Yone Noguchi, poeta i mistyk

Yone Noguchi, poeta i mistyk
Raymund Andrea, F.R.C.
Wielki Mistrz AMORC, Wielka Brytania

Zdarzyło się, że wzmianka o Yone Noguchim w moim ostatnim artykule na temat Trzeciego Stopnia prawdopodobnie wzbudziła zainteresowanie wielu, którzy nie znają tej niezwykłej postaci – awanturnika, a jednocześnie mistyka. Zamierzam więc przedstawić kilka fragmentów jego życia.

W latach 1900–1914 Yone napisał kilka artykułów, które ukazały się w różnych angielskich czasopismach; w 1914 roku te artykuły zostały zebrane i opublikowane w tomie pod tytułem: „Historia Yone Noguchiego”. Zawierają one wszystkie dziwne zakamarki duszy poety – opowieść o jego nieokiełznanym spotkaniu z surowym światem i brutalną rzeczywistością, o jego duchowych zmaganiach, w których próbował odnaleźć samego siebie i swoją życiową misję, oraz o narodzinach Buddy w jego sercu – jak sam to określał – objawienia Ducha w pełnej samotności wśród ciszy świętej świątyni lasu.

Już w dzieciństwie uczymy się, jak bardzo młody Yone bał się czytać na głos w swoim ojczystym języku. W wieku dziesięciu lat został zmuszony do rozpoczęcia tej trudnej nauki, a ciężar tego obowiązku ciążył mu każdej nocy, gdy spał przytulony do pierwszej książki leżącej pod jego poduszką – by przypomnieć sobie o obowiązku, gdy tylko przebudzi się ze snu. Tak oto rozpoczęła się jego droga, pełna cierpień i niepokoju, do świata myśli, gdzie spotkał się z trudami i osamotnieniem, ale także z inspiracją i intuicją. Ten chłopiec, będący marzycielem, mistykiem i poetą, niósł w sobie dar przekazywania swojego wnętrza na zewnątrz w formie wizji, które wciągały czytelnika w swoje objęcia i trzymały, jakby był oczarowany zaklęciem.

Po ukończeniu szkoły średniej Yone zrezygnował z ubiegania się o stopień naukowy i zapisał się do szkoły handlowej. Tam jednak wytrzymał zaledwie trzy miesiące. W 1894 roku (w wieku zaledwie 18 lat) opuścił Japonię i udał się do Kalifornii. Wcześniej jego starszy brat zabrał go do Jokohamy i przekazał w ręce kapitana statku płynącego do Ameryki, wręczając Yone nie więcej niż sto dolarów i mówiąc: „Zobacz, co możesz zrobić w kraju, w którym widziałem anioły w ciemności.” Gdy młody Noguchi przybył do Ameryki, był bezradny, biedny i pełen nadziei. Nie miał nic oprócz odwagi i niezwykłych zdolności obserwacyjnych. Jednak zapłacił wysoką cenę za swoje przetrwanie – musiał przystosować się do niesprzyjających warunków, co zachwiało jego równowagą psychiczną, lecz jednocześnie nauczyło go życiowej mądrości.

Nie mogę powstrzymać się przed przytoczeniem oryginalnej anegdoty z jego pierwszych dni w Ameryce. Po przybyciu do San Francisco został zabrany do Cosmopolitan Hotel. Zakupione przez niego owoce włożył do białego wiadra i postawił je na stole do prania – tylko po to, by usunąć je później i użyć tego wiadra do innego celu. Podczas kolacji, kiedy podano mu zupę, z której wystawały jakieś tajemnicze kawałki mięsa, natychmiast odsunął łyżkę – był przerażony. Wówczas pojawił się kolejny problem: stół z metalowym nożem i widelcem – narzędziami, których nigdy wcześniej nie używał. Czuł się całkowicie zagubiony i przytłoczony ogromem miasta. Ulice, dźwięki, tłumy – wszystko to przytłoczyło poetę, który trafił tu, by odnaleźć prawdę, piękno i nową drogę. Od samego początku doświadczał tych kontrastów: samotności i obcości, a z drugiej strony – ducha wolności i inspiracji, który przenikał kalifornijskie krajobrazy.

Jego poetycka wrażliwość wzrosła, gdy zetknął się z ruchem politycznym. Jego wiersze często odzwierciedlały głęboki intelekt i uczucia. Członkowie Ligi Anarchistów, z którymi często dyskutował, zachęcali go do pisania. Wiersze Yonego były pełne ekspresji, a jego praca polegała również na prostych zajęciach – np. był korektorem w drukarni, a przez jakiś czas pracował jako kelner, by zarobić na czynsz. Często nie miał pieniędzy nawet na filiżankę kawy przed rozpoczęciem pracy.

W swoich wspomnieniach napisał: „To była walka – ciężka walka o istnienie. Miałem tylko 3 centy na śniadanie, a czasem nic.” Jedyną rzeczą, jaką posiadał, była jego poezja, która jednak nie zapewniała mu godziwego utrzymania – przynajmniej nie od razu. Życie Yonego przypominało nieustanny wysiłek, by pozostać wiernym swojej duszy – duszy artysty i mistyka, która mimo wszystko lgnęła do światła prawdy.

Pewnego dnia Yone wyruszył do miejscowości Menlo Park, by spotkać się z Ambrose’em Bierce’em. Spotkanie odbyło się w hotelu i Bierce, po przeczytaniu jego utworów, był pod wrażeniem. Pomógł mu opublikować część jego wierszy w magazynie. W międzyczasie Yone podjął różne prace, m.in. jako robotnik, a później opuścił Kalifornię i udał się do Japonii, gdzie ponownie próbował zbudować swoją pozycję. Jego dawni przyjaciele z San Francisco – Amerykanie – wciąż go wspierali. Niestety, Yone wydał pieniądze, które zdobył, na nowe ubrania, alkohol i hotele, co znów doprowadziło go do biedy. Ale nigdy nie przestał pisać.

Redakcja „News” potrzebowała kogoś, kto tłumaczyłby artykuły z angielskich gazet – i Yone stał się człowiekiem niezastąpionym.

Wówczas duch poezji czuwał już nad Yone. Pewna kobieta w tajemnicy ogłosiła go swoim wybrankiem. Dowiedział się, że Joaquin Miller – wielki poeta i poszukiwacz przygód – był człowiekiem, który „hołubił Japończyków jak braci”, i który „żył według własnych zasad”. Miller gardził nowoczesną cywilizacją i znajdował radość w życiu blisko natury, wśród róż i drzew. Mieszkał wśród wzgórz poza Oakland – na „Wzgórzach” – i Yone odwiedził go tam. Był to akt miłości, choć bez wzajemności. Miller chciał, by Yone został u niego, a Yone się zgodził. Nie obiecywano mu jednak żadnej nauki poza tą, która miała nadejść z całkowitego milczenia i samotności tamtej nocy, gdy został wysłany do sąsiedniego domu, by spać sam. Yone zdecydował wtedy, że będzie wędrownym poetą.

Niedługo później jego nazwisko zaczęło pojawiać się w amerykańskich czasopismach – lecz jego styl był niezrozumiały i nieprzewidywalny, a więc również trudny do zaakceptowania. Wiersze Yonego były brutalnie krytykowane – został oskarżony o plagiat Poego. Yone był jednak oddanym poetą: miał przy sobie tylko jedną książkę, oprócz tomiku poezji rodzimych oraz książki o buddyzmie zen, którą zabrał na „Wzgórza”. W jednej z recenzji zacytowano jego słowa:

„Niech mnie krytykują, jeśli tylko dzięki temu będą zadowoleni. Poezja jest dla mnie świętością. Nie jest materią rozumu, lecz uczucia. Moje wiersze nie są skomplikowane; nie są też doskonałe pod względem formy. Nie mogę pisać niczego innego jak tylko z serca. Nie jestem poetą intelektualnym. Piszę to, co czuję – bez względu na to, czy jestem smutny, czy radosny. Kiedy czuję się melancholijny, pozwalam duszy mówić. Jeśli nie możesz pojąć duszy, lepiej zostaw moją poezję w spokoju. To nie poezja sama w sobie – to moje serce, które pragnie wyrazić siebie.”

Jakiś czas później został ponownie ostro skrytykowany – tym razem w magazynie „Lark” – jednak cios ten zadziałał odwrotnie niż zamierzano. W obronie Yonego wystąpił redaktor magazynu, który odrzucił oskarżenia o plagiat, oświadczając, że wiersze te nie przypominają ani Poego, ani nikogo innego. I rzeczywiście – były one inne: oryginalne i nietuzinkowe.

W tym czasie Yone związał się z literackim kręgiem „Lark” i zaprzyjaźnił się z redaktorem Charlesem Warrenem Stoddardem. Pracował również z Ambrosem Biercem, który przekazał jego wiersze redaktorowi „New York Independent” – czasopisma, które później szeroko publikowało jego utwory. Wiersze Yonego pojawiły się też w tomiku „The Sleep of a Faun”, który zawierał ponad pięćdziesiąt jego wierszy. Były drukowane i komentowane w wielu pismach – również przez dr. Johnsona.

Po kilku twórczych latach na „Wzgórzach” – które opisał jako „stojące w blasku światła, uśmiechające się do mnie jak duch” – Yone postanowił opuścić Kalifornię. Duch wędrownego poety na nowo w nim zapłonął. Góry, wody i niebiosa przywoływały go z dalekiej odległości. Postanowił zostać „poetą-wędrowcem”.

Zamiast książki z poezją, zabrał ze sobą świętą księgę – i wyruszył do Yosemite Valley. Spał pod drzewem o północy, obudził się w mglisty świt, a jego serce śpiewało. Tego dnia postanowił całkowicie oddać się mistycznemu doświadczeniu natury. Nie miał pojęcia, co przyniesie przyszłość, ale miał wizję i ducha przygody. Swoją poezję przekładał na wiele języków i próbował uczynić ją uniwersalną.

Po krótkim pobycie w Chicago – dokąd przeniósł się z Oakland – został przyjęty z życzliwością przez środowiska literackie. Opisał wrażenia z tego okresu w książce: „Wszyscy Amerykanie muszą poznać ten fakt: poezja nie jest ani ich własnością, ani ich chlubą. To miłość, która nie zna granic.” W innym miejscu napisał: „Kocham Poe’go i Shelleya – nie dla ich wierszy, ale dla ich dusz.” Uważał, że ludzie Zachodu żyją głównie w sferze rozumu, a nie ducha. „Orientalny duch”, jak to określał, należy do ludzi snów i wizji – i to oni są prawdziwymi poetami.

Pierwszy pobyt Yonego w Londynie również był znaczący. Przybył tam w grudniu, przywiózł ze sobą rękopis i odnalazł wsparcie wśród ludzi ceniących jego twórczość. Jego najważniejsze wówczas dzieło – „Poezja na wzgórzach” – było wyrazem jego głębokich duchowych przeżyć. Pisał: „Nie próbujcie mnie rozumieć. Ja tylko śpiewam.” W Londynie zaprzyjaźnił się z literatami, w tym z angielskim poetą Tomem Markino, który miał japońskie korzenie. Poznał również Rabindranatha Tagore’a, wielkiego mistyka Indii, który dostrzegł w nim bratnią duszę. Spotkanie to miało głęboki wpływ na obu poetów i wzmocniło ich więź duchową.

Po powrocie do Japonii, Yone przez jakiś czas nie mógł odnaleźć się w życiu codziennym. Roztrwonił pieniądze, znów doświadczył biedy, ale nigdy nie przestał pisać. Tym razem jednak pisał z jeszcze większą głębią. W jego późniejszych utworach widać wyraźnie mistyczne zrozumienie życia – tak, jakby dotknął jego istoty. Pisał:

„Oto prawdziwa świątynia – świątynia ciszy. Świątynia duszy, do której może wejść tylko ten, kto sam z siebie uczynił doskonałą ciszę. Tylko w tej ciszy może człowiek wejść do prawdziwego serca Buddy.”

„Och, magia medytacji, czar ciszy…
Język nie ma nad nią władzy!
Och, bezkres duszy nocy i śmierci,
Gdzie czas i ból przestają istnieć!”

Pisał także o ciszy: „Cisza jest święta i doskonała, sprawia, że twój zmysł poezji się oczyszcza, a prawdziwa przyjaźń z duchami i pięknem może się wreszcie narodzić. Trzeba porzucić nasze ludzkie wartości, aby wejść w absolutne piękno i wzniosłość, które czynią naszą duszę godną wieczności — bez zamętu. Bez niepokoju. Wystarczy wiara, by usłyszeć prawdziwe echo poezji i śpiew duszy. Z prostej, cichej nuty wyrasta drzewo wyobraźni, coraz wspanialsze, bardziej subtelne niż wszystko, co można by wyśnić czy opisać – lepsze niż marzenia, lepsze niż Anglia!”

Przez otwarte drzwi swojego pokoju w Świątyni Tortoise Yone mógł obserwować ogród zen – miejsce ciszy i kontemplacji, gdzie stary budda i starzy mistrzowie zen siedzieli w skupieniu, pogrążeni w duchowym pokoju. Drzewa były poruszane wiatrem, liście szeleściły cicho, a z ich dźwięków płynęło duchowe przesłanie.

W tym ogrodzie, po wielu podróżach, Yone rozpoczął swoje ostatnie i najgłębsze przebudzenie. Jego pierwsze duchowe „przebudzenie” miało miejsce w San Francisco, gdy w towarzystwie Joaquína Millera napisał „Sen o Junesie” i „Monolog bezdomnego”. Pisał wtedy z duszy – był sam, nie przemawiał do tłumu, lecz do Natury. Jego drugie przebudzenie miało miejsce, gdy kontemplował ciszę życia i piękno „Morza Wiecznego”. To z tego momentu pochodzi jego najpiękniejszy wers: „Z Morza Wiecznego i ku Morzu Wiecznemu”.

A jego trzecie i ostateczne przebudzenie przyszło w Świątyni, od serca do serca, od ducha do ducha. Tam zapanowała ostateczna cisza.

Opis Yonego z jego pierwszej nocy w Świątyni jest bardzo interesujący. Po raz pierwszy był zaproszony na specjalną ceremonię zwaną „Wielkim Spotkaniem z Duchem”, prowadzoną przez młodego kapłana w Sali Zgromadzeń. Gdy wszedł do niej, już wcześniej została oczyszczona duchowo – była to atmosfera intensywnej ciszy, jakby świat przestał istnieć. Yone napisał o niej tak:
„Och, bezmierna cisza – jaka głębia, jakie piękno, jakie skupienie, które jest tajemnicą! A ta tajemnica staje się nagle prostotą, która jest jej naturą.”

Powiedziano mu, że Budda nie był bogiem, lecz właściwym umysłem, a właściwy umysł to pustka. W tej pustce wciąż trwa obecność – prawda. W tym stanie ducha nie ma pragnień, nie ma nadziei, tylko kontemplacja. Yone porównał to do: „Ciszy, w której wszystko znika, a człowiek staje się doskonały.”

W jego oczach była to najwyższa forma piękna, która sprawia, że człowiek wzrasta ponad świat. Jego dusza zaczęła wtedy oddychać prawdziwym życiem. Pisał:
„W ciszy przychodzą najczystsze wiersze. Najlepsze rzeczy poetyckie to te, których świat nigdy nie znał i nigdy nie nazwie. To, co niewypowiedziane, przynosi największe owoce. Kiedy myśl znika, pojawia się duch. A duch jest jedyną rzeczywistością.”

Po tej ceremonii Yone został zaproszony do ich Medytacyjnego Domu, gdzie został wprowadzony do wewnętrznych nauk. Została mu powierzona wielka tajemnica. Nauczył się mówić:
„Nie jestem formą, nie jestem Zazen, nie jestem niczym. Jestem tylko pustką – niebyt, który zawiera wszystko.”

Wówczas nauczyciel polecił mu usiąść w konkretnej pozycji:
„Musisz zgiąć prawą nogę i ułożyć ją na lewym udzie. Teraz lewą stopę umieść na prawym udzie. Połóż prawą dłoń na lewej, kciuki niech się dotykają. Twoje plecy muszą być proste. Głowa lekko pochylona. Usta zamknięte. Oddychaj nosem. Nie myśl o niczym. Teraz wejdź w pustkę.”

W tej ciszy Yone odnalazł Boga – lecz nie był to osobowy Bóg z książek. To był Budda ciszy. Budda ciszy nie przychodzi jak piorun, lecz jak łagodny kwiat. Kwiat, który kwitnie z duszy i zapach jego nie zna granic. Kiedy dusza milknie, budzi się Budda.

Tak oto Yone opisał swoje ostatnie odkrycie:
„Medytacja jest mocą istnienia; jest nie-jaźnią – tym, który nie umiera ani nie rodzi się. To pełnia ciszy, która nie zna myśli – która jest jedynym źródłem zdrowia i ducha.”

Na murze Świątyni Tortoise było napisane:
„Yone opuścił świat cierpienia, ponieważ:

  • Uwolnił się od natury zwierzęcej.
  • Oddał swoje pasje jako ofiarę.
  • Jego serce stało się czyste i ciche.
  • Już dłużej nie istniał.”

I tak zniknął w ciszy, w duszy modlitwy.
A w tej głębokiej ciszy musimy go zostawić.

Raymund Andrea

źródło: Yone Noguchi, Poet and Mystic; THE MYSTIC TRIANGLE – 1928.