźć tak odświeżonych dawnych wspomnień i wątpić, że przemawia głos z przeszłości.
Ta ciągłość zainteresowań jest zdumiewająca, ale jeszcze bardziej – moim zdaniem – zadziwiające są przebłyski cudownej zmiany w ocenie rzeczy wielkich i małych. Niejeden raz przypomniano mi ową rabiniczną opowieść wspomnianą przez Renana o rabinie, który po transie podobnym do śmierci powrócił na ziemię, by oświadczyć, że widział „świat odwrócony”. Te słowa niemal powróciły w przypadku człowieka, który próbował opowiedzieć mi o swoim przebudzeniu tam i o sądzie nad jego udziałem w życiu. Nowa miara zdawała się na nowo uporządkowywać wszystkie relacje; akcenty, światło i cień były całkiem inne od tych, które znał na ziemi. Tutaj istniało stałe, wytrwałe dążenie do czynienia dobra, lecz wraz z nowym światłem nagle ujawnił się zalew zaniedbanego obowiązku i słowa „Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść”, choć nie zostały dosłownie użyte, same narzuciły się mojej pamięci. A przecież był to ktoś, kto usłyszał zaproszenie, by wejść do radości swego Pana. „Zaproszenie” – napisał – „nie wyklucza sądu, lecz go dopełnia.” Wejście do tej radości – dodał dalej – obejmuje wejście również do owego smutku. Boski smutek jawi się zresztą jako ten aspekt, pod którym wszystkim duszom dążącym wzwyż po raz pierwszy objawia się ocena ich ziemskiej drogi. Skrzywdzeni zyskują dziwny wpływ nad tymi, którzy ich skrzywdzili, nawet gdy krzywda wydaje się drobna. „Nasza krzywda staje się naszym sterem” – to znaczy, jak rozumiałem ten zwrot, cały kierunek dążenia zostaje wyznaczony przez pragnienie naprawienia zła wyrządzonego na ziemi. Wyjątkowa cierpliwość i litość bywają czasem objawione tam, gdzie tu była krzywda. „Wejdź do smutku twego Pana” wydaje mi się teraz zaproszeniem nie mniej świętym od tego, które pozornie odwraca.
Komunikaty, z których podałem te próbki – zbyt nieliczne być może, by wzbudzić zainteresowanie, a jednak niemal zbyt liczne wobec poczucia ich świętości, które sprawia, że publikacja chwilami wydaje się naruszeniem czegoś intymnego – są, jak mi powiedziano, wynikiem zmiany w relacji między wszechświatem widzialnym a niewidzialnym. Zasłony oddzielające nas od tych, którzy przeszli do Niewidzialnego, uległy pewnemu ścieńczeniu; a w miarę jak proces ten będzie postępował, zmieni się także pogląd na związek tego, co duchowe, z tym, co materialne. Na świat świta nowe objawienie. Czy będzie ono miało taki charakter, by narzucić wiarę także tym, którzy stykają się z nim bez chęci uwierzenia, tego mi nie powiedziano; przypuszczam, że nie. Lecz ci, którzy mówili mi o nim, przypisują mu miejsce związane z historycznym biegiem religii w przeszłości. Widzą w nim wypełnienie słów proroka: „I stanie się potem, że wyleję ducha mego na wszelkie ciało, a synowie wasi i córki wasze prorokować będą… nawet też na sługi i na służebnice wyleję ducha mego w owych dniach.” * To znaczy – o ile rozumiem – że objawienia, które dawniej znamionowały szczyty duchowego wglądu albo moralnej wielkości, zstępują teraz w doliny i spotykają mgliste tęsknoty oraz słabe poszukiwania ludzi nieuczonych, nieznanych i zwyczajnych. „Nie zatrzymałem się dość długo nad bliskim, domowym, swojskim sposobem, w jaki nowe rozdanie ma przyjść do tych, którzy są jeszcze na tym świecie” – powiedział ktoś, kto mówił mi o tym nowym porządku. Wydaje się on dany nam w szczególnym sensie po to, by poszerzyć i pogłębić nasze rozumienie wszystkich ludzkich więzi. Podkreślano, że nasz Pan jest „pierworodnym między wielu braćmi”. O Jego jedności z braćmi mówi się bardziej niż o Jego jedności z Ojcem. Towarzyszy temu cześć i trwoga, gdy wypowiadane jest Jego imię, których nie sposób opisać, ponieważ wyrażają się w samym sposobie zapisywania pewnych słów; ale gdyby ktoś zaczął od wiary, że Chrystus był czymś więcej niż człowiekiem, to – o ile chodzi o moje komunikaty – mógłby z tą wiarą pozostać. Niektóre z nich zdają się jednak przybliżać Boskość tak bardzo do człowieczeństwa, że wszelka wyjątkowa relacja z Boskością wydaje się niemal zatarta.
Wiele z tego, czego mnie nauczono o możliwej bliskości relacji ludzkich, byłoby dla mnie poniekąd nie do przyjęcia, gdyby pochodziło od duchów odzianych w ciało. Nowa osobowość, która – jak mi powiedziano – ma się wyłonić, gdy fragmentaryczne ludzkie duchy odnajdą swe dopełnienie, zdawałaby mi się naruszać poczucie trwałej indywidualności i zacierać samą ideę ja. Lecz gdy nauczyciel przemawiający z Tamtej Strony przywołuje dawne wspomnienia, dodaje do nich określone zdarzenia i okoliczności wcześniej nieznane, a jednak stapiające się z jego obecnym życiem i tworzące jakby część jego duchowego krajobrazu, wówczas czujemy ciągłość życia i nienaruszoną osobowość. Świadomość, że ma ona stać się elementem jakiejś większej Osobowości, nie niepokoi umysłu, który posiada taką rękojmię, że wszystko, co stanowi prawdziwe ja, jest niezniszczalne.
Zainteresowanie wszystkim, co rzuca światło na naszą tajemniczą przyszłość, jest tak wielkie, że nawet słaby promień padający w tamtą stronę wydaje się czasem silniejszym magnesem niż olśniewające światło gdzie indziej. Lecz znaczna część wagi tych wiadomości tkwi w ich odniesieniu do życia obecnego. Nawet to, co w nich rozczarowuje, rzuca – moim zdaniem – zdumiewające światło na rozczarowania naszej komunikacji tutaj. Ci, którzy przesyłają te wiadomości, stale podkreślają trudność wszelkiego porozumienia z nami, jego podatność na zniekształcenie i na nadmierne zabarwienie przez atmosferę, przez którą musi przejść. Często odczuwałem to podkreślanie jako rozczarowujące i daremne; jednak gdy czytam te komunikaty w świetle wielu innych doświadczeń, dostrzegam, że samo przeniesienie tego ostrzeżenia do życia byłoby dla niektórych z nas sposobem uniknięcia jego najgorszych niebezpieczeństw. Gdy ujawnione zostaną tajemnice wszystkich serc, okaże się, jak wierzę, że nasze kontakty w obrębie tej sfery podlegają znacznie bardziej beznadziejnym barierom nieporozumień niż nasze kontakty z tymi, którzy ją opuścili. Jeśli oni mówią obcym językiem, a my musimy odczytywać ich znaczenie z niewłaściwych słów, to i my czynimy to samo – i to bardziej nieświadomie. Największą przeszkodą dla wzajemnego zrozumienia jest założenie, że już się rozumiemy; a gdyby ktoś odwrócił się od badania spirytualizmu z przekonaniem, że to, co brzmiało fałszywie w jego uszach, mogło być prawdziwe na ustach mówiącego – gdyby wyniósł z tego przeświadczenie o ogromnej roli, jaką w całym ludzkim porozumieniu odgrywa zwykła kwestia znaczenia, semantyki, jak trafnie to nazwano – gdyby w każdej kontrowersji zaczął zadawać z większą niż dotąd powagą pytania: Co naprawdę chcesz przez to powiedzieć? Co naprawdę chcę przez to powiedzieć ja? – zyskałby taką nową zdolność pojmowania, tolerancji i współczucia, która nadałaby samemu pojęciu prawdy nowy wymiar.
J. W.
* Joel 2, 28–29.
źródło: ON SPIRIT MESSAGES; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, March 27, 1915.