Mediumizm pani Roberts Johnson
Pewien korespondent – absolwent uniwersytetu w dziedzinie muzyki, dobrze znany w mieście Lancashire, w którym mieszka – przesyła nam następującą relację z seansu przeprowadzonego tam przez panią Roberts Johnson we wtorek, 18 stycznia:
Brałem już wcześniej udział w seansach głosu bezpośredniego z udziałem obu amerykańskich mediów, pani Wriedt i pani S. Harris. Nie wdając się w porównania, mogę od razu powiedzieć, że pani Roberts Johnson jest medium, z którego zdolności psychicznych my w Anglii mamy pełne prawo być dumni.
Osobiście nigdy nie potrafiłem zrozumieć tych, którzy sprzeciwiają się seansom odbywającym się w ciemności. Wiemy przecież, że światło dzienne „zamgławia” uczuloną płytę fotograficzną, i fakt ten przyjmujemy bez zastrzeżeń. Jeśli ciemność jest równie niezbędna dla głosu bezpośredniego, powinniśmy przyjąć i ten fakt oraz zaufać naszym mediom.
Dlaczego ciemność jest potrzebna
Pani Johnson próbowała ostatnio eksperymentować przy świetle, jak sądzę z częściowym powodzeniem, ale przekonała się, że takie seanse znacznie bardziej wyczerpują jej siły niż te odbywające się w ciemności. Badacze, którym leży na sercu dobro naszych najlepszych mediów, powinni powstrzymać się od narażania ich na podobnie ciężkie próby i chętnie zgodzić się na warunki wymagane przez naszych przyjaciół ze świata ducha.
Nigdy nie jest łatwo naszym ukochanym przerwać milczenie. Kiedy nadarza się im sposobność, powinniśmy przynajmniej nie utrudniać im zadania, domagając się wpuszczenia światła dziennego do pokoju seansów.
Śpiew okazuje się pomocny, a podczas tego spotkania muzyki było wiele i była bardzo urozmaicona. Wydaje się, że śpiew potrzebny jest nie tyle dla wzniosłego celu podnoszenia naszych dusz, ile dla bardziej przyziemnego zadania wytwarzania fal dźwiękowych, na których głosy mogą się budować. Drgania powietrza stanowią surowy materiał, z którym pracuje duchowa inteligencja.
Na razie łączność jest przerywana, ulotna, trudna do uchwycenia. Moc, psychoplazma – nazwijmy to, jak chcemy – potrzebuje kilku minut, by się zgromadzić, a może zostać zużyta i rozproszona przez jedno tylko zdanie wypowiedziane głosem bezpośrednim.
Przebieg seansu
18 stycznia nasz krąg liczył piętnaście osób, w tym medium, pięć innych kobiet i dziewięciu mężczyzn. Przy doborze uczestników zachowano wielką ostrożność, ponieważ najlżejsze wrogie lub sceptyczne nastawienie ze strony któregokolwiek z obecnych mogłoby prawdopodobnie zniweczyć siłę i zepsuć całe spotkanie.
Mimo to trzynaście spośród piętnastu osób zostało pozdrowionych głosem bezpośrednim, co – zważywszy, że medium było dla wszystkich całkowicie obce – uważam za wynik bardzo dobry.
David Duguid przemawia
Pierwszy głos należał do pana Davida Duguida, który za życia był słynnym medium, a obecnie kieruje seansami pani Johnson.
– Bardzo dobrze wam idzie – zawołał przez tubę, zachęcając nas do dalszych wysiłków muzycznych.
Głos był tak donośny, że niemal przerażający. To on pomagał obecnym – a, jak sam powiedział, zgromadzonym tłumnie – duchowym gościom posługiwać się tubą.
Nie mam wątpliwości, że ci, którzy przemówili, stanowili jedynie niewielką część tych, którzy czekali na tych kilka nadarzających się okazji.
Głos dla pana J.
Po pewnym czasie J. H., daleki krewny pana J., obecnego w kręgu, podał swoje nazwisko.
Niedługo potem pan W., starszy już mężczyzna, został dotknięty tubą i wyraźny męski głos wymówił imię „D.”.
Dla pana W. było to pierwsze słyszalne pozdrowienie z tamtej strony, przekazane przez jego drugiego syna, który zginął tragicznie w Londynie cztery lata wcześniej. Brat mówiącego, również obecny na seansie, zapytał:
– To ty, D.?
– Tak, stary druhu, jestem tutaj – padła pogodna i całkowicie charakterystyczna odpowiedź.
Potem jednak, jak to często się zdarza, sama żarliwość ducha, pragnącego mówić dalej, udaremniła dalszą rozmowę – tuba upadła na podłogę i D. nie przemówił już więcej.
Kobiecy głos pełen radości
Następny głos był kobiecy – wysoki, podekscytowany i wyraźnie przepełniony radością z możliwości tak niezwykłego porozumienia.
Pan J. poczuł chłodny metal tuby na swojej dłoni, a zaraz potem usłyszał pełen emocji głos:
– Ciociu Mary, ciociu Mary, Tomie, jakże się cieszę, że znów mogę do ciebie mówić!
Głos wspomniał potem o innych krewnych i rodzinnych sprawach. Pan J. był widocznie głęboko poruszony tym radosnym i zupełnie nieoczekiwanym spotkaniem.
Rozpoznanie Toma Tyrrella
Jeszcze mocniejszy dowód tożsamości pojawił się kilka minut później, gdy pan Duguid przemówił do pana Toma Tyrrella, dobrze znanego jasnowidza, który zasiadł w naszym kręgu jako uczestnik.
Obaj spotkali się ponad dwadzieścia lat wcześniej w Glasgow, kiedy mediumiczne malarstwo pana Duguida zrobiło na panu Tyrrellu wielkie wrażenie. Duguid nie tylko przypomniał to zdarzenie, wspominając o „obrazach”, lecz zaczął też snuć wspomnienia:
– Ty tam byłeś, a pan R. na podium także.
Pan Tyrrell, który jest uosobieniem uczciwości, zapewnił nas później, że wszystkie te stwierdzenia były całkowicie trafne.
Duguid zakończył tę pamiętną rozmowę pochwałą jasnowidczych zdolności swego przyjaciela i zasugerował, że w przyszłości rozwiną się one jeszcze bardziej.
Kolejne głosy i przesłania
Następnym, któremu udzielono głosu, był pan B.
– William Henry B. – ogłoszono donośnie przez tubę.
Wkrótce pan B. i jego wuj – bo to właśnie on przemawiał – byli już pochłonięci żywą rozmową, w której pojawiały się odniesienia do spraw zawodowych oraz do innych krewnych i znajomych.
Mnie samego tuba dotknęła dwukrotnie. Pierwszym odwiedzającym był duchowy brat, który przeżył na tym świecie zaledwie pół godziny. Dorósł jednak po tamtej stronie i powiedział mi, że przebywa teraz w muzycznej sferze, skąd pomaga mi również w mojej pracy.
Drugi rozmówca podał nazwisko zupełnie mi nieznane. Widząc moje zakłopotanie, pan Duguid wtrącił się z wyjaśnieniem:
– To jeszcze jeden z twoich muzycznych przewodników, który żył w G.
Potem otrzymałem szczególne słowa zachęty, za które jestem naprawdę wdzięczny temu nowo odnalezionemu przyjacielowi.
Wiadomości dla pani H.
Zanim seans dobiegł końca, pani H. otrzymała jeszcze dwa pozdrowienia – od męża i od syna.
Ten drugi odszedł jeszcze przed ukończeniem drugiego roku życia, ale, podobnie jak mój brat, osiągnął po tamtej stronie pełnię dojrzałości. Mąż powiedział:
– Nie martw się o mnie tak bardzo. Wszystko ze mną dobrze.
Następnie przesuwając tubę w stronę zamężnej córki pani H., która także należała do uczestników, głos dodał:
– Tobą również się opiekuję, i dziećmi także.
Była to dokładnie taka czuła wiadomość, jakiej ojciec udzieliłby córce. Sceptyk oczywiście powie, że nie zawierała dowodu tożsamości. A jednak przyniosła odbiorczyni więcej pociechy niż jakakolwiek liczba sztucznie wymyślonych testów.
Dwie inne panie, pan C., pan K. oraz pan R. W. również otrzymali podczas seansu pozdrowienia od duchów.
Wrażenia końcowe
Gdybym miał streścić własne wrażenia, powiedziałbym, że był to wieczór, który na długo pozostanie w pamięci. Jednym z najciekawszych jego elementów było znakomite jasnowidzenie, życzliwie ofiarowane przez pana Tyrrella na zakończenie. Miał on wiadomość niemal dla każdego z obecnych, a samej pani Roberts Johnson przekazał około pół tuzina opisów jej zmarłych przyjaciół, których zdołała rozpoznać.
W obecności tak potężnych mediów uświadamiamy sobie, jak cienka jest w istocie zasłona oddzielająca nas od naszych ukochanych bezcielesnych zmarłych.
Świadectwo, jakie niosą ich zdolności mediumiczne, powinno w zupełności wystarczyć wszystkim inteligentnym kobietom i mężczyznom – z wyjątkiem, rzecz jasna, tych, których umysły zostały już wypaczone przez z góry przyjęte błędy, teologiczne skrzywienia lub uprzedzenia.
Łączność ze „zmarłymi” jest faktem równie możliwym do wykazania jak telefonia bezprzewodowa. „Halucynacja zbiorowa”, „podświadoma cerebracja” – czymże są te określenia, jeśli nie jedynie frazesami, zniekształceniami faktu, wymyślonymi po to, by na jakiś czas zaciemnić ostateczny triumf głównej prawdy?
Życie trwa nieprzerwanie, śmierć jest jedynie epizodem. I zdaje się, że szybko zbliża się chwila, gdy ten wielki zabobon – lęk przed śmiercią – na zawsze przestanie trzymać w tyranii oświecone umysły ludzi.
Dzięki boskim, lecz naturalnym prawom, działającym poprzez te ludzkie narzędzia, dusze osierocone na ziemi mogą znów zaznać:
dotyku dłoni, która zniknęła,
i dźwięku głosu, który wciąż trwa.
A przecież istnieją życzliwi mizantropi tak samo, jak istnieją bezlitośni filantropi. – G.
źródło: A Direct Voice Seance. The Mediumship of Mrs. Roberts Johnson; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, February 12, 1916.