Redakcja zapewnia nas, że poniższy poemat został podyktowany przez Roberta Southeya z jego domu w Sferach, za pośrednictwem medium – Thomasa L. Harrisa. Jak dalece proces natchnienia w tym przypadku różnił się od zwykłych natchnień geniuszu, tego nie możemy wiedzieć z nieomylną pewnością.
Uznajemy jednak za możliwe, że wszystkie żywe myśli rodzą się w duszy dzięki jej bezpośredniemu kontaktowi ze światem anielskim. Gasnące światło, które zaciemniało ostatnie lata ziemskiego życia Southeya, oraz jego wejście do Raju zostały tu ukazane z wielką subtelnością i poetyckim efektem.
– Red. Shekinah
Noc dopadła mnie, nim dobiegł kresu mój bieg,
A Umysł – rydwan Duszy,
Którego koła obracają się promieniście jak słońce
I wydają chwalebną muzykę, gdy toczą się
Ku wiecznemu celowi –
Nagłym wstrząsem stanął nieruchomo.
Słyszałem huk grzmotów;
Wielkie katarakty zdawały się spływać
Z niewidzialnych gór; przez mrok
Toczyły się potężne wody.
Potem nie wiedziałem już nic więcej –
Tylko tyle, że Myśl dobiegła końca.
Jak tonący, który czuje, że jego udręka ustaje,
I klaszcze do swego łona blade, łagodne oblubieńce,
I oddaje duszę słodkiemu spokojowi snu,
A jednak drży, gdy żywe kształty rozdzielają fale
I poruszają się wraz z przypływem –
Tak, pogrążając się głęboko pod nieznane morze
Intelektualnego snu, spocząłem tam.
Wiedziałem, że nie jestem martwy, choć wkrótce miałem nim być,
Lecz wciąż żyłem dla miłości, dla troski,
Dla słońca i dla modlitwy.
A Życie, Śmierć i Nieśmiertelność –
Każde z nich trzymało osobną część mego istnienia:
Życie – jak sok w rozkwitającym drzewie;
Śmierć – jak mróz, z przerywanym bólem;
Lecz w tajemnym sercu
Było poczucie nieśmiertelności, oddech
Bytu niezniszczalnego, ufność,
Ostateczny triumf w Chrystusie nad śmiercią,
Duchowe kwitnienie z prochu
I Niebo wraz ze wszystkimi sprawiedliwymi.
Dusza, jak słodki pąk kwiatu jeszcze nierozkwitły,
Leżała w zachwyceniu piękna w swej cichej komórce;
Duch spał, lecz śnił o światach nieznanych,
Jak śni kryształ w swej skorupie,
Zanim Lato tchnie nań swój czar.
Lecz sen pogłębiał się, aż nadszedł Poranek,
Sabatowy poranek świętych niebios.
Anioł dotknął moich powiek, a ja się przebudziłem.
Głos najczulszej miłości powiedział:
„Duchu, powstań” –
I podniosłem oczy.
I oto byłem w Raju. Promienie
Poranka spływały na krajobrazy zielone i złote,
Na drzewa o konarach ciężkich od gwiaździstych gron,
Na strumienie z kryształu
I na liczne namiotowe fałdy.
Patriarcha – jak dawniej
Melchizedek mógłby podejść do gościa –
Przyciągnął mnie ku sobie, gdy pochylałem się z czcią,
I powitał mnie w Krainie Spoczynku.
Potem poprowadził mnie wzwyż, zdumionego, lecz spokojnego,
Do swego mlecznobiałego namiotu.
źródło: The Spirit-Born; „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.