Błogosławiona Joanna D’arc

Można już tak ją nazywać. Trybunał złożony z wysokich dostojników kościelnych ocenił zasługi, które czynią ją godną tak wielkiego zaszczytu; Papież je uznał i od tej chwili żelazna zbroja Dziewicy Orleańskiej będzie jaśnieć na ołtarzach stalowym blaskiem, obok skromnych szat apostołów i zwiotczałego, skrwawionego ciała męczenników.

A jest coś apostolskiego w tej narodowej bohaterce Francji, ponieważ – jak apostoł – została posłana, by wypełnić misję, by ogłosić dobrą nowinę.

Był to duszny letni dzień, dzień postu, gdy Joanna, szukając samotności, którą tak ukochała, i pragnąc medytacji, która była jej ulubionym zajęciem, udała się do ogrodu swoich rodziców. Tam usłyszała głos, który na początku uznała za głos samego Boga. Ale ten głos nie mówił o miłości i miłosierdziu, lecz o walce i śmierci. Powierzał dziewczynie misję, którą – jak powiedział Pius X – „cała Francja, łącznie z nią samą, uważała za niemożliwą”. To był głos Anioła Bitew – św. Michała.

Wydarzenie to (nie nazywajmy go wizją, ponieważ Kościół przyjmuje je jako rzeczywistość) zaczęło się odtąd powtarzać często. Anioł wyłaniał się spośród gałęzi drzew, by zachęcać wiejską dziewczynę do walki, a wraz z nim – by wzbudzić w niej zaufanie – ukazywały się czasem dwie święte, którym jako dziecko poświęcała szczególną cześć: Małgorzata i Katarzyna.

One również chciały, by Joanna ocaliła swoją ojczyznę przed Anglikami i przed stronnictwami, które pustoszyły ją swoimi wojnami. Joanna nie czekała dłużej. Skoro tradycja głosiła, że to czysta dziewica ma wybawić kraj, a święte wskazywały właśnie na nią – posłuchała.

Tajemnicze głosy, nakazy pochodzące od sił nieznanych reszcie ludzi, mówiły do niej:
„Ocal Francję, wypędź intruza, posadź na tronie tego, kto powinien go zająć.”

Czy rzeczywiście to św. Katarzyna i św. Małgorzata oddawały w jej ręce los ojczyzny? Czy to Archanioł Michał nakłaniał ją, by chwyciła za miecz, zamiast wrzeciona czy pasterskiego kostura? Nieważne. To były głosy spoza tego świata – i to wystarcza.

I choć sceptycy mogą mówić, co chcą, fakty dowiodły, że w tych wizjach było coś rzeczywistego.
Ta mała chłopska dziewczyna, która być może nigdy wcześniej nie nosiła butów i nie prowadziła innych zwierząt niż łagodne owce, później bez trudu nosiła ciężką zbroję i śmiało prowadziła wierzchowca bojowego.
Prosta dziewczyna, której jedyną „nauką” były modlitwy nauczone od matki, potrafiła przejść z eskortą przez terytorium wroga, nie wpadając w zasadzkę; potrafiła spojrzeć królowi w twarz, zdobyć Orlean, zmusić do odwrotu Anglików i Burgundczyków, a nawet przewodniczyć koronacji monarchy.

A to wszystko przed ukończeniem dwudziestego roku życia – czyli w wieku, w którym wielu mężczyzn nie potrafi jeszcze samodzielnie poruszać się po świecie, nie gubiąc się.

Jest też w Dziewicy z Domrémy coś z męczennicy. Od początku swej bohaterskiej drogi staje się obiektem kpin, pogardy i niewiary, która czasem rani bardziej niż sto śmierci. Wskazuje się ją palcami, nazywa wizjonerką, znieważa się ją, podważa jej słowa – aż w końcu zostaje uwięziona, osądzona i spalona jako czarownica, wróżbitka i wiedźma.

Czytając jej historię, nawet najbardziej niewierzący ogarnia święte oburzenie wobec wszystkich, którzy brali udział w jej losie: wobec jej rodziny, która drwiła z niej jak z obłąkanej; wobec kapitana Baudricourta, który odmawiał wysłuchania jej, uważając ją za marzycielkę i religijną fanatyczkę; wobec samego dworu Delfina Karola (tu błąd: nie Henryka), który poddał ją upokarzającemu badaniu, by potwierdzić jej dziewictwo; wobec oficerów, którzy – choć podlegali jej rozkazom – nie chcieli ich słuchać; i przede wszystkim wobec wrogów Francji, którzy sądzili ją bez dowodów, zmusili do złamania przysięgi, by nie przywdziewać ponownie męskiego stroju, i skazali ją jako recydywistkę na stos.

Ale policzmy się, czytelniku…

Gdyby Joanna d’Arc żyła w naszych czasach, gdyby jej misja rozgrywała się dziś – co by się stało? Co pomyślałbyś ty, twój przyjaciel albo krewny, gdyby dziś pojawiła się wiejska dziewczyna, mówiąc, że tajemnicze głosy lub duchy dawnych istot posyłają ją, by uczynić z Hiszpanii najszczęśliwszy, najbardziej dostatni i najwspanialszy naród?

Żyjemy w wieku, w którym nic nie powinno już wywoływać uśmiechu niedowierzania. Nie zagłębiając się nawet w planety i gwiazdy, które widzimy na niebie – wiemy, z jakich pierwiastków się składają; docierają do nas wiadomości o wydarzeniach dziejących się tysiące kilometrów stąd – bez udziału jakiegokolwiek widocznego środka transportu; statki poruszają się bez żagli i wioseł; pojazdy pełne ludzi przemierzają miasta same, wystarczy tylko oprzeć odbierak na przewodzie; głos wielkich mówców i słynnych śpiewaków można nagrać, przechować i odtworzyć w każdej chwili – nawet jeśli jego właściciel już nie żyje; choroby cofają się i ustępują jedynie dlatego, że do naszego ciała wprowadzono odrobinę krwi krowy lub konia.

Nigdy lepiej niż dziś nie można było powtórzyć za Victorem Hugo: „Ten, kto nazywa się uczonym i mówi, że coś jest niemożliwe – jest bliski głupoty.”
A jednak, gdy mowa o siłach ukrytych, gdy ktoś twierdzi – a nawet wykazuje – że w otaczającej nas przestrzeni zachodzą tajemnicze zjawiska, działanie nieznanych, ale inteligentnych energii, które spełniają nasze prośby i odpowiadają na nasze pytania, gdy twierdzi się to wszystko – ludzie mówią: „Bzdura!”
Ci, którzy wolą zaprzeczać niż badać – bo to pierwsze jest łatwiejsze – wołają: „Oszustwo, czyste oszustwo!”
Ten, kto chce uchodzić za współczującego, uśmiecha się z politowaniem i mówi: „Szaleństwo i egzaltacja”, a ten, który boi się nowości, krzyczy: „Herezja! Anatema!”

A przecież dzisiaj o tych bezcielesnych siłach, obdarzonych własną wolą, mówią nie wiejskie, nieoświecone dziewczęta. Mówią o nich uczeni. Ci, którzy prowadzą ludzkość na czele postępu.
To chemik, który schodząc do grobu zostawia po sobie chwałę odkrycia radu.
To astronom, który swoją wiedzą przynosi chwałę ojczyźnie.
To przyrodnik, który badał zwierzęta i rośliny nie w bibliotekach czy muzeach, lecz w tropikalnych dżunglach.
To literat, którego książki lub dramaty oklaskiwał cały świat.

Ale ludzkość z natury jest niewierząca. I gdy te światła nauki próbują skierować ją ku badaniom psychicznym – bo nie rozumie tego, czego nie widzi, i nie znajduje natychmiastowego zastosowania dla takich badań – śmieje się z chemika, astronoma i literata, i – jak Baudricourt z Joanny d’Arc – nazywa ich wizjonerami.
Nie pali ich na stosie, bo to już niemodne, ale „oddaje im cześć” wyzywając ich od szaleńców. Może nawet żałuje, że nie są wieśniakami, by powiedzieć ich rodzicom to, co dowódca garnizonu w Vaucouleurs powiedział wujowi Joanny:
„Wróćcie do domu i dajcie jej kilka policzków – to wyleczy ją z obłędu.”

Jeśli tak jest dzisiaj, mimo że mamy lekcję tylu odkrywców, którzy najpierw byli uważani za szaleńców, a potem podziwiani przez cały świat – czemu się dziwić, że działo się tak w XV wieku, kiedy liczne porażki nawiedzonych i wizjonerów tamtej epoki wystarczały, by zniechęcić każdego?

Czas wziął na siebie zadanie oczyszczenia Joanny d’Arc z win.
Została ogłoszona świętą – i słusznie, bo kobieta, która ratuje ojczyznę i potrafi odmienić oblicze historii na jej korzyść, zasługuje na ten tytuł pod wieloma względami.

Beatyfikując ją, Kościół nieświadomie postawił nowy przykład – inspirację dla wszystkich, którzy pragną poznać to, co nieznane.
Dotąd badacz sił ukrytych mógł pocieszać się przykładami Kolumba, Fultona, Galvaniego; odtąd może dodać do tej listy błogosławioną Joannę d’Arc, która również była w kontakcie z duchami i słyszała głosy, których reszta świata nie mogła usłyszeć.

Co oczywiście nie znaczy, że Joanna była spirytystką, ani że spirytualiści są świętymi. Nic z tych rzeczy.
Chodzi o to, że przypadek Joanny d’Arc w historii powtarza się aż nazbyt często i że pogarda i wrogość – czy to wielkich, czy małych – nie powinny nas nigdy odstraszać.

Jeśli kiedyś, stawiając stopę na progu Nauki, śmiech lub groźby tych, którzy się nam przyglądają, sprawią, że zawahamy się i obejrzymy za siebie – pomyślmy o francuskiej bohaterce, najpierw uznanej za niezrównoważoną, potem spalonej jako czarownica, a dziś – wyniesionej na ołtarze, pośród męczenników i apostołów.

źródło: Bienaventurada Juana de Arco; Lo Maravilloso – Madrid, 25 de Mayo de 1909.