Przez Lymana E. Palmera
Kolega ze studiów, który obecnie jest duchownym — gorliwy, pracowity i uczciwy w swoich wysiłkach, aby sprowadzać ludzi do owczarni Kościoła — zeszłej zimy prowadził przebudzenie religijne, lecz bez rezultatów. Z ciężarem tej pozornej porażki w duszy napisał do mnie list, w którym zapytał, dlaczego ludzie stają się tak pozornie obojętni wobec zbawienia swojej duszy.
Oto moja odpowiedź:
Dlaczego ludzie nie chodzą do kościoła? Albo — jak ty to ujmujesz — co sprawia, że masy trzymają się z dala od Kościoła?
Piszesz dalej:
„Przez masy nie mam na myśli zdeprawowanej masy, która przecięła wszelkie więzi ze społeczeństwem, niezależnie od tego, czy jest w Kościele, czy poza nim; lecz mniej lub bardziej inteligentną i mniej lub bardziej moralną masę ludzi, która zadowala się swoją moralnością oraz inteligencją w sprawach dotyczących tego, co Kościół nazywa rzeczami świętymi”.
Prawdopodobnie istnieje tyle szczegółowych przyczyn, dla których wspomniane przez ciebie masy nie chodzą do kościoła, ile jest jednostek składających się na tę masę. Muszą jednak istnieć pewne głębokie i ogólne powody, które można łatwo odkryć i łatwo ująć w języku codziennym — tak jasno, aby żaden człowiek nie mógł się pomylić w ich pojmowaniu, jeśli tylko zechce się nad nimi zastanowić.
Jestem w pełni przekonany, że takie powody istnieją. Że są oczywiste, spróbuję wymienić kilka z nich i, o ile to możliwe, odpowiedzieć na twoje pytanie.
Jeśli uważnie przeczytasz historię ludzkości, przekonasz się, że mniej więcej co pewien czas następuje zerwanie ze starymi i utrwalonymi sposobami myślenia, a nowe — i można powiedzieć: niemal zawsze wyższe i lepsze — idee zajmują miejsce zużytych.
Zawsze są ludzie konserwatywni, którzy wznoszą ręce w świętej grozie, a w dawnych czasach zapalali stos i uruchamiali śrubę tortur równie chętnie, jak dziś próbują szokować innymi środkami niż te stosowane przez ojców.
Ci strażnicy przedniej linii nowej ery myśli religijnej zawsze byli nazywani heretykami i niewiernymi. Jednak czas przychodził później, gdy wokół nich gromadziły się liczne rzesze ludzi, aby nazywać ich błogosławionymi.
Jezus był innowatorem i został skazany na śmierć nie dlatego, że znaleziono w Nim lub w Jego naukach jakąkolwiek winę, lecz dlatego, że był „bluźniercą”.
W późniejszych latach dochodzimy do Marcina Lutra i całej owej wielkiej rzeszy nazwanych i bezimiennych męczenników. Wszyscy oni byli „dysydentami”, „heretykami”, „niewiernymi” albo nosili jakiekolwiek inne miano, jakie Kościół postanowił im nadać.
Jak już wspomniałem, po pewnym czasie te ruchy religijne zaczynają zataczać kręgi. Obecnie znajdujemy się u progu czegoś innego i większego niż cokolwiek, czego świat dotąd był świadkiem.
Nadchodzi „światło poranka” i stajemy w blasku różanym świtu największej ery religijnej, jaką prawdopodobnie kiedykolwiek wymarzył albo przepowiedział widzący.
Mojżesz wyprowadził dzieci Izraela z niewoli egipskiej i sformułował kodeks moralny oraz religijny, który miał nimi kierować przez wieki. Paweł ogłosił nauki Jezusa i przygotował scenę pod „nową dyspensację” — tak dziś wypatrujemy tego, którego „rzemień u sandałów” nie jesteśmy godni rozwiązać, aby otworzył nowszą drogę.
„Dobra stara droga”, którą kroczyli nasi ojcowie, straciła dla wielu z nas swoją atrakcyjność. Nie dlatego, że utraciliśmy wobec niej szacunek czy cześć. Nie dlatego, że nie prowadzi ona dostatecznie daleko ani że zdrowy rozsądek, rozum i sąd podpowiadają nam, iż nie doprowadzi nas do wyżyn, do których dążymy.
Nie możemy już przyjmować rzeczy jedynie wiarą. Musi być w nich rozum — albo je potępiamy.
Paweł mówił: gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, lecz gdy stałem się mężem, porzuciłem rzeczy dziecięce.
Tak samo my, którzy zaczęliśmy myśleć samodzielnie i staramy się wejść w tajniki oraz misteria tego świata i przyszłego, odłożyliśmy dawne, bardziej surowe wierzenia ojców i pytamy o coś, co odpowiada wymaganiom czasu i epoki, w której żyjemy.
Duchowni nie dotrzymują kroku świeckim, a świeccy pozostają na zewnątrz, dopóki duchowieństwo nie dogoni wielkiej procesji inteligencji, która nieustannie kroczy naprzód i wzwyż ku nieosiągniętym jeszcze wysokościom.
Świeccy przyjmują prawdy geologii tak szybko, jak są one ogłaszane, a jednak słyszałem wiele kazań wymierzonych przeciwko nauce.
Astronomia stoczyła z Kościołem ciężką walkę. Słyszałem, jak pewna dobra siostra mówiła nie tak wiele lat temu, że jeśli uważa, iż jej Biblia nie naucza, że ziemia jest płaska, to pójdzie do domu i spali ją.
Ewolucja jest dziś równie dobrze ustalona jak anatomia porównawcza, a świeccy czytają o niej wszystko każdego dnia i wierzą w nią w pełni.
Jest tak przekonująca i rozsądna w porównaniu ze starą ideą szczególnego stworzenia, że nie mogą powstrzymać się od wiary w nią.
Lecz oni chodzą do kościoła, a duchowny wygłasza im bardzo niewyuczoną rozprawę, w której mówi wiele rzeczy nieprawdziwych i takich, które według niego samego są „ewolucjonistyczne”, a jednak są tym w bardzo niewielkim stopniu. Potępia całość, a oni wychodzą zdecydowani więcej nie uczęszczać do kościoła, dopóki proboszcz nie będzie nieco bardziej na bieżąco z czasami.
Ponownie: narasta skłonność nawet w Kościele do porzucania idei natchnienia pełnego, werbalnego i dosłownego Biblii.
Dla wielu jest to o tyle istotniejsze, niż powinno być, że zostali wychowani w Kościele i uczono ich, że zwątpienie choćby w jedno słowo oznacza potępienie całości.
Dlatego, gdy przyznaje się, że palec Boży nie przesuwał się po każdym słowie zapisanym w Piśmie, natychmiast rzucają się z krańca jednej skrajności w drugą i wołają, że wszystko jest oszustwem.
Bardziej myśląca klasa ludzi, stojąca na murach epoki i gorliwie wypatrująca znaków czasu, wita to ustępstwo ze strony Kościoła jako najjaśniejszy znak, jaki dotąd ujrzała.
Dlaczego? Ponieważ teraz mogą wziąć rozum za przewodnika, czytać Biblię tak, jak czytaliby każdą inną księgę, szukając prawdy i zważając na nią, a nie na fałsz.
Kiedy czytali, że Arka Przymierza została odesłana na saniach ciągniętych przez parę krów z ziemi Filistynów, i że wszyscy Izraelici, którzy z ciekawości poszli ją obejrzeć, zostali zabici na miejscu, tysiącami — pięćdziesiąt tysięcy z nich leżało wokół sań — wiedzą teraz, że to fałsz, że nigdy nie było to prawdą.
A przede wszystkim nie muszą już pozostawać pod owym stwierdzeniem Pawła, że całe Pismo jest natchnione ku pożytkowi.
Powiesz, że ta wolność wyboru prawdy wkrótce stanie się samowolą. Właśnie do tego zmierzam — i jest to jeden z istotnych czynników rozwiązania problemu, który przede mną postawiłeś.
Niech przez ten proces przesiewania trwają pokolenia, a wtedy zobaczymy, jaki będzie rezultat. Wtedy będzie dobrze ustalone, co jest prawdą i pożytkiem, a co jest fałszem i bezwartościową plewą.
Ponadto Kościół zostaje zepchnięty ze swojej twierdzy wyznań wiary i dogmatów. Sam z siebie nie uczyniłby ani kroku, lecz świeccy popychają go naprzód.
Niedawna przebudowa artykułów wiary w Kościele Prezbiteriańskim dokonuje się po to, aby udobruchać świeckich, i zostaje im przedłożona do zatwierdzenia.
Ludzie w tym czasie bardzo chętnie badają roszczenia wszystkich aspirantów do publicznej przychylności. W ten właśnie sposób spirytualizm przyciągnął znaczną część ludzi Kościoła.
W jego filozofii jest coś tak rozsądnego, a w jego zjawiskach coś tak upewniającego i budzącego wiarę dla człowieka poważnie szukającego prawdy, że nie należy się dziwić, iż wielu ludzi wstępuje w jego szeregi.
W Kościele najpierw wierzyli, że jeśli człowiek umrze, nigdy już nie będzie żył; teraz mają nadzieję, że to prawda. Spirytualizm rozstrzyga tę sprawę raz na zawsze.
Inni dryfują ku uniwersalistycznemu sposobowi myślenia, popychani tam przez bezlitosne wyznania Kościoła oraz przez pełen miłości, a często i pełen chełpliwości styl, w jakim przedstawia je duchowny.
Inni opuścili Kościół i przeszli do unitarianizmu, ponieważ nie potrafią jasno dostrzec kwestii cudownych narodzin Jezusa. Dr Bushnell wiele lat temu obsiał szerokie pole, publikując książkę Vicarious Sacrifice, a żniwo dojrzewa już od lat. Snopy są składane poza wszelkim ortodoksyjnym kościołem.
Jeszcze inni — choć cieszę się, że jest ich chyba niewielu — są zwolennikami ingersollizmu. Diabeł nie jest tak czarny, jak go malują, a Ingersoll nie jest tak zły, jak chcieliby, by wierzono, kaznodzieje. Oczywiście jest przeciwny Kościołowi, lecz jeśli Kościół zbudowany jest na pewnym fundamencie, bramy piekła nie przemogą go, a cóż dopiero jeden słaby śmiertelnik.
Na koniec, aby uczynić tę sprawę osobistą i nadać jej indywidualny wymiar, powiem ci, dlaczego ja sam nie chodzę do kościoła.
Nie mogę znaleźć miejsca, w którym moje idee Boga, religii, nauk Biblii, moje poczucie prawa, sprawiedliwości i Boga nie byłyby obrażane.
Duchowni mają skłonność do trzymania się litery, która zabija, i zapominania o duchu, który ożywia.
Wszyscy mają antropomorficzne wyobrażenie Boga, tak jak Izraelici cztery tysiące lat temu, i mówią o Nim jako istocie pełnej namiętności, nienawiści, miłości itd., tak jak ludzie.
A potem dochodzi do smutnego braku intelektualnego pabulum. Jeśli duchowny spełnia moje wymagania w tym względzie, mogę czasem wybaczyć mu jego wyznanie wiary.
źródło: Why Do Not People Go to Church?; THE GOLDEN WAY – July, 1891.