Czy Cagliostro był „szarlatanem”?

Odesłać skrzywdzonego bez zadośćuczynienia,
choćby winowajca był największym z ludzi,
i choćby krzywda była najbardziej ukryta,
jest rzeczą nikczemną, słabą i podłą –
poniża, hańbi i powinno zrzucać z tronu nawet króla.
Smollett

Wzmianka o nazwisku Cagliostra wywołuje dwojaki skutek. Dla jednych z mrocznej przeszłości wyłania się cały szereg cudownych wydarzeń; u innych, będących współczesnym potomstwem nazbyt realistycznej epoki, nazwisko Aleksandra, hrabiego Cagliostra, budzi zdumienie, jeśli nie pogardę.

Ludzie nie potrafią zrozumieć, że ten „zaklinacz i mag” – czytaj: „szarlatan” – mógł kiedykolwiek wywrzeć tak silne wrażenie, jak rzeczywiście wywarł na swoich współczesnych. Właśnie w tym tkwi klucz do pośmiertnej opinii o Sycylijczyku znanym jako Giuseppe Balsamo – opinii, która sprawiła, że wierzący w niego wolnomularz powiedział, iż podobnie jak książę Bismarck i niektórzy teozofowie, „Cagliostro mógłby być słusznie nazwany najbardziej oczernianym i najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Europie”.

Mimo to, i niezależnie od mody obrzucania go obelżywymi nazwami, nie należy zapominać, że Schiller i Goethe należeli do jego wielkich admiratorów i pozostali nimi aż do śmierci. Goethe, podróżując po Sycylii, poświęcił wiele pracy i czasu na zebranie informacji o „Giuseppe Balsamo” w jego domniemanej ojczyźnie. To właśnie na podstawie tych obszernych notatek autor Fausta napisał sztukę Der Gross-Kophta.

Dlaczego więc w Anglii ten niezwykły człowiek cieszy się tak małym szacunkiem? Powodem jest Carlyle. Ten najbardziej nieustraszony i prawdomówny historyk swojej epoki – człowiek, który potępiał fałsz bez względu na to, w jakiej postaci się ukazywał – napiętnował imię Cagliostra piętnem własnego uczciwego i sławnego nazwiska, sankcjonując tym samym jedną z najbardziej haniebnych niesprawiedliwości historycznych, jakie kiedykolwiek utrwaliły uprzedzenia i fanatyzm.

Stało się tak dlatego, że fałszywe doniesienia, które niemal do ostatnich chwil jego życia krążyły na temat Cagliostra, pochodziły od środowiska, które nie cierpiało go niemal tak samo, jak nienawidziło prawdy – od jezuitów, czyli krótko mówiąc: od ludzi stronniczych i niedokładnych.

Samo nazwisko Giuseppe Balsamo, które po oddaniu metodami kabalistycznymi ma znaczyć „Ten, który został posłany” albo „Dany”, a także „Pan Słońca”, wskazuje, że nie było to jego prawdziwe nazwisko rodowe.

Jak zauważa Kenneth R. H. Mackenzie, F.T.S., pod koniec ubiegłego stulecia niektórzy teozoficzni nauczyciele mieli zwyczaj przekładania na orientalną formę każdego nazwiska podawanego przez tajne bractwa uczniom przeznaczonym do działania w świecie. Kimkolwiek zatem byli rodzice Cagliostra, ich nazwisko nie brzmiało „Balsamo”.

Tyle jest pewne. Co więcej, jak wszyscy wiedzą, w młodości mieszkał on i pobierał nauki u człowieka zwanego przypuszczalnie Althotasem, „wielkim hermetycznym mędrcem Wschodu”, czyli adeptem. Nie jest jednak łatwo przyjąć tradycję, według której to właśnie ten człowiek nadał mu jego symboliczne imię.

Z większą pewnością wiadomo natomiast o niezwykłym szacunku, jakim darzyli go jedni z najbardziej uczonych i zasłużonych ludzi jego czasów.

We Francji spotykamy Cagliostra – który wcześniej służył jako zaufany przyjaciel i pomocnik chemika w laboratorium Pinto, Wielkiego Mistrza Kawalerów Maltańskich – jako przyjaciela i protegowanego księcia kardynała de Rohan. Wysoko urodzony książę sycylijski zaszczycał go swoim poparciem i przyjaźnią, podobnie jak wielu innych arystokratów.

„Czy to możliwe – pyta trafnie Mackenzie – aby człowiek o tak pociągających manierach mógł być kłamliwym oszustem, za jakiego usiłowali przedstawić go jego wrogowie?”

Główną przyczyną jego życiowych nieszczęść było małżeństwo z Lorenzą Feliciani, narzędziem jezuitów. Dwiema pomniejszymi przyczynami były natomiast jego skrajna dobroć oraz ślepe zaufanie, jakim obdarzał przyjaciół – z których część stała się zdrajcami i jego najbardziej zawziętymi wrogami.

Nie zasługiwał na żadne z oskarżeń, które mu niesprawiedliwie stawiano. Wszystko wynikało z jego słabości do niegodnej kobiety oraz z posiadania pewnych tajemnic natury, których nie chciał ujawnić Kościołowi.

Będąc rodowitym Sycylijczykiem, Cagliostro urodził się oczywiście w rodzinie rzymskokatolickiej, niezależnie od tego, jakie było jej nazwisko. Wychowali go mnisi „Dobrego Bractwa z Castiglione”, jak podają jego biografowie. Dlatego przez całe życie musiał zewnętrznie wyznawać wiarę i szacunek wobec Kościoła, którego tradycyjna polityka zawsze brzmiała: „kto nie jest z nami, jest przeciwko nam”, a następnie – natychmiast zmiażdżyć przeciwnika już w zarodku.

I właśnie z tego powodu Cagliostro został oskarżony o służbę jezuitom jako ich szpieg. Oskarżenie to wysunęli masoni, którzy powinni byli być ostatnimi ludźmi zdolnymi do wytoczenia takiego zarzutu przeciwko uczonemu bratu, prześladowanemu przez Watykan jeszcze bardziej jako mason niż jako okultysta.

Gdyby rzeczywiście był jezuickim agentem, czyż ci sami jezuici usiłowaliby aż do dziś oczerniać jego imię? Gdyby im służył, czy nie okazałby się użyteczny dla ich celów, skoro człowiek obdarzony tak niezaprzeczalnymi zdolnościami intelektualnymi nie mógłby popełnić błędu ani zlekceważyć poleceń tych, którym służył?

Co jednak widzimy zamiast tego?

Cagliostro zostaje oskarżony o bycie najbardziej przebiegłym i odnoszącym największe sukcesy oszustem oraz szarlatanem swojej epoki; zarzuca mu się przynależność do jezuickiej kapituły w Clermont we Francji; jako dowód jego związku z jezuitami przytacza się fakt, że pojawiał się w Rzymie w stroju duchownym.

A jednak ten „przebiegły oszust” został osądzony i skazany – przez działania tych samych jezuitów – na hańbiącą śmierć. Dopiero później wyrok zamieniono na dożywotnie uwięzienie, dzięki tajemniczej interwencji lub wpływowi wywartemu na papieża!

Czyż nie byłoby bardziej miłosierne i zgodne z prawdą powiedzieć, że to właśnie jego związki z naukami tajemnymi Wschodu oraz znajomość wielu sekretów – groźnych dla Kościoła rzymskiego – sprowadziły na Cagliostra najpierw prześladowania jezuitów, a następnie całą surowość Kościoła?

To jego własna uczciwość czyniła go ślepym na wady ludzi, o których się troszczył, i sprawiła, że zaufał takim łotrom jak markiz Agliato i Ottavio Nicastro. To właśnie u podstaw niemal wszystkich oskarżeń o oszustwo i szalbierstwo, którymi dziś go obrzucano, leżą występki tych dwóch godnych siebie ludzi – później straconych za olbrzymie kradzieże i morderstwo – które następnie przypisano Cagliostrowi.

Wiadomo jednak, że w 1770 roku on i jego żona zostali przez ucieczkę Agliata pozbawieni wszelkich środków do życia i musieli żebrać, przemierzając Piemont i Genewę.

Kenneth Mackenzie trafnie dowiódł, że Cagliostro nigdy nie mieszał się do politycznych intryg – będących prawdziwą duszą działalności jezuitów.

„Z pewnością był całkowicie nieznany w tej roli tym, którzy zazdrośnie strzegli przygotowawczych archiwów Rewolucji, a jego przedstawianie jako zwolennika zasad rewolucyjnych nie znajduje żadnego oparcia w faktach”.

Był po prostu okultystą i masonem. Jako taki musiał cierpieć z rąk ludzi, którzy, dodając zniewagę do krzywdy, najpierw usiłowali zabić go przez dożywotnie uwięzienie, a następnie rozpowszechniali pogłoskę, że był ich haniebnym agentem.

Ów przebiegły podstęp był w swej piekielnej zręczności godny jego pierwotnych twórców.

Nauka o „zasadach” człowieka

W biografiach Cagliostra znajduje się wiele wskazówek świadczących o tym, że nauczał on wschodniej doktryny o „zasadach” istniejących w człowieku, o „Bogu” mieszkającym w człowieku jako potencjalności czynnej – czyli „Wyższej Jaźni” – oraz w każdej istocie żywej, a nawet w każdym atomie, jako potencjalności biernej.

Wiemy także, że służył Mistrzom pewnego Bractwa. Gdyby nawet chciał ujawnić jego nazwę, nie mógłby tego uczynić ze względu na złożone zobowiązanie.

W liście do nowej loży, bardziej mistycznej niż ściśle masońskiej, którą kierował jako Grand Cophte, pisał między innymi:

„Filaleci, jak wiedzą wszyscy masoni, byli obrządkiem założonym w Paryżu w 1773 roku w loży Les Amis Réunis, opartym na zasadach martynizmu”.

Jej członkowie prowadzili szczegółowe studia nad naukami tajemnymi.

Loża macierzysta była lożą filozoficzną i teozoficzną, dlatego Cagliostro miał pełne prawo dążyć do oczyszczenia jej potomstwa – Loży Filaletów.

Oto, co na ten temat podaje Royal Masonic Cyclopaedia:

„15 lutego 1785 roku Loża Filaletów zebrała się na uroczystym posiedzeniu. Obecni byli: Lavalette de Langes, skarbnik królewski; Tassin, bankier; oraz Tassin, urzędnik służby królewskiej. Otwarto Konwent Braterski w Paryżu.

Książęta rosyjscy, austriaccy i inni, ojcowie Kościoła, rajcy, rycerze, finansiści, prawnicy, baronowie, teozofowie, kanonicy, pułkownicy, profesorowie magii, inżynierowie, literaci, lekarze, kupcy, urzędnicy pocztowi, książęta, ambasadorowie, chirurdzy, nauczyciele języków, syndycy i notariusze – słowem, wiele londyńskich nazwisk – Boosie, kupiec, oraz Brooks z Londynu – tworzyli ten Konwent.

Do nich można dodać hrabiego Cagliostra oraz Mesmera, ‘wynalazcę’, jak określa go Thory w Acta Latomorum.

‘Doktryna magnetyzmu!’ Z pewnością można było tu spotkać elitę świata – tak prawą, jakiej Francja nie widziała ani wcześniej, ani później!”

Warunki Cagliostra

Problem Loży polegał na tym, że Cagliostro, który początkowo obiecał objąć nad nią kierownictwo, wycofał swoją ofertę, ponieważ Konwent nie chciał przyjąć konstytucji Rytu Egipskiego ani zgodzić się na spalenie archiwów Filaletów, co stanowiło jego warunek bezwzględny.

Dziwne, że odpowiedź Cagliostra na tę propozycję została uznana przez brata K. R. H. Mackenziego i innych masonów za pochodzącą „ze źródła jezuickiego”.

Cały jej styl jest wschodni – i żaden europejski mason, a tym bardziej jezuita, nie pisałby w taki sposób.

Odpowiedź brzmiała:

„Nieznany Wielki Mistrz prawdziwej masonerii zwrócił swój wzrok na Filaletów.

Poruszony szczerym wyznaniem ich pragnień, raczył wyciągnąć ku nim rękę i pozwolić, aby promień światła przeniknął ciemność ich świątyni.

Wolą Nieznanego Wielkiego Mistrza jest dowieść im istnienia jednego Boga – fundamentu ich wiary; pierwotnej godności człowieka; jego mocy i przeznaczenia.

To przez czyny i fakty, przez świadectwo zmysłów, poznają Boga, CZŁOWIEKA oraz pośredniczące istoty duchowe – zasady – istniejące pomiędzy nimi; o których prawdziwa masoneria podaje symbole i wskazuje rzeczywistą drogę.

Niech Filaleci przyjmą doktryny tego prawdziwego Zakonu, podporządkują się regułom jego najwyższego zwierzchnika i przyjmą jego konstytucje.

Przede wszystkim jednak niech świątynia zostanie oczyszczona; niech Filaleci wiedzą, że światło może zstąpić jedynie do Świątyni Wiary – opartej na wiedzy – a nie do świątyni sceptycyzmu.

Niech oddadzą płomieniom ów próżny zbiór swoich archiwów. Jedynie na ruinach Wieży Zamętu może zostać wzniesiona Świątynia Prawdy”.

„Bóg, człowiek i pośrednie istoty duchowe”

W terminologii okultystycznej niektórych okultystów określenie „Ojciec, Syn i Aniołowie” oznaczało złożony symbol człowieka fizycznego i astralno-duchowego.

John G. Gichtel, żyjący pod koniec XVII wieku i będący gorliwym zwolennikiem Böhmego – wizjonera, o którym Saint-Martin opowiadał, że został „poślubiony niebiańskiej Sophii”, Boskiej Mądrości – używał takiego właśnie sposobu wyrażania się.

Łatwo więc zrozumieć, co Cagliostro miał na myśli, pragnąc za pomocą świadectwa „zmysłów” dowieść Filaletom istnienia „Boga, człowieka i pośrednich istot duchowych, istniejących pomiędzy Bogiem – Atmą – a człowiekiem – Ego”.

Nietrudno też pojąć prawdziwe znaczenie jego zarzutów wobec Braci w liście pożegnalnym, w którym pisał:

„Ofiarowaliśmy wam prawdę; wzgardziliście nią.

Ofiarowaliśmy ją dla niej samej, a wy odrzuciliście ją z powodu umiłowania form.

Czy możecie wznieść się ku waszemu Bogu i ku poznaniu samych siebie dzięki pomocy Sekretarza i Konwentu?”


Przypisy

* Martyniści byli mistykami i teozofami, którzy twierdzili, że znają tajemnicę porozumiewania się z duchami żywiołów i planetarnymi sferami ponadświatowymi. Niektórzy z nich byli praktykującymi okultystami.

† Twierdzenie Beswicka, jakoby Cagliostro pozostawał związany z lożą Les Amis Réunis pod nazwiskiem hrabiego Grabionki, nie zostało udowodnione. Istniał bowiem polski hrabia o tym nazwisku, który przybył do Francji – mistyk wspomniany w listach madame de Krüdner, piszącej o nim z wielkim szacunkiem. Beswick twierdził również, że Cagliostro pozostawał w związku z Mesmerem i hrabią Saint-Germainem oraz z Lożą Filaletów. Gdzie jednak znajdują się rękopisy i dokumenty Lavalette’a de Langes’a, pozostawione przez niego Loży Masońskiej Rytu Filozoficzno-Szkockiego? – Zaginęły?

Na temat Josepha Balsama, hrabiego Cagliostra, krąży wiele niedorzecznych i całkowicie sprzecznych twierdzeń. Kilka z nich zostało włączonych przez Aleksandra Dumasa do jego Mémoires d’un Médecin, wraz z owymi płodnymi wariacjami prawdy i faktu, które tak charakteryzują romanse Dumasa ojca.

Choć świat posiada bardzo obszerny i różnorodny zbiór informacji dotyczących tego niezwykłego i nieszczęśliwego człowieka z większej części jego życia, to jednak o ostatnich dziesięciu latach jego działalności oraz o jego śmierci nie wiadomo nic pewnego, poza legendą, według której zmarł w więzieniu Inkwizycji.

To prawda, że niektóre fragmenty opublikowane niedawno przez włoskiego uczonego Giovanniego Sforzę, pochodzące z prywatnej korespondencji Lorenza Prospera Bottiniego, rzymskiego ambasadora Republiki Lukki pod koniec ubiegłego stulecia, częściowo wypełniły tę wielką lukę.

Korespondencja Bottiniego z Pietro Calandrinim, Wielkim Kanclerzem wspomnianej Republiki, rozpoczyna się w roku 1784, lecz naprawdę interesujące informacje pojawiają się dopiero w 1789 roku, w liście datowanym na 6 czerwca. Nawet wtedy nie dowiadujemy się zbyt wiele.

List wspomina o:

„słynnym hrabim Cagliostrze, który niedawno przybył wraz z żoną z Trydentu przez Turyn do Rzymu”.

Mówiono, że pochodził z Sycylii i był niezwykle zamożny, lecz nikt nie wiedział, skąd naprawdę przybył. Posiadał list polecający od biskupa Trydentu do Albaniego.

„Jak dotąd jego codzienne życie oraz jego pozycja prywatna i publiczna pozostają bez zarzutu. Wielu ludzi zabiega o spotkanie z nim, aby z jego własnych ust usłyszeć potwierdzenie tego, co się o nim mówi”.

Z innego listu dowiadujemy się, że Rzym okazał się dla Cagliostra niewdzięczną ziemią. Zamierzał osiedlić się w Neapolu, lecz planu tego nie udało się zrealizować.

Aresztowanie Cagliostra

Władze Watykanu, które dotąd pozostawiały hrabiego bez niepokoju, nagle położyły na nim ciężką rękę.

W liście datowanym na 2 stycznia 1790 roku, zaledwie rok po przybyciu Cagliostra do Rzymu, czytamy:

„W ubiegłą niedzielę odbyła się w Watykanie tajna i nadzwyczajna narada”.

W skład rady wchodzili sekretarz stanu, Antonelli, Pillotta i Campanelli, a funkcję sekretarza pełnił monsignore Figgerenti.

Przedmiot owej tajnej narady pozostaje nieznany, lecz publiczna pogłoska głosiła, że zwołano ją z powodu nagłego aresztowania w nocy z soboty na niedzielę hrabiego Cagliostra, jego żony oraz kapucyna, brata Giuseppe Maurizia.

Hrabiego uwięziono w Zamku Świętego Anioła, hrabinę w klasztorze św. Apolonii, a mnicha w więzieniu Ara Coeli.

Ów mnich, nazywający siebie „ojcem Swizzero”, uchodził za współpracownika słynnego maga.

Do licznych przestępstw, o które go oskarżano, należało także rozpowszechnianie książki nieznanego autora, skazanej na publiczne spalenie, zatytułowanej The Three Sisters – „Trzy siostry”.

Celem tego dzieła miało być:

„starcie na proch pewnych trzech wysoko urodzonych osób”.

Znaczenie „Trzech sióstr”

Prawdziwe znaczenie tej niezwykłej interpretacji łatwo odgadnąć.

Było to dzieło o alchemii. „Trzy siostry” oznaczały symbolicznie trzy „zasady” w ich podwójnej symbolice.

Na płaszczyźnie chemii okultystycznej autorzy „rozdrabniają” potrójny składnik używany w procesie transmutacji metali.

Na płaszczyźnie duchowości sprowadzają natomiast do stanu rozproszenia trzy „niższe”, osobowe „zasady” w człowieku – wyjaśnienie, które każdy teozof powinien bez trudu zrozumieć.

Proces Cagliostra

Proces Cagliostra trwał długo.

W liście z 17 marca Bottini donosi swojemu korespondentowi, że słynny „czarodziej” wreszcie stanął przed Świętą Inkwizycją.

Prawdziwą przyczyną powolności postępowania było to, że Inkwizycja, mimo całej zręczności w fabrykowaniu dowodów, nie mogła znaleźć żadnego ważkiego świadectwa potwierdzającego winę Cagliostra.

Mimo to 7 kwietnia 1791 roku został skazany na śmierć.

Oskarżono go o rozmaite i liczne przestępstwa. Najważniejszym z nich było to, że był masonem i „iluminatem”, „zaklinaczem” prowadzącym niedozwolone studia. Zarzucono mu również znieważanie świętej wiary, szkodzenie społeczeństwu, zdobywanie nieznanymi sposobami wielkich sum pieniędzy oraz nakłanianie innych – bez względu na płeć, wiek i pozycję społeczną – do czynienia tego samego.

Krótko mówiąc, nieszczęsny okultysta został skazany na haniebną śmierć za czyny, których odpowiedniki są dziś codziennie i publicznie popełniane nie tylko przez niejednego Wielkiego Mistrza masonerii, lecz także przez setki tysięcy kabalistów i masonów skłaniających się ku mistycyzmowi.

Publiczne spalenie dokumentów

Po ogłoszeniu wyroku dokumenty „arcyheretyka”, dyplomy pochodzące z zagranicznych dworów i towarzystw, masońskie regalia oraz rodzinne relikwie zostały uroczyście spalone przez publicznego kata na Piazza della Minerva, wobec ogromnego tłumu.

Najpierw spalono jego książki i narzędzia.

Wśród nich znajdował się rękopis zatytułowany Maçonnerie ÉgyptienneMasoneria egipska – który nie mógł już posłużyć jako świadectwo na korzyść oskarżonego.

Skazany okultysta miał następnie zostać przekazany władzom trybunału cywilnego, gdy wydarzyło się coś tajemniczego.

Tajemniczy wysłannik papieża

Nieznajomy człowiek, którego nikt wcześniej nie widział ani w Watykanie, ani poza nim, pojawił się i zażądał prywatnej audiencji u papieża.

Przesłał przez sekretarza kardynała jedynie jedno słowo zamiast nazwiska.

Został natychmiast przyjęty, lecz pozostał z papieżem zaledwie kilka minut.

Gdy tylko wyszedł, Jego Świątobliwość rozkazał zamienić wyrok śmierci hrabiego na dożywotnie uwięzienie w twierdzy San Leo oraz objąć całą sprawę najściślejszą tajemnicą.

Mnich Swizzero został skazany na dziesięć lat więzienia, natomiast hrabinę Cagliostro zwolniono, lecz następnie zamknięto w klasztorze pod nowym zarzutem herezji.

Twierdza San Leo

Czym jednak był zamek San Leo?

Znajduje się on na pograniczu Toskanii, a wówczas leżał na terytorium Państwa Kościelnego, w księstwie Urbino.

Zbudowano go na szczycie ogromnej skały, niemal pionowej ze wszystkich stron.

Aby dostać się do „zamku”, należało w tamtych czasach wejść do czegoś w rodzaju otwartego kosza, który wciągano ku górze za pomocą lin i bloczków.

Co zaś do samego więźnia – umieszczono go w specjalnym koszu, po czym strażnicy wciągnęli go na górę „z szybkością wiatru”.

23 kwietnia 1792 roku Giuseppe Balsamo – jeśli rzeczywiście mamy go tak nazywać – został zamknięty na zawsze w grobowcu dla żywych, jakim była cela więźnia.

Nazwisko Giuseppe Balsama pojawia się po raz ostatni w korespondencji Bottiniego w liście datowanym na 10 marca 1792 roku.

Ambasador wspomina o osobliwym przedmiocie wykonanym przez Cagliostra w więzieniu podczas wolnych chwil. Był to długi, zardzewiały gwóźdź, który więzień wyrwał z podłogi i bez pomocy jakiegokolwiek narzędzia przekształcił w ostry, trójkątny sztylet – gładki, błyszczący i ostry, jak gdyby został wykonany z najdoskonalszej stali.

Rozpoznawano w nim dawny gwóźdź jedynie po jego główce, pozostawionej przez więźnia jako rękojeść.

Sekretarz stanu wydał rozkaz odebrania przedmiotu Cagliostrowi, przewiezienia go do Rzymu i podwojenia straży nad więźniem.

Ostatni cios wymierzony Cagliostrowi

Teraz następuje ostatni cios osła wymierzony umierającemu albo martwemu lwu.

Luigi Angiolini, toskański dyplomata, pisał:

„Ostatecznie ten sam Cagliostro, który sprawił, że tak wielu ludzi uwierzyło, iż był współczesnym Juliusza Cezara, i który osiągnął tak wielką sławę oraz zdobył tylu przyjaciół, zmarł na apopleksję 26 sierpnia 1795 roku.

Semironi kazał pochować go w drewnianej szopie poniżej twierdzy, skąd chłopi nieustannie kradli drewno należące do Korony.

Przebiegły kapelan słusznie uważał, że człowiek, który za życia wzbudzał w świecie tak wielki zabobonny lęk, po śmierci będzie nadal budził w ludziach podobne uczucia i w ten sposób odstraszy złodziei”.

Czy Cagliostro rzeczywiście zmarł w San Leo?

A jednak – pojawia się pytanie.

Czy Cagliostro naprawdę umarł i został pochowany w San Leo w 1792 roku?

A jeśli tak, dlaczego strażnicy Zamku Świętego Anioła w Rzymie pokazują niewinnym turystom małą kwadratową celę, w której – jak twierdzą – Cagliostro był więziony i „umarł”?

Skąd taka niepewność – albo mistyfikacja – i tak wielka rozbieżność w legendzie?

Do dziś żyją masoni, którzy opowiadają we Włoszech osobliwe historie na ten temat.

Niektórzy twierdzą, że Cagliostro w niewytłumaczalny sposób uciekł ze swego podniebnego więzienia, a następnie zmusił strażników do rozpowszechnienia wiadomości o jego śmierci i pogrzebie.

Inni utrzymują, że nie tylko uciekł, lecz dzięki eliksirowi życia nadal żyje, chociaż ma już ponad trzykrotnie po dziesięć lat!

„Dlaczego – pyta Bottini – jeśli naprawdę posiadał przypisywane sobie moce, nie zniknął z więzienia i nie uniknął w ten sposób poniżającej kary?”

„Inny więzień”

Słyszeliśmy o innym Więźniu, nieskończenie większym pod każdym względem od tego, za którego Cagliostro kiedykolwiek się podawał.

O owym więźniu powiedziano w szyderstwie:

„Innych wybawiał, a samego siebie wybawić nie może… Niech teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy mu…”

Jak długo jeszcze miłosierni ludzie będą budować biografie zmarłych na podstawie takich fałszywych pogłosek i rujnować ich opinię, bez porównywania i bezstronnego badania?

Jak długo jeszcze zwykłe społeczeństwo – a więc ludzie – pozostanie niewolnikiem uprzedzenia?

Tak długo, jak długo będzie zmuszone myśleć w ten sposób, ponieważ pozostaje nieświadome prawa karmy i jego żelaznej sprawiedliwości.

H. P. B.

źródło: Was Cagliostro a “Charlatan”? by H. P. Blavatsky;  LUCIFER – VOL. V. LONDON, JANUARY 15TH, 1890. No. 29.