Obietnica i Jej Spełnienie

Historia portretu narysowanego przez

pana Franka Leaha
autor: pani Adela Napier

To jest historia portretu narysowanego przez Franka Leaha przedstawiającego mojego teścia, pułkownika Williama Napiera, C.M.G., który odszedł do świata duchowego około piętnastu lat temu.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nigdy nie widziałam mojego teścia za życia, a fotografie, które posiada mój mąż, to jedynie dobre, lecz przypadkowe migawki.

Dwa lata temu mieszkaliśmy w Południowej Rodezji i podczas wizyty u pewnej przyjaciółki, która również była medium (nie rozmawialiśmy wówczas ani o moim teściu, ani o niczym z nim związanym), nagle powiedziała ona:
„Na ścianie wisi portret Ojca (czyli mojego teścia). Mówi, że to wasz obraz i że należy do was”.

Byliśmy zdumieni i odpowiedzieliśmy, że to niemożliwe oraz że, mimo naszego gorącego pragnienia, jest mało prawdopodobne, abyśmy kiedykolwiek mogli wejść w posiadanie jego wizerunku.

Kilka miesięcy później wyjechaliśmy do Kenii, w Afryce Wschodniej. W grudniu ubiegłego roku postanowiłam wrócić do Anglii z moją małą córką na urlop; z powodów zawodowych mój mąż nie mógł mi towarzyszyć.

Początkowo zaplanowałam podróż niemieckim statkiem, jednak wciąż pojawiały się nieprzewidziane okoliczności i ostatecznie byłam zmuszona odwołać rezerwację oraz wykupić bilet na następny statek – liniowiec Union Castle wypływający z Mombasy.

Podczas ostatniego seansu, w którym uczestniczyłam przed opuszczeniem Kenii, zapytałam „przyjaciół”, dlaczego musiałam podróżować właśnie tym statkiem. Otrzymałam odpowiedź:
„Na tym statku spotkasz kobietę (następnie podano opis, który później okazał się niezwykle dokładny), która bardzo ci pomoże i udzieli ci mądrych rad”.

Przepowiednia ta spełniła się w sposób wręcz zdumiewający. Otrzymałam pomoc i rady. Kobieta, którą później poznałam na statku, choć sama nie była spirytystką, bardzo się tym tematem zainteresowała.

Inne pytanie, które zadałam „przyjaciołom” przed wyjazdem, brzmiało:
„Dokąd powinnam chodzić na wykłady, gdy przyjadę do Londynu?”
Odpowiedzieli, że zostanę poprowadzona i wskazane mi będzie właściwe miejsce.

Dwa dni po moim przybyciu do Londynu moja znajoma ze statku odwiedziła mnie w hotelu w towarzystwie młodej przyjaciółki. W trakcie rozmowy, która zeszła na temat spirytualizmu, okazało się, że ta pani zna spirytystkę uczęszczającą na nabożeństwa do Grotrian Hall przy Wigmore Street.

Pani ta, którą nazwę „panią B.”, zasugerowała, abym udała się do Grotrian Hall i spotkała się z sekretarzem tamtejszej Wspólnoty Spirytystycznej. Następnie pani B. zaczęła opowiadać o panu Leah – artyście, o którym słyszała, że rysuje portrety duchów.

Naturalnie byłam bardzo zainteresowana i zdobyłam od niej wszelkie możliwe informacje. Nie wiedząc o tym, pani B. – która nie znała pana Leaha i w rzeczywistości nigdy go nie widziała – zadzwoniła do niego do prywatnej pracowni z prośbą o natychmiastowe spotkanie.

Pan Leah odpowiedział, że jest niezwykle zajęty, lecz wyczuwając wagę sprawy, zgodził się przyjąć ją na kilka minut. Do pracowni wpuściła ją gospodyni. Gdy weszła do środka, pan Leah spojrzał w górę i powiedział:
„A więc przyprowadziła go pani ze sobą”.

Pani B., która nie znała się na tych sprawach i była wręcz nimi przestraszona, zareagowała zaskoczeniem. Zapytała, kogo ma na myśli, a pan Leah dokładnie opisał mojego teścia, który był jej całkowicie nieznany.

Pan Leah dodał, że mężczyzna, którego widzi, nie ma z nią żadnego związku poza tym, że została wybrana na jego eskortę.

Pani B. wróciła do mnie bardzo podekscytowana, a ja zgodziłam się, aby umówiła mnie na seans z panem Leahiem następnego dnia. Zostało to załatwione za pośrednictwem sekretarza Wspólnoty Spirytystycznej.

Następnego dnia, 19 stycznia 1934 roku, po raz pierwszy spotkałam pana Leaha w biurze Wspólnoty Spirytystycznej. Nie zostałam mu formalnie przedstawiona – w rzeczywistości ledwie na mnie spojrzał, gdy podawał mi rękę. Jest człowiekiem o niezwykle szybkich ruchach, zarówno fizycznych, jak i umysłowych, i zniknął w swojej pracowni, zanim zdążyłam się odezwać.

Minutę lub dwie później zawołał sekretarza, prosząc o chusteczki, ponieważ jego nos krwawił bardzo obficie. Krwawienie trwało około piętnastu minut i przemoczyło kilka chusteczek. Pan Leah powiedział, że jego nos nie krwawił od wczesnego dzieciństwa, z wyjątkiem sytuacji na ringu bokserskim.

Wyraziłam swoje współczucie, lecz pan Leah odpowiedział:
„Powinna się pani raczej cieszyć. To zostało spowodowane przez mężczyznę, którego pani chce zobaczyć. Odszedł z powodu wysokiego ciśnienia krwi. Pani o tym nie wie, mimo że jest on bliskim krewnym”.

W tym momencie pan Leah rozpoznał i opisał mężczyznę, którego widział poprzedniego wieczoru z panią B. w swojej pracowni.

Pan Leah zgasił światło i rozpoczęliśmy seans od modlitwy „Ojcze nasz”. Siedział przy małym stoliku przed deską kreślarską z papierem i ołówkiem. Poprosił mnie, abym przysunęła krzesło bliżej, bym mogła obserwować jego ruchy w przytłumionym czerwonym świetle latarki; usiadłam po jego lewej stronie.

Wydarzenia potoczyły się szybko. Mój teść, jak również wielu innych duchowych przyjaciół, ukazali się mu. Pozostałe duchy, w tym jedna z moich babć, zatrzymały się tylko na krótko, natomiast mój teść nie zamierzał odejść. Pan Leah zaczął rysować bardzo szybko. Było to niezwykłe do obserwowania i po dwóch lub trzech minutach z kartki spoglądała na mnie twarz mojego teścia.

Pan Leah wtrącił wówczas, że przyjechałam tu z bardzo daleka – właściwie z gorącego kraju. Co było prawdą.

Następnie pan Leah zobaczył krzyż i poprosił mnie, abym go „umiejscowiła”. Powiedział, że jest to bardzo mały krzyż i że ma dla mnie osobiste znaczenie. Po chwili namysłu uświadomiłam sobie, że nie mam na sobie małego złotego krzyżyka, który zwykle noszę podczas seansów.

Na zakończenie seansu pan Leah poprosił mnie o krytyczną ocenę podobieństwa. Odpowiedziałam, że jest ono naprawdę zdumiewające, choć portret przedstawia mojego teścia jako młodego mężczyznę. Właśnie w takiej postaci ukazał się on podczas tego pierwszego seansu.

Następnego ranka odbył się kolejny seans. Tym razem miałam na sobie mój mały krzyżyk, a mój teść ukazał się takim, jakim był krótko przed odejściem.

Pan Leah zaczął szybko rysować twarz, lecz nagle się zatrzymał i narysował dużą literę „A” w lewym dolnym rogu kartki. Zapytał mnie, czy potrafię wyjaśnić jej znaczenie, po czym natychmiast dodał:
„To dla pani i muszę to zaznaczyć w rogu. To inicjał jednego z pani imion chrześcijańskich. Ma ich pani więcej niż jedno”.

Moje imiona chrzestne to: Adela Violet Nesbitt.

Ukończony portret wykazuje niezwykłe podobieństwo do małej fotografii, którą przywiozłam ze sobą do Anglii. Mój mąż i ja jesteśmy zachwyceni portretem i niezmiernie wdzięczni panu Leahiowi za tak cenny dar. Co więcej, oboje jesteśmy bardzo szczęśliwi, że „obraz na ścianie”, ukazany przez mojego teścia za pośrednictwem naszej przyjaciółki w Południowej Rodezji dwa lata wcześniej, dzięki działalności pana Leaha stał się naszą cenną własnością.

Następnego dnia, w niedzielę 21 stycznia, udałam się do Grotrian Hall. W biurze przebywało kilka zapracowanych osób i pan Leah zaprosił mnie do swojej pracowni.

Opisał mojego męża (który oczywiście przebywał w Kenii) oraz jego główną cechę charakteru, szczególnie w odniesieniu do dopasowania ubrań, na punkcie którego jest bardzo skrupulatny, wręcz drobiazgowy. Następnie pan Leah narysował mojego męża i powiedział mi, że od czasu mojego wyjazdu, tuż przed Bożym Narodzeniem, mój mąż zaczął woskować wąsy.

Natychmiast rozpoznałam rysunek, przedstawiający mojego męża w ujęciu trzy czwarte, jednak w tamtym momencie nic nie wiedziałam o woskowanych wąsach. Później jednak dowiedziałam się od męża, że rzeczywiście zaczął regularnie je woskować; a dla potwierdzenia dowodów przekazanych mi przez pana Leaha w tak pozornie przypadkowy i nieposzukiwany sposób, mój mąż wykonał specjalnie nową fotografię.

źródło: A Promise and Its Fulfilment; Light on Spiritualism and Psychical Research, FRIDAY, April 27, 1934.