Prosiłaś mnie, abym spisała dziwny sen, jaki miałam tego lata, kiedy przebywałam z przyjaciółmi w starym wiejskim domu niedaleko Londynu.
Był to niesamowity, stary dwór, który z biegiem czasu wielokrotnie rozbudowywano, dodając kolejne schody i pomieszczenia. Zauważyłam, że w dużej sali, używanej niegdyś jako jadalnia, znajdowała się ogromna ilość dębu – podobnie jak na schodach, które w całości wykonano z czarnego dębu.
Pierwszego wieczoru moją uwagę przyciągnął stary portret olejny wiszący w jadalni. Przedstawiał kawalera z czasów Karola I – człowieka, który musiał być niezwykle przystojny. Obraz umieszczono w starej dębowej ramie. Z płótna spoglądało spokojne oblicze szlachcica, a jego falujące włosy i ciemne oczy zdawały się podążać za tobą po całym pomieszczeniu.
Co próbowały powiedzieć te oczy? Jaka historia kryła się w ich spojrzeniu? Jakże wielka troska malowała się na tej twarzy!
Nikt nie wiedział, kim był ani jak się nazywał. Po prostu „przodkiem”.
Kiedy udałam się na noc do swojego pokoju, było jeszcze wcześnie. Sięgnęłam więc po pierwszą książkę, jaka znalazła się pod ręką, i usiadłam na sofie u stóp łóżka. Naprzeciwko mnie, pomiędzy dwoma długimi oknami, stało wysokie lustro sięgające niemal pod sufit. Zaczęłam czytać.
Książką okazały się „Poezje” Poego, a tom otworzył się na „Kruku” – poemacie, który zawsze wywierał na mnie silne wrażenie i który uważam za arcydzieło. Czytałam znajome wersy raz po raz, a ich duch wydawał mi się bardziej rzeczywisty niż kiedykolwiek.
Podniosłam wzrok. Pokój zdawał się doskonale odpowiadać nastrojowi utworu. Był wielki, ciemny i ciężki, wyłożony bordowym kretonem. Tkanina zwisała z paneli w głębokich fałdach. Światło jednej samotnej świecy nie tyle rozpraszało mrok, ile czyniło go jeszcze głębszym, zamiast rozświetlać ciemność.
Odrzuciłam książkę, próbując uwolnić się od wrażenia wywołanego słowem „Nevermore” – „Nigdy więcej”. Co się ze mną działo? Zostałam zahipnotyzowana?
Tego wieczoru grałam przecież w salonie na tym właśnie fortepianie. Jakie dziwne wrażenie ogarnęło mnie przy klawiszach! Czy moja twarz rzeczywiście była aż tak blada, czy może stare lustro zniekształcało odbicie?
Z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej senna.
Cóż to był za odgłos? Z pewnością coś się poruszyło! Jak? Co?
Wciąż wpatrywałam się w lustro, gdy ujrzałam widok, który zmroził mnie na miejscu. Panel w ścianie powoli odsunął się na zawiasach niczym drzwi, a do pokoju wkroczyła wysoka postać. Powiał ku mnie chłodny przeciąg i zdawało mi się, że minęło trochę czasu, zanim stopniowo rozpoznałam stojącego obok mnie mężczyznę.
Gdzie widziałam wcześniej jego twarz?
Był ubrany osobliwie: w skórzany kaftan płowego koloru, jasny napierśnik i kapelusz jeździecki z piórem. Miał również długi płaszcz. Jego ciemne oczy patrzyły na mnie z tęsknotą, gdy odwróciłam się w jego stronę.
Wreszcie przemówił. Choć wypowiedział tylko jedno słowo, przeszyło ono całe moje ciało:
– Alice.
To było moje imię.
– Alice – powtórzył długim, przeciągłym tonem.
– Tak, mam na imię Alice – odpowiedziałam. – Czego ode mnie chcesz?
– Nie poznajesz mnie? – zapytał. – Czy nigdy wcześniej mnie nie widziałaś?
Wtedy zrozumiałam, kim był: kawalerem z portretu na dole – Nieznajomym.
Drżącymi ustami odpowiedziałam:
– Jesteś Nieznajomym.
– Tak – rzekł. – I czekałem na ciebie bardzo, bardzo długo. Czekałem, aż jakaś Alice przybędzie do tego domu, i oto wreszcie jesteś. Słuchaj! Dawno temu byłem dziedzicem całego tego domu i ziemi, a moją wybranką uczyniłem ciebie, moją Alice. Lecz właśnie wtedy, gdy miała odbyć się ceremonia, która połączyłaby nas na zawsze, moi najwięksi wrogowie – ludzie Cromwella – porwali ją ode mnie siłą. Od tamtej pory nawiedzam ten dom i te ziemie, bezimienny, nieznany, nierozpoznany, czekając na moją Alice, czekając na Alice. A teraz przyszłaś – pierwsza – i pobierzemy się, a klątwa mnie opuści. Oto twoja szata ślubna. Wstań, a założę ją na ciebie. Szybko! Szybko!
Musiałam go posłuchać. Czułam, że nie mam wyboru.
Spod płaszcza wydobył połyskującą suknię z białego atłasu i narzucił ją na moje ramiona. Zapiął ją z przodu diamentową klamrą, a wokół szyi jego zimne palce oplotły sznur pięknych pereł, z którego zwisał szafir i diamentowy wisiorek.
Na głowę włożył mi biały welon, wołając:
– Teraz jesteś gotowa. Za kilka chwil podzielisz ze mną wszystkie te dobra: domy, złoto, klejnoty i ziemię.
Trzymając mnie za rękę, wyprowadził z pokoju i pospiesznie poprowadził przez korytarze, aż weszliśmy do ogromnej sali bankietowej przygotowanej na ucztę i oświetlonej pochodniami zawieszonymi na ścianach.
Czekała tam na nas szlachecka kompania ubrana w dawne stroje, a przed nią stał kapłan w długiej szacie, z księgą w dłoni, gotowy nas połączyć.
Podeszliśmy do niego i rozpoczęła się ceremonia. Gdy padły słowa:
– Kto oddaje tę kobietę?
wysoki, ciemnowłosy i odpychająco wyglądający mężczyzna w zbroi przedarł się przez zgromadzonych. Chwycił mnie za ramię i powiedział:
– Jestem opiekunem tej kobiety i nie oddam jej.
W jednej chwili rozdzielono mnie z moim przystojnym narzeczonym. Choć krzyczałam i próbowałam wyrwać się rycerzowi, jego uścisk był żelazny. Wbrew mojej woli wyciągnął mnie z sali, wprowadził do korytarzy, a następnie sprowadził po kamiennych schodach coraz niżej i niżej, aż znaleźliśmy się w sklepionym przejściu.
Och! Jakież straszliwe przerażenie mną zawładnęło! Dokąd mnie prowadzono? Cóż to takiego, trzymającego pochodnię? Szkielet! A dalej następny! Och, zimne, oślizgłe ściany, zielone i ociekające wilgocią!
Pędziliśmy dalej, aż nagle dotarliśmy do drzwi czy też otworu w murze. Zostałam przez niego wepchnięta i znalazłam się w obecności ośmiu upiornie wyglądających mężczyzn, odzianych całkowicie na szaro, tak że widoczne były jedynie ich oczy.
Było to ogromne sklepienie, zimne i wilgotne. W ściany wmurowano wyszczerzone czaszki i kościste dłonie, jak gdyby szkielety umieszczono w tynku, zanim jeszcze zdążył stwardnieć.
Jeden z ośmiu mężczyzn siedział, a raczej stał za pulpitem na podwyższeniu wyższym od pozostałych. Instynktownie wiedziałam, że był moim sędzią. Obok niego, na pulpicie, siedział czarny kruk.
Do dziś czuję grozę, której doznałam, myśląc, że na zawsze utraciłam światło dnia i swoich przyjaciół. Na samo wspomnienie moje kończyny zdają się drżeć.
– Alice – powiedział sędzia grobowym głosem – co masz do powiedzenia na swoją obronę i jaki rodzaj śmierci wybierasz?
– Obrona? Śmierć! – wyjąkałam. – Nie uczyniłam niczego, czym zasłużyłabym na śmierć.
– Owszem, uczyniłaś – odpowiedział. – I oto twoja zbrodnia. Zazdrościłaś bliźnim ich dóbr; ambicja poniosła cię poza wszelkie granice; próbowałaś pozbyć się wszystkich przyjaciół i wszystkiego, co nie pomagało ci osiągnąć celu. Zazdrościsz tym, którzy posiadają złoto, ziemię i klejnoty, a twoja zbrodnia sprowadziła na ciebie karę! Jaka śmierć będzie twoim udziałem? Spójrz ponad siebie!
Podniosłam wzrok. Nad moją głową wisiał sztylet zawieszony na jednym włosie.
Rozejrzałam się. Jedna z postaci przesunęła na bok fragment podłogi i ujrzałam u swych stóp ciemną rzekę, która gwałtownie płynęła, unosząc od czasu do czasu zwłoki. Niektóre z nich znajdowały się głęboko pod wodą, inne spoglądały ku niebu szklistymi oczami.
Zadrżałam.
Po jednej stronie sklepienia stały dwie trumny: jedna otwarta, druga zamknięta. Z tej drugiej dochodziły głuche uderzenia i słabe jęki.
– Spójrz – powiedział sędzia. – Oto twoja kara: zostać pogrzebaną żywcem i nigdy więcej nie ujrzeć światła dnia.
W tej samej chwili kruk zakrakał:
– Nigdy więcej!
Krzyknęłam i błagałam sędziego o litość. Nie uczyniłam przecież niczego, aby zasłużyć na taki los. Błagałam, by mnie oszczędził, wołając, że jestem zbyt młoda, by umierać, i że życie wciąż jest przede mną.
– Młoda? Zdrowa? – szydził.
Gdy mówił, moja wspaniała suknia ślubna opadła ze mnie i runęła na podłogę. Sznur pereł pękł, a klejnoty rozsypały się w proch.
Welon rozpadł się na strzępy, pozostawiając na mnie jedynie starą szmatę.
Przeszła przeze mnie przemiana. Spojrzałam na ręce: były pomarszczone i zwiędłe. Dotknęłam twarzy i poczułam wystające kości, a skóra była zapadnięta i pobrużdżona.
Siwe pasma włosów opadły mi na ramiona, a zęby chwiały się w ustach, gotowe wypaść.
Byłam stara i siwa!
– Wszystko jest marnością – powiedział sędzia. – Rzeczy ziemskie nie powracają.
Kruk ponownie zakrakał:
– Nigdy więcej!
– Jakim prawem mnie sądzisz? – krzyknęłam.
– Nie ma żadnego życia pozagrobowego – odpowiedział. – Niegodziwi muszą być osądzeni na ziemi, a kara dosięga ich tutaj.
Gdy nadal wołałam:
– Każda śmierć, byle nie ta!
pochwycili mnie za ręce i nogi i wrzucili do otwartej trumny.
Wieko powoli opadło. Wbijano gwoździe. Ostatnimi słowami, jakie usłyszałam, było:
– Nigdy więcej!
To kruk je wypowiadał, podczas gdy odgłos kroków oddalał się w kamiennym korytarzu, pozostawiając mnie samą, zmagającą się, by się uwolnić.
Zmaganie obudziło mnie.
Dzięki Bogu, był to tylko sen! Byłam jednak zimna i zesztywniała, a zarazem tak szczęśliwa, że mogłam położyć się do łóżka i spróbować zapomnieć o tym, co właśnie tak żywo przewinęło się przez mój umysł.
Alice B
źródło:The Dream ‘Raven’; LUCIFER VOL. IV. LONDON, MAY 15TH, 1889. No. 21.