Wizja w dzielnicy nędzy

Stara Marta została wysłana przez swoich pracodawców z pewnym poleceniem do domu na West Endzie, należącego do firmy, w której pracowała. Zatrzymano ją aż do chwili, gdy sklepy w modnej dzielnicy miasta zostały już zamknięte, a ulice przybrały niemal pusty wygląd. Była ciemna, zimna noc; deszcz ze śniegiem padał co jakiś czas w gwałtownych podmuchach.

Lecz skąpo ubrana i głodna kobieta nie spieszyła się zbytnio, by opuścić ów ponury chodnik. Skręciła na duży plac i wraz z kilkorgiem innych włóczęgów zatrzymała się przy schodach okazałego domu, którego drzwi stały szeroko otwarte.

Co kilka minut do krawężnika podjeżdżał powóz i z niego wysiadały elegancko ubrane kobiety, po czym znikały w sali. Panie nie interesowały Marty. Zresztą była już zbyt wielce zmęczona codziennym trudem, by przyglądać się ich strojom.

Coś jednak w domu przyciągnęło jej uwagę. Wciąż zaglądała w jasno oświetloną przestrzeń. Coś zatrzymywało jej wzrok i na pewien czas wyrywało ją z nieświadomości, że jest mokra, zmarznięta i pozbawiona kolacji.

Ludzie, którzy przechodzili obok, wszyscy bez wyjątku, zgromadzili się na uczcie. W starej kobiecie odezwał się dojmujący głód, który ściskał ją od samych trzewi aż po czubki palców. Gdyby tylko mogła pozwolić sobie na odrobinę słabej herbaty, niewielką ilość suchego chleba albo zimnego mięsa — byłoby jej teraz o wiele lżej. Nie mając jednak pieniędzy na taką przyjemność, nie mogła niczego kupić, ponieważ zalegała z czynszem z powodu choroby.

Dlaczego więc ta niemądra stara dusza stała, wpatrując się w wielki biały dywan rozłożony przed płonącym kominkiem, jakby ukazała się jej wizja wygody i luksusu, jakiej nigdy wcześniej nie widziała?

Prawda była taka, że dywan ten ją oczarował. Myślała o nocach, podczas których drżała z zimna od czasu minionej zimy, w swoim pozbawionym ognia domu; dopóki niemal nie uwierzyła, że jakiś czar przenosi jej biedną, czystą duszę w miękką biel tego dywanu. Jakże chętnie zwinęłaby na nim swoje obolałe, stare członki!

Jakże mało zależałoby jej wtedy na tym, że znów musi iść do pozbawionego kolacji łóżka, gdyby tylko raz mogła zamknąć oczy przed przenikliwym chłodem, który wdzierał się przez otwór w dachu.

Dzika myśl o wtargnięciu do domu i błaganiu wysokiego odźwiernego, stojącego tak beztrosko na pokrytym kobiercem skarbie, aby jej go podarował albo choćby pożyczył na kilka krótkich tygodni, przemknęła jej przez umysł.

W głębi duszy wiedziała, że człowiek ten nie ma władzy, by dać jej przedmiot, za którym tak tęskniła. Lecz, ach! Było tak przejmująco zimno, noce trwały tak okrutnie długo, gdy każdy mięsień i każdy nerw dręczył ból; mogła nie mieć racji, mogła tylko zdobyć się na odwagę, by spróbować.

Wreszcie głos i dotyk policjanta, który obserwował ją od chwili, gdy ocknęła się ze swego snu, a ona „ruszyła dalej” jako strażniczka prawa, którą poprosiła o zrozumienie.

Marta postanowiła przejść wiele mil dzielących jej dom na East Endzie od domu na West Endzie, do którego ją wysłano, aby zaoszczędzić na przejazd autobusem, na który otrzymała pieniądze. Było już więc po północy, kiedy dotarła do swojego poddasza.

Dom był ciemny i cichy, lecz sąsiadka, dobroduszna kobieta, czuwała do późna przy kilku tlących się węglach, aby dać Marcie możliwość zaparzenia herbaty, gdy ta wróci. Pęknięty imbryk nie zdołał oszukać serdecznej sąsiadki i umożliwił Marcie przyrządzenie obfitej kolacji złożonej z czerstwego chleba namoczonego w gorącej wodzie. Po tym oszczędnym posiłku poczuła się zarazem ożywiona i ogrzana, po czym rzuciła się na łóżko, wciąż myśląc o ciepłym, białym dywanie.

Wizja we śnie

Sen nie nadszedł jednak szybko do zmęczonej kobiety, która przez całą zimę chodziła w obawie, że odbierze jej zdrowie, a teraz znów bolała ją całe ciało.

Wreszcie zasnęła, a jasne gwiazdy świeciły poprzez dach.

Księżyc, zaglądając przez okno pozbawione zasłon, rozlewał boski blask po nagim pokoju. Przyzwyczajony blask przeszedł w krainę baśniowego bogactwa i obfitości, nad którymi tego wieczoru ucztowały jej stęsknione oczy i myśli.

Do jej umysłu powróciły wspomnienia gorzkiego dzieciństwa, kiedy okrutny i pijany ojciec utrzymywał ją w nieustannym strachu; później pojawiło się wspomnienie łagodniejszej, przerażonej matki, którą darzyła czcią; potem wspomnienia cierpień wczesnej młodości, nad którymi zatriumfowała dzięki wierności ideałom kobiecości.

Zbudziły się dawne pytania, które tak często niepokoiły ją w młodszych latach: dlaczego jedni zdawali się rodzić do trudu i cierpienia, podczas gdy inni mieli wszystko, a nawet więcej niż mogło zapragnąć ich serce?

Wówczas ponownie pojawiła się myśl o ciepłym, białym dywanie. W wyobraźni zarzuciła go na swoje wąskie łóżko i ogrzała drżące członki pod jego miękkim przepychem, dopóki zmęczona natura nie objęła jej panowania i nie zapadła w głęboki, pozbawiony snów sen.

Lecz nie był to sen bez marzeń.

Pytanie jej umysłu było zbyt natarczywe, a tęsknota duszy za przeniknięciem tajemnicy losu zbyt silna, by pozostać niezaspokojoną.

Podróż duszy

Daleko, bardzo daleko od nędznego poddasza Marta podróżowała na lekkich skrzydłach snu.

Przemierzała rozległe obszary i odległe wyspy, aż znalazła się w ciepłym i przyjemnym klimacie, gdzie pachnące wonią powietrze oraz delikatne powiewy całowały jej policzek. Żyła tam w okazałym pałacu, otoczona służbą, której los uważała za los dobrowolnych niewolników.

Ujrzała siebie młodą, silną i piękną; kochaną, podziwianą i rozpieszczaną.

Własne serce spoglądało na nią, dopóki nie uświadomiła sobie, że znajduje się w czasach bardzo odległych.

Dumna ze swego bogactwa, próżna wobec własnego piękna, nieświadoma wspaniałych talentów, jakimi obdarzyła ją natura, a które pozostawały pogrzebane pod nagromadzeniem pychy, próżności i zarozumiałości, dostrzegła boską iskrę człowieczeństwa, którą miała rozniecić.

Ujrzała tę iskrę otoczoną trudami, prawie niemożliwą do podtrzymania, i ujrzała, jak drży z niebiańską tęsknotą, aby mogła właściwie kochać i szlachetnie służyć swoim cierpiącym braciom.

Następnie zobaczyła, jak mocno zawładnęła nią aspiracja miłości, a zarazem jak jej los został przypieczętowany.

Długo patrzyła na swoje dawne „ja”, świetlaną, szczęśliwą księżniczkę.

Niemal z niepokojem obserwowała, jak dzień po dniu upływał w beztroskiej przyjemności i nie czyniono żadnego kroku, aby ulżyć ciężarom bliźnich.

Lata mijały i ujrzała, jak sama przeszła ponad widok ziemskiego istnienia w krainę mroku, gdzie ludzie wchodzili przez bramy Śmierci.

Prośba o powrót

Wtedy wydarzyło się coś dziwnego.

Marta straciła z oczu swoje książęce „ja”, lecz wkroczyła do małego płomienia, który drżał z boską tęsknotą za służbą płynącą z miłości.

W samym środku jego bijącego serca spojrzała, aż przekonała się, że szuka ono domu, w którym mogłoby poznać tajemnicę ludzkich potrzeb.

Ujrzała, jak przechodzi przez pałace zamożnych.

Zobaczyła, jak zagląda do wielu domków ubogich.

Czuła jego pragnienie powrotu do życia na ziemi, aby poprzez gorzkie doświadczenie nauczyć się, jak wchodzić w relację z żywym współczuciem i pomocną czcią wobec nieszczęść walczących braci.

Odpowiedź na tajemnicę ludzkiego losu

Kiedy nastał poranek i Marta się obudziła, wiedziała, że pytanie o tajemnicę odmiennych losów ludzi otrzymało odpowiedź w jej nocnej wizji.

K. E. M.

źródło:  A Vision in a Slum; LUCIFER – VOL. VI. LONDON, MAY 15TH, 1890. No. 33.


Uwagi translatorskie

Tytuł „A Vision in a Slum” można oddać również jako „Wizja w dzielnicy biedoty” albo „Widzenie w slumsach”. Wybrałem bardziej naturalne i historycznie neutralne określenie „dzielnica nędzy”.

Tekst przedstawia teozoficzną wizję reinkarnacji i karmy. Ubóstwo Marty zostaje ukazane jako doświadczenie wybrane przez duszę, która w poprzednim wcieleniu żyła jako uprzywilejowana księżniczka i nie wykorzystała swoich możliwości, aby służyć cierpiącym.

Współcześnie takie ujęcie wymaga krytycznego odczytania: może prowadzić do moralizowania na temat biedy oraz pomijania jej społecznych i ekonomicznych przyczyn. W realiach pisma Lucifer opowieść miała jednak przede wszystkim wyjaśniać nierówności ludzkiego losu przez teozoficzną doktrynę karmy i kolejnych wcieleń.