Jedno z główniejszych zadań psychiki bezwątpienia jest wyjaśnienie kwestji, o ile treść tak zwanych „komunikacji” może być odbiciem naszych własnych, chociaż bezwiedomych myśli, i o ile dopuścić w nich by się dało udział siły rozumnej, obcej uczestnikom seansu. Przytoczony tu wypadek z praktyki mediumicznej jednego z naszych dobrych znajomych, ze słów jego określony, może, jak się spodziewamy, posłużyć jako rzeczowy materjał ku wyjaśnieniu ciekawej tej kwestji.
Pan Apollon T-ski (nazwisko naszego znajomego) gorliwy spirytysta, od lat wielu praktycznie zajmujący się tą kwestją, do której się z wielką odnosi powagą, jak do kwestji dotyczącej najdroższych spraw serca ludzkiego, jest podobno sam medium, — przynajmniej, parę wypadków, jakie niedawno, prawie w naszych oczach doświadczył, daje prawo do podobnego przypuszczenia. Otóż, dwa tygodnie temu, w sobotę wieczorem, będąc na seansie w pewnem znajomem towarzystwie, otrzymuje on następujący komunikat: „Przed obrazem w tym pokoju zgasła lampka”. Komunikat ów otrzymaną została całkiem niespodzianie, wówczas, gdy była rozmowa całkiem o innym przedmiocie i tem bardziej zdziwiło p. Apollona, że ani on, ani też ktobądź z obecnych o niczem podobnem nie myślał. Dla objaśnienia tego wypadku niezbędnem zaznaczyć, że obraz, o którym się tu mówi, dany był błogosławieństwem przez matkę naszemu znajomemu i przed nim w wigilią każdego święta zapalano światło, które się całą dobę i dłużej, co wedle zwyczaju i tym razem miało miejsce, był to bowiem wieczór z soboty na niedzielę. Wkrótce towarzystwo zapomniało o tym wypadku i seans się w dalszym odbywał ciągu. Wróciwszy do domu, pierwsze co padło w oczy p. Apollona, gdy wszedł do swego pokoju o godzinie 12-ej w nocy, to zupełna ciemność; panująca w pokoju, który nawykł był widzieć w tę porę oświetlonym mglistym płomykiem lampki. Obejrzawszy ją, spostrzegł, że wszystko jest w porządku, oliwy ilość dostateczna, okna i drzwi zamknięte, tak że żadnej widocznej przyczyny wywołania podobnego wypadku wynaleźć nie było podobna. Naturalnie, lampka mogła zgasnąć całkiem w sposób zwyczajny, z przyczyny niewiadomej, lecz zupełnie naturalnej i nie niepojętego ani tajemniczego w fakcie tym prawdopodobnie nie było; niepojętem i dziwnem tylko było całkiem niespodziane zakomunikowanie tej błahej okoliczności, która żadnemu z uczestników nie mogła przyjść do głowy.
„Wypadek” naturalnie powiedzą sceptycy, nieobznajomieni z uderzającą mnogością podobnych niewytłomaczonych zdarzeń, jakie nam podaje historja mediumizmu, i my z nimi naturalnie sprzeczać się nie będziemy.
Drugim powodem każącym się domyślać dużej w mym znajomym dozie mediumicznej siły, to niewytłómaczone stuki i nieoczekiwane samodzielne przenoszenie się rozmaitych przedmiotów, które czasami się zdarzają w jego obecności. Tak niedawno jeszcze, miał miejsce wypadek następujący:
W pokoju Apollona siedziała pewna nasza wspólna znajoma pani E. J. mieszkanka tego lokalu, on zaś stojąc prowadził z nią rozmowę w odległości kilku kroków od biurka, stojącego po stronie przeciwnej od miejsca, gdzie siedziała pani E. J. Naraz, w jej oczach, metalowa, dość ciężka profitka z lichtarza stojącego na biurku sama kilka razy uniosła się w górę na 3 do 4 cali i opadła najzupełniej widocznie (rzecz się działa w dzień przy zupełnem słonecznem świetle), wydając przy tym bardzo wyraźny metaliczny dźwięk, wskutek czego pan Apollon się obejrzał. Zjawisko to było tak realne i jednocześnie tak niewytłómaczone przez jakąbądź widoczną przyczynę, że sprawiło to na E. J. całkiem nieobznaną z podobnie zwykłemi faktami mediumizmu, bardzo silne wrażenie, rezultatem którego było to, że dotychczas nawet nieodważa się spać w swoim pokoju bez światła. Wszystko to nie są fakty pojedyncze i nie tak znów nadzwyczajne w mediumicznej praktyce pana Apollona; aleśmy za daleko odeszli od przedmiotu naszego opowiadania, to jest od zakomunikowania tego wypadku, kiedy drogą mediumiczną wskazane mu były okoliczności, całkiem mu nieznane, a tem niemniej następnie urzeczywistnione.
Oto tak było:
Na początku siódmego dziesiątka lat b. stulecia, pan Apollon mieszkał w Żytomierzu gub. Wołyńskiej i podówczas już bardzo gorliwie się zajmował spirytyzmem. Na jednym ze swoich seansów w ścisłem kółku rodzinnem, otrzymał on następującą całkiem nieoczekiwaną i nader dziwną komunikację ze strony niewidzialnego działacza, od którego najczęściej dostawało się komunikaty:
„Apollonie, za twą gorliwość w sprawie spirytyzmu i wytrwałość, pragnę cię wynagrodzić materjalnie. Jedź na Ukrainę, do wsi P. o wiorst 15 od Kijowa położonej a należącej do pana Ch. O trzy wiorsty od sadyby właściciela wsi tej, w lesie przy drodze, napotkasz stary krzyż, a obok niego, starą zasypaną studnię. Od tej studni w kierunku na północ przejdź kilka kroków (powiedzianem było ile) a znajdziesz zeschłą połamaną gałąź gruszkową, — od tej gałęzi zwróć się tyle to (powiedzianem było ile) kroków na prawo i każ kopać w tem miejscu. Na głębokość trzech łokci natrafisz na duży kamień, pod nim zaś na 1 i pół łokcia głębokości, znajdziesz skarb: trzydzieści tysięcy dukatów, zakopany tam przez murzę tatarskiego Achmeda Kulmę w XVI wieku, podczas tatarskich napadów”.
Nie ręczę czy dokładnie ze słów pana Apollona przytoczyłem ten dziwny komunikat, ogólny sens jednak był właśnie taki. Ów nieoczekiwany i dziwny komunikat niewolił mego dobrego znajomego, najprzód głęboko nad tem pomyśleć; zastanowiwszy się jednak, że komunikat pochodził od osoby wiarygodnej (zmarłego bliskiego krewnego pana Apollona, człowieka nader poważnego, wcale nie zdolnego do mistyfikacji), postanowił postąpić wedle danego sobie przezeń zlecenia. Nazajutrz więc do obywatela Ch. (całkiem sobie nieznanego, o istnieniu którego po raz pierwszy się dowiedział z komunikatu) wyprawiona została telegraficzna depesza z zawiadomieniem, że gość ma niedługo u siebie w pewnym interesie prosi, dla czego proszonym jest by w oczekiwaniu ich nie wyjeżdżał z domu. Niedługo się namyślając, w ślad za telegramem poleciał pocztą i sam p. Apollon, przejęty słodką nadzieją zbogacenia się; następnego dnia stanął w tejże samej wsi o 15 wiorst od Kijowa, która była wskazaną w komunikacie. Teraz już żadnych nie może być wątpliwości. Czekała jednak pana Apollona drażliwa sprawa wytłomaczenia obywatelowi Ch. celu tak nieoczekiwanej wizyty. Udało się wszelako wytłomaczyć mu o co rzecz idzie, co go naturalnie w ogromne wprawiło zdziwienie. Najprawdopodobniej spokojny hreczkosiej mało obeznany ze spirytyzmem, a być może niepodejrzewający nawet istnienia żadnego izmu, zatrzymał się na dwóch przypuszczeniach, że ma przed sobą zręcznego intrygenta, mającego zamiar jakieś urządzić podejście, lub też, że ma do czynienia z największym uciekinierem z domu warjatów! Bądź co bądź, rzecz wyglądała na prawdę, tak bowiem studnia jak i krzyż w istocie, bodaj czy się w tych nie znajdowały miejscach, gdzieś w pobliżu właśnie dworskiej sadyby. Korelito więc spróbować, cóż dopiero jeśliby to się okazało prawdą? Przystąpiono tedy do dzieła.
Nazajutrz z rana poprzedzani przez parobka z rydlem nasi panowie we trójkę udali się we wskazanym kierunku. Rzeczywiście o trzy wiorsty od dworskiej sadyby w puszczy leśnej, przy drodze, stał stary, pochyły, czerniejący od czasu krzyż, a obok niego l-trzewami zarosła studnia stara; wszystko tak, jak zapowiedziano w komunikacie. Zdziwienie pana Apollona nie miało granic. Odmierzono w kierunku ku północy wskazaną ilość kroków i istotnie odłamana gałąź gruszkowego drzewa leżała w tem miejscu. Jakaż teraz już może być wątpliwość? Z gorączkową niecierpliwością i zapałem zabrano się po kolei do kopania ziemi we wskazanem miejscu (już i obywatel wobec podobnych dowodów przejął się wiarą), a oto i kamień akurat tam, gdzie powinien był być. Kopią w dalszym ciągu, coraz głębiej i głębiej, wskazana głębokość dawno już osiągnięta, a skarbów jak nie widać tak nie widać! skopano ziemię na wszystkie boki, skarbu zaś wcale nie znaleziono. Dwa czy trzy dni mordowano się w ten sposób bez najmniejszego skutku. Zawiedziawszy trzy doby u swego nowego znajomego, pan Apollon skonfundowany, chcąc nie chcąc, musiał z niczem wrócić do domu. Rzecz prosta, że przyszedłszy nieco do siebie po tak nieoczekiwanym afroncie, zaraz na pierwszym seansie zapytał „duchów” o przyczynę podobnej mistyfikacji. Odpowiedź dostał następującą:
„Komunikat pochodził od osobnika-ducha niedoskonałego jeszcze, który pragnął zmistyfikować pana Apollona. Celem zaś owej mistyfikacji jest, iż nie należy się przejmować widokami korzyści. Skarbów w miejscowości tej istnieje naprawdę, zakopany przez tegoż samego Tatara, o którym powiedziano w komunikacie, lecz nie we wskazanem miejscu, a nieco w bok”.
Tego rodzaju było wyjaśnienie; zniechęcony wszakże nasz spirytysta, nie miał ochoty po raz drugi próbować szczęścia.
E. P. B.
źródło: Odnajdywanie skarbów drogą mediumiczną; „Dziwy Życia” 1906, nr 107.