Kontakty z okultyzmem
autor: Robert Harborough Sherard
– Owszem, sądzę, że to całkiem możliwe. Dałoby się to zrobić. Ale jakie pieniądze by z tego były? Jakoś żadnych nie widzę.
Tak rzekł do mnie Thomas Edison podczas lunchu 19 sierpnia 1889 roku.
Działo się to na pierwszym poziomie wieży Eiffla, gdzie Edisona podejmowano jako gościa honorowego. Królewski posłaniec z Rzymu właśnie przywiózł mu insygnia Wielkiego Oficera Orderu Korony Włoch, z którymi, jak pompatycznie oznajmił Cavaliere Copello, wiązał się tytuł i godność hrabiego.
– Ale co, jeśli natchnie pana Morgan albo Rothschild? Wtedy mogłyby być z tego pieniądze, hrabio – odparłem i uchyliłem się przed ciosem, który wymierzył w moją stronę swoim kapeluszem typu trilby.
Wyszliśmy z jadalni na długo przed końcem déjeuner. Edison dlatego, że szesnaście uncji dziennie stanowiło całość pożywienia, stałego i płynnego, na jakie kiedykolwiek sobie pozwalał. Zawsze interesował się telepatią, zapytał mnie więc, czy sądzę, że można by skonstruować aparat, który przesyłałby myśli od jednej osoby do drugiej.
Telepatia od zawsze głęboko mnie interesowała, ponieważ jestem na nią podatny w znacznym stopniu; i nie tylko ja, ale również członkowie mojej rodziny. Moja matka, wnuczka Williama Wordswortha, opowiadała nam o licznych przypadkach transmisji myśli, których doświadczyła przy pomocy Biblii; a była to kobieta o liberalnych i szerokich horyzontach, pod koniec życia skłaniająca się ku agnostycyzmowi.
Jej druga córka, moja siostra Emmeline, musiała być niezwykle podatna na fale (czy jakkolwiek by je nazwać) telepatii, czyli transmisji myśli, mam jednak zapisany tylko jeden uderzający tego przykład, gdyż nigdy nie mówiła o sprawach z innego świata i, bez cynizmu, sceptycznie odnosiła się do życia po śmierci. Oto, co jej się przydarzyło przy ladzie w jednym z działów domu towarowego Army and Navy Stores przy Victoria Street. W tamtych czasach pracownicy zwracali szczególną uwagę na zasadę, że żaden zakup nie mógł zostać sfinalizowany, jeśli przy płatności nie okazano karty członkowskiej. Pracownikowi zazwyczaj wystarczało, gdy klient podał numer, który nie zawsze był tym, pod którym zarejestrowano członkostwo. Moja siostra tego dnia zostawiła swoją kartę w domu. Widniał na niej numer złożony z pięciu cyfr, którego nigdy nie zauważyła i nie znała. „Numer poproszę, panienko?” – zapytał sprzedawca, odwracając się od innej damy, która podawała mu swój kwit. Moja siostra, niezmieszana, wyrzuciła z siebie szybko wymyślony, pięciocyfrowy numer członkowski – pierwszy, który przyszedł jej do głowy. „Przepraszam panią” – wtrąciła, nie bez cierpkości, dama stojąca obok – „ale to jest mój numer. Jak pan widzi” – dodała, zwracając się do sprzedawcy – „na tej karcie: należy on do mnie”.
Może się to wydać nieprawdopodobne, lecz jest to fakt autentyczny.
Przypadków mojej własnej podatności jest wiele. Być może najnowszy z nich, zanotowany w mojej ostatniej książce Bernard Shaw, Frank Harris i Oscar Wilde (wyd. Werner Laurie), miał miejsce, gdy w moim umyśle w domu rozbłysło słowo „Katylina”, a lord Alfred Douglas, z którym jadłem lunch w Hove, zapytał mnie, czy urodziłem się w październiku i czy jestem Bityńczykiem, tak jak Oscar Wilde i on sam. Odparłem, że urodziłem się pod znakiem Strzelca. Wyszliśmy, rozmawiając. Douglas przebiegł przez ulicę po wieczorną gazetę i wrócił, tryumfując z powodu wiadomości, że wygrał koń, którego zwycięstwo zapewniało mu wygraną w „dubli”. Przez całe popołudnie nie rozmawialiśmy o wyścigach ani o niczym z nimi związanym. Koń ten wabił się Katylina.
Przypuszczam jednak, że telepatia jest bardzo powszechnym ludzkim doświadczeniem. Podczas pisania tego artykułu zaszedłem do pobliskiego sklepu, by uzupełnić zapas papieru, i wspomniałem właścicielce – nawiasem mówiąc, inteligentnej kobiecie – że właśnie pracuję nad artykułem poruszającym temat transmisji myśli. Powiedziała, że dla niej doświadczanie transmisji myśli w trakcie prowadzenia interesu jest całkiem codzienne. Niedawno do jej sklepu wszedł klient, praktycznie obcy człowiek, i gdy rozmawiali o pogodzie, podeszła do szuflady, wyjęła pudełko stalówek marki Relief i położyła je na ladzie przed dżentelmenem, który nie złożył żadnego zamówienia. „Dziękuję” – powiedział. – „To jest dokładnie to, po co przyszedłem, ale czy wie pani, że o nic nie prosiłem?”. Powiedziała mi, że miała podobne doświadczenie z inną przypadkową klientką, damą, która chciała specjalne pudełko papeterii. Podała je, zanim ta zdążyła o nie poprosić, a którego to pudełka klientka nigdy wcześniej u niej nie kupowała. Innym razem, w okresie Bożego Narodzenia, wyjęła z wystawy konkretną kartkę, podczas gdy klientka przeglądała inne kartki na ladzie, i podała ją jej. Ta zaś rzekła: „To jest właśnie ta kartka, która najbardziej mi się podobała na pani wystawie, ale nie śmiałabym prosić, żeby ją pani dla mnie wyjmowała”.
Jednak przypuszczam, że telepatia jest bardzo powszechnym ludzkim doświadczeniem. Pisząc ten artykuł, odwiedziłem pobliski sklep, by uzupełnić zapas papieru, i wspomniałem sprzedawczyni – bardzo bystrej kobiecie, nawiasem mówiąc – że pracuję właśnie nad artykułem poruszającym temat przekazywania myśli. Powiedziała mi, że dla niej to zupełnie codzienne zjawisko otrzymywać przekazy myślowe podczas prowadzenia interesu. Ostatnio do jej sklepu wszedł klient, który był praktycznie obcym człowiekiem, i podczas rozmowy o pogodzie sprzedawczyni sięgnęła do szuflady, wyjęła pudełko długopisów Relief i położyła je na ladzie przed panem, który nie złożył żadnego zamówienia. „Dziękuję” – powiedział – „właśnie po to przyszedłem do sklepu, ale wie pani, że niczego pani nie powiedziałem?” Sprzedawczyni opowiedziała mi, że miała podobne doświadczenie z inną przypadkową klientką, która chciała specjalne pudełko papeterii; sprzedawczyni podała jej je, zanim ta o nie poprosiła, a klientka nigdy wcześniej nie kupowała takiego produktu w jej sklepie. Innym razem, w okresie świątecznym, wyjęła konkretną kartkę z wystawy, podczas gdy klientka przeglądała inne kartki na ladzie, i podała jej tę właśnie, a pani powiedziała: „To dokładnie ta kartka, która najbardziej podobała mi się na wystawie, ale nie chciałam pani fatygować, żeby ją wyciągała.”
Musiała istnieć silna więź telepatyczna między mną a nieżyjącym już Ernestem Dowsonem, poetą, który zmarł w mojej chacie w Catford w lutym 1900 roku. Pewnego razu w Paryżu, w marchand de vin w dzielnicy Villette, obaj jednocześnie i zupełnie synchronicznie wypowiedzieliśmy słowo „Coupeau”, gdy do baru wszedł młody, schludny robotnik z narzędziami hydraulika przewieszonymi przez szyję, w towarzystwie dwóch zniszczonych staruszków, będących wyraźnie filarami tego assommoir. W tej samej sekundzie Ernest i ja wyobraziliśmy sobie scenę z arcydzieła Zoli.
Jednak najsilniejszy przekaz od niego otrzymałem w ostatnim tygodniu przed jego śmiercią. Zdawało się, że doszedł do siebie po pięciu tygodniach mojej opieki i sądziłem, że mogę bezpiecznie zostawić go pod opieką żony, by wracał do zdrowia, podczas gdy ja wyjechałem pilnie do Paryża. Pożegnałem się z nim i zamierzałem wyruszyć pociągiem z Victoria. Dotarłem na stację Catford z bagażem, by złapać najbliższy pociąg do miasta, by zdążyć na prom z Newhaven do Dieppe. Kupiłem bilet i już szedłem w stronę pociągu, gdy coś na kształt zjawy położyło mi dłoń na twarzy i zaczęło odciągać od wagonu, którego drzwi właśnie miałem otwierać. Uczucie było coraz silniejsze, a gdy się odwróciłem, ręka wydawała się przyciskać moją twarz między łopatki i popychać z powrotem w stronę, z której przyszedłem. Odebrałem to jako ostrzeżenie, wyrzuciłem bilet, zabrałem walizkę i wróciłem pieszo do Sandhurst Gardens, gdzie wtedy mieszkałem. Wyjaśniłem Dowsonowi, że zmieniłem zdanie i wróciłem, żeby z nim zostać. „Myślałem, że tak zrobisz” – odparł. Cztery dni później, bez jakichkolwiek objawów pogorszenia, gdy właśnie wróciłem z miasta, gdzie byłem po czystą koszulę dla niego, usiadłem przy jego łóżku i zapytałem, czy zechce wstać tego ranka. On podniósł się do pozycji siedzącej, zadrżał, zakrztusił się i zmarł.
Ta zjawa – „widmowa ręka” – więcej niż raz interweniowała, by mnie ostrzec lub nakierować. To rzeczywiste fizyczne wrażenie, podobne do uczucia niewidzialnej siły, które odczuwa się idąc pod silny wiatr. Gdy je zlekceważyłem, przyszło mi za to słono zapłacić. Nigdy nie czułem go tak mocno, jak w 1906 roku, kiedy wyciągałem rękę, by nacisnąć klamkę drzwi wspaniałego apartamentu na pierwszym piętrze Hôtel Gallia w Cannes, gdzie zostałem zaproszony, by słuchać melodyjnego głosu pięknej i ogromnie zamożnej kobiety, która później wycofała się ze świata i odpokutowywała w Guildborough Hall przez pięć lat… No cóż, co powiedziała jej starość, gdy cesarzowe kazały mu opowiadać sprawy duszy i boleści? Zignorowałem ostrzeżenie; wszedłem do tego, co wydawało mi się rajem pełnym woni, lecz musiałem się także zmierzyć ze skutkami swojej lekkomyślności – o czym prasa donosiła aż nadto dokładnie.
I znów – pozwolę sobie zacytować fragment własnej książki Twenty Years in Paris („Dwadzieścia lat w Paryżu”), bo nie czuję, bym mógł lepiej opisać to doświadczenie, niż zrobiłem to wtedy. Oto on. (Dygresja o miejscu, gdzie biedny Curie popełnił samobójstwo, została dodana później; tam, gdzie napisałem „impuls”, należy czytać „widmowa ręka”).
„Tydzień później, około siódmej wieczorem, wracałem do domu z wizyty u profesora Richera przy Rue de l’Université. Poszedłem do uczonego, bo chciałem dowiedzieć się od niego czegoś o nowej maszynie latającej, aeroplanie, który wynalazł i z którym niedawno eksperymentował na południu Francji. Miałem głowę pełną cudownych rzeczy, które usłyszałem. Gdy dotarłem do Rue du Bac, moja droga do domu wiodłaby w prawo tą ulicą, potem przez most na Montmartre a
le zamiast tego kontynuowałem spacer Rue de l’Université. Nagle ogarnął mnie impuls, aby pójść pod numer 41 i poprosić o spotkanie z Alphonsem Daudetem. Był to zupełnie nierozsądny pomysł. Było już późno. Sam Daudet podczas naszego ostatniego spotkania dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie powinienem go nachodzić o tej porze. Ale mimo to poszedłem dalej. Dotarłem pod numer 41. Chwyciłem za dzwonek przy drzwiach wejściowych. I wtedy nagle impuls mnie opuścił. Puściłem dzwonek, odwróciłem się i ruszyłem z powrotem, przeszedłem Rue de l’Université, dotarłem do Rue du Bac i wróciłem do domu.
W pobliżu rogu Rue du Bac (właśnie w tym miejscu, gdzie wiele lat później biedny Curie popełnił samobójstwo, rzucając się pod wóz winiarza), zauważyłem godzinę na zegarze w sklepie z winami. Było kilka minut po siódmej. Następnego ranka, czytając w łóżku „Le Figaro”, zobaczyłem wiadomość o śmierci Alphonsa Daudeta. Z tego, co później się dowiedziałem, niemal dokładnie w tej samej chwili, gdy trzymałem rękę na dzwonku do jego drzwi, Daudet upadł martwy przy swoim stole w jadalni.
Między mną a Alphonsem Daudetem, muszę wyjaśnić, panowała silna przyjaźń. Jego syn, Léon Daudet, monarchistyczny publicysta, w jednym z tomów wspomnień z serii „Entre Deux Guerres” pisał o mnie jako o „pewnym Angliku wielkiego talentu i wielkiego serca, którego mój ojciec bardzo polubił i który bardzo przypominał młodego Pierwszego Konsula”.
Napisaliśmy razem książkę „Premier Voyage, Premiers Mensonges” („Pierwsza podróż, pierwsze kłamstwa”), w której opisałem śmierć Daudeta; przetłumaczona z powrotem z mojego angielskiego została wydana z dużym sukcesem jako jedno z dzieł pośmiertnych Daudeta. Istniała między nami prawdziwa więź. Choć czasem nazywał mnie „wielkim wariatem”, określał mnie również jako „wykwintną artystyczną duszę”. Jak wyjaśnić to, że w tych minutach przed jego nagłą śmiercią czułem się nieodparcie przyciągany do jego domu – i nagle, dokładnie w chwili, gdy jego dusza odchodziła, mój impuls zniknął?
A teraz wracając do tajemniczego „hoodoo” (klątwy) dotyczącego jednej z naszych rodzinnych linii: najmłodszy z naszej rodziny, wybitny członek Indyjskiej Służby Cywilnej, zmarł po latach choroby i cierpień, dużo przedwcześnie, w zeszłym roku w Cheltenham. Był głęboko przekonany o zgubnym wpływie tej klątwy i pozostawił po sobie ukończony rękopis. Oto co napisał o tym w swoich wspomnieniach:
„Dobrym przykładem działania tej zgubnej siły jest sukces jego pierwszej książki ‘Al Carthill’, którą ówczesny Sekretarz ds. Indii (Lord Birkenhead) określił jako ‘bardzo głupią’, napisaną przez bardzo głupiego człowieka – choć kilka innych książek, o znacznie mniej jasnym przesłaniu, doczekało się kilku wydań w ciągu miesiąca i wciąż się sprzedaje itd., itd.”
Jest już w swoim dwudziestym wydaniu. „Al Carthill” to arabskie imię, które mój brat przyjął na potrzeby swojej kariery literackiej.
Imię to może oznaczać zarówno „zabójcę”, jak i „ofiarę”. To drugie znaczenie odnosiło się do mojego brata, ponieważ, zachęcony sukcesem swojej pierwszej książki, ujrzał przed sobą otwarte szeroko wrota do wspaniałej kariery literackiej. Gdy tylko osiągnął wiek emerytalny, odrzucił bardzo wysoko płatną propozycję objęcia stanowiska w Sądzie Najwyższym w Bombaju, co niemal zawsze prowadziło do nadania tytułu szlacheckiego, przyjął emeryturę i przyjechał do Anglii, by kontynuować działalność tam, gdzie tak błyskotliwie zadebiutował. Ale klątwa – Hoodoo – działała, i żadna z jego kolejnych, znakomitych książek nie odniosła nawet ułamka sukcesu, na jaki zasługiwała. Pozwolono mu jedynie rzucić okiem na Ziemię Obiecaną, ale nie wolno mu było do niej wejść, jak Mojżeszowi. Przez cały okres pisania towarzyszyły mu poważne kłopoty osobiste; a w ostatnim liście, jaki od niego otrzymałem, pisał, że życie wydaje mu się składać jedynie z rozczarowań. Całą tę ponurość i nędzę – choć mógłby prowadzić szczęśliwe życie, bo miał wspaniałą rodzinę, a z natury był człowiekiem pogodnym i optymistycznym – przypisywał bezpośrednio Hoodoo. Przyczynę tego, że padł ofiarą tych diabelskich machinacji, upatrywał w wydarzeniu sprzed ponad czterystu lat, które przytaczam z dawnych kronik:
„1543. Sir Thomas Curwen, kawaler za czasów Henryka VIII, znakomity łucznik na strzelaniach w Tewelloser; udał się tam ze swoimi ludźmi, by strzelać razem z Henrykiem VIII podczas rozwiązywania zakonów; a król powiedział mu: ‘Curwen, dlaczego żebrzesz na schodach opactw? Chciałbym iść tą samą drogą, oddać czynsz, o którym wspominałem; a potem powiedział, że chętnie oddałby mu jedną z ich ziem na 20 lat’. Król powiedział: ‘Weź ją na zawsze’. I jeszcze raz, ale raczej ponownie zostanie ona odzyskana. Sir Thomas Curwen wysłał pana Prestona, który poślubił jego córkę, do królowej w jego imieniu. I on nawet przejął ją na swoje nazwisko. Gdy jego teść zapytał: ‘Panie Preston, będziesz ją miał tak długo, jak będziesz żył. I myślę, że równie dobrze mogę mieć ją z twoją córką, jak ktokolwiek inny’.”
„Al Carthill”, podobnie jak my wszyscy – bo matka mojej matki, Isabel Curwen z Workington Hall, była bezpośrednią potomkinią Thomasa Curwena, przyjaciela i szkolnego kolegi Henryka VIII – był głęboko przekonany, że wraz z ograbieniem opactw spadła na rodzinę klątwa pecha. Faktycznie często mówił o „rodzinnym pechu”. Uważał, że w jego przypadku przełożył się on na diabelskie działania Hoodoo, przez które cierpiał przez całe życie. Gdy przydarzało mu się coś szczególnie pechowego – lub komukolwiek z nas – zwykł mawiać: „Czego się spodziewasz? Ziemie po opactwach, ziemie po opactwach”.
Kiedyś śmiałem się z niego i udawałem, że to wszystko tylko niedorzeczny zabobon. Jednak w głębi duszy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że działa tu coś niepokojącego, jakby diabelska złośliwość czy Schadenfreude, która wciąż mnie prześladowała. Zdarzało mi się, że przy stole do gry ruletki widziałem, jak padają numery tuż obok tego, na który postawiłem – i to nie raz, lecz setki razy. Miałem też silne przeczucie, że pewien koń wygra wyścig – byłem tego wręcz pewien – i z jakiegoś powodu celowo nie obstawiałem go, a ten koń niezmiennie wygrywał, często po wysokim kursie. Mógłbym podać przykład z Consolation Grand Parade na Derby, a także z Boswellem (20 do 1) i Feat (15 do 1), które przyniosłyby mi 175 funtów, gdybym tylko posłuchał swojej intuicji.
Jeśli chodzi o dziwną impulsywność tego tajemniczego działania, zauważyłem, że ilekroć zacząłem intensywnie myśleć o jakiejś znanej mi osobie, to niemal natychmiast lub w niedługim czasie spotykał ją wielki sukces. Nie wydaje mi się, by moja opinia miała realny wpływ na czyjąś sławę i powodzenie. Pamiętam, jak w gronie adwokatów pojawiło się nazwisko pewnego pana A. M. Smitha. Zaśmiałem się i powiedziałem: „Nigdy o nim nie słyszałem. To nie jest facet, który zajdzie wysoko”. Dwa dni później zobaczyłem, że został mianowany sędzią. Kiedyś zaprosiłem do mojego domu we Francji młodego urzędnika, który zarabiał 15 szylingów tygodniowo w fabryce, na dwutygodniowy urlop. Napisał do mnie list na temat mojej „Biografii Alphonsa Daudeta”, który mnie zainteresował, i opowiadał o własnych literackich ambicjach i marzeniach. Wysłałem mu więc bilet powrotny z Londynu do Paryża i gościłem przez dwa tygodnie. Gdy wyjechał, sądziłem, że nie ma żadnych szans na powodzenie w trudnej karierze pisarskiej, na podstawie wrażenia, jakie na mnie wywarł. Kilka lat później, któregoś dnia rano, przeczytałem, że stał się sławny z dnia na dzień, jak Byron. Dziś jest jednym z najwyżej cenionych aktorów w kraju, występuje w wielu filmach i znany jest ze swoich niezwykłych sukcesów w każdej dziedzinie sztuki, za którą się weźmie. Uważam go za bardzo porządnego człowieka i mam nadzieję, że moja wzmianka o jego talencie w żaden sposób nie wpłynie na bieg wydarzeń.
Jeśli chodzi o resztę – patrząc z perspektywy lat – widzę, jak podstępnie i nieustannie „ziemie po opactwach” wpływały na moje życie. Nigdy nie miałem nawet odrobiny tego, co zwie się „szczęściem”, o ile nie liczyć tego, że kilka lat temu uniknąłem przeznaczonego mi miejsca. Moją największą siłą i pociechą była satysfakcja, jaką czerpał Ajaks, który wzgardził tylko kamieniami, przeciwstawiając się wszystkim siłom, które go atakowały. Nie dbałem o to i szedłem dalej naprzód.
Wracając jednak do tej niezwykłej, tajemniczej siły, którą można nazwać mocą modlitwy i która wydaje się w pewien sposób powiązana z psychicznym odpowiadaniem na wydarzenia ze świata zewnętrznego – miałem kilka bardzo ciekawych doświadczeń na polu okultyzmu.
Pamiętam, jak raz postanowiłem skrócić sobie drogę z dworca w West Grinstead do domku, w którym mieszkałem na skraju drogi do Brighton. Była ciemna noc i po przejściu przez trzy lub cztery pola kompletnie się zgubiłem. Wiedziałem, gdzie znajduje się kościół, częściowo ukryty za wysokimi, ciemnymi cisami przy drodze, przy której stał mój dom. Próbowałem odnaleźć kierunek, używając pudełka zapałek, by oświetlić choćby odległy żywopłot. Miałem przy sobie trzy lub cztery pudełka zapałek i zużyłem cały zapas siarki, próbując rozwiązać problem. Rzeka była zupełnie nieoświetlona. Zaczął padać deszcz i wkrótce znalazłem się po pas w bagnie. Nie widziałem żadnych szans na ratunek poza światłem. Miałem ze sobą małego psa i sądziłem, że jego zwierzęcy instynkt wskaże mu drogę. Odmówił ruszenia się z miejsca i nic takiego się nie wydarzyło. Pies zachował się jednak bardzo zabawnie
drzwi przeniknęły przeze mnie albo ja przez nie, nie napotykając żadnego oporu, co było niezwykłe po przedzieraniu się przez tak gęstą przestrzeń. Znalazłem się na korytarzu, ciemnym, ale rozświetlonym stłumionym światłem, które zdawało się emanować z mojego własnego ciała, i w następnej chwili wszedłem do łazienki. Z przyzwyczajenia próbowałem włączyć światło, szukając znajomego oporu przełącznika, ale nie byłem w stanie go nacisnąć; łazienka była jednak wystarczająco jasna dzięki mojej własnej obecności. Zainteresowało mnie, że humor nie wyparował wraz z moją widmową postacią. Nie pomyślałem o niczym szczególnie zabawnym, ale nastrój miałem wyraźnie radosny, gdy w łazience osiągnąłem maksymalny stan świadomości. Nie bałem się już, raczej czułem ekscytację i niepokój, jak zebrać i wykorzystać dowody na rzeczywistość tego doświadczenia w krótkim czasie, jaki miałem do dyspozycji – czas ten sugerowały rozbłyski i przygasania świadomości, przypominające żarzącą się lampę łukową targaną wiatrem.
Nie przyszło mi do głowy, by przyglądać się sobie zbyt uważnie, bo przecież byłem tam obecny – tak samo, jak teraz, gdy piszę te słowa, nie myślę o analizowaniu własnej osoby. Zauważyłem jednak, że moje dłonie wydawały się bardziej szarawe, co być może było efektem przyćmionego światła, i zobaczyłem w lustrze znajomy zarys siebie w tym samym niechlujnym szlafroku, w którym tamtej pamiętnej nocy poszedłem spać. Moje ruchy były chwiejne i wyglądało na to, że ciało, choć pozornie pod moją kontrolą, zbyt łatwo reaguje na każdą sugestię. Jedna myśl przyciągała tę dziwną, lekką jak piórko powłokę w jedną stronę, inna wypychała ją w przeciwną. Byłem zbyt podekscytowany, by wiedzieć, co robić, i zataczałem się jak pijak, co mnie przeraziło. Przechodziłem z jednego pokoju do drugiego. Zanotowałem, które okna są zamknięte, potem próbowałem – bezskutecznie – otworzyć szafę na bieliznę. Nie przyszło mi do głowy nic innego, co mógłbym zrobić, by mieć dowód na prawdziwość tego doświadczenia, bo świadomość nagle rozbłyskiwała i gasła, jakbym miał zaraz wrócić do snu.
I wtedy ta dziwna siła, która dotąd pozostawała bierna, znowu przejęła prowadzenie i zaczęła ze mną igrać. Byłem popychany jak półpełny balon, unoszony przez mieszankę ciekawości i ekscytacji prosto z mojego mieszkania. Wyleciałem przez frontowe drzwi i zawisłem w powietrzu, ogarnęło mnie uczucie niezwykłej lekkości ciała. Teraz mogłem dostać się wszędzie – do Nowego Jorku, odwiedzić przyjaciela, jeśli bym tylko chciał, i zajęłoby mi to zaledwie chwilę. Jednak ostrożność zwyciężyła – poczułem lęk, że podczas tej dalekiej podróży może się coś wydarzyć, a nić łącząca mnie ze śpiącym ciałem, do którego pragnąłem wrócić, mogłaby się zerwać i już nigdy nie zaznałbym podobnego doświadczenia. Obserwowałem mojego przewodnika, nieświadomą wolę, która w ciele fizycznym była moim cichym, aktywnym opiekunem i geniuszem, zdolnym przepłynąć nieznane morza szybciej niż mosty. A to nowe ciało, tak posłusznie reagujące na impuls woli, która nie była w pełni moją, popychało mnie w stronę niewidocznego mistrza – ale nieświadoma wola, do momentu aż przekazała sterowanie tej nadrzędnej świadomości, wciąż utrzymywała kurs według swojego wewnętrznego kompasu.
Jednak ta siła, która nakazała mi wrócić do łóżka, kiedy poczułem, jak unoszę się nad swoim ciałem w tamtej chłodnej, martwej, czarnej rozpaczy, zawołała znowu: „Jeszcze nie!” I znów poczułem, jak nasze ciała pędzą, jakby świadomość na moment została wyłączona i powróciła dopiero wtedy, gdy zacząłem poruszać się w bardziej „ludzki” sposób. To nie było typowe „latanie”, raczej jakby zniesienie pojęcia czasu. Ruch nie był płynny, lecz chaotyczny – w jednej chwili byłem na początku korytarza, w następnej na jego końcu, jakby całkowicie pomijając przestrzeń i czas pomiędzy.
Kiedy znów zawisłem nad swoim ciałem na łóżku, wydało mi się, że dziesiątki głosów wołają, zachęcają i dudnią, stopniowo ściszając ton pod czujnym nadzorem niewidocznego dźwigu, który zdawał się odbijać dźwięk wszędzie. Ta coraz bardziej przestrzenna powłoka, którą byłem ja sam, nagle stała się z powrotem mną. Wtedy zrozumiałem, że nie oddaliłem się daleko – wciąż byłem przy ciele fizycznym, sztywnym, kataleptycznym, niezdolnym do poruszenia nawet jednym mięśniem. „Spokojnie! Spokojnie!” – zdawał się mówić ten sam przewodnik, który wcześniej prowadził moje wyczyny, a potem, nagle, z szarpnięciem, jakby jakaś maszyna spadła mi na żołądek, otworzyłem oczy.
Byłem w swojej sypialni, która – poza blaskiem elektrycznego piecyka – tonęła w ciemnościach. Zaniepokojony sięgnąłem po lampkę na półce, zapaliłem ją i rozejrzałem się po znajomym świecie, do którego powróciłem.
To było moje pierwsze takie doświadczenie. Zaraz po nim czułem się wyjątkowo dobrze, jakby moje życiowe siły zostały naładowane na nowo. Od tamtej pory miałem kilka podobnych przeżyć. Niektóre z nich pojawiły się niedługo potem, gdy zostały wywołane przez sny. W następnym artykule zamierzam, między innymi, zaproponować, w jaki sposób można by wywołać takie projekcje z własnej woli. Wątpię, by można je było uzyskać na żądanie, lecz sądzę, że można je wywołać prędzej czy później poprzez powtarzaną autosugestię.
Spróbuję także oświetlić te doświadczenia w świetle mistycyzmu. Nie chodzi o to, że samo doświadczenie jest ważne – choć było ono wystarczająco sensacyjne – lecz o to, że pozwala zrozumieć nieustanną grę między iluzją a rzeczywistością. A może jeszcze trafniej byłoby powiedzieć: między dwoma różnymi rodzajami iluzji, których ofiarami jesteśmy, dopóki, w pseudo-naukowy sposób, stawiamy wóz przed koniem. I to prowadzi nas z powrotem do złudnego charakteru czasu i przestrzeni – gdzie przykłady wymiarowe z moich dwóch pierwszych esejów na ten temat należy traktować nie jako matematykę rzeczywistego świata poza czasem i przestrzenią, lecz raczej jako krytykę naszych własnych, przyzwyczajonych miar.
źródło: Contacts with the Occult by Robert Harborough Sherard; The Modern Mystic MARCH 1937.